6. Cisza przed burzą
5. Rozchwiany emocjonalnie wampir, spanikowana łowczyni i zboczony cień, a w tle nawiedzony zamek
4. Jak się sprawy na świecie mają
Na jego twarzy malowała się fascynacja.
Kilka miesięcy po tym zaskakującym odkryciu znów się zacięła, tym razem celowo. Robiła to zawsze potajemnie i nigdy nie miała zamiaru się skrzywdzić, czy zadać sobie ból. Co dziwniejsze, ranki bardzo szybko zarastały i nie miała po nich blizn. Zaczęła ciąć się coraz częściej, zawsze gdy chciała poczuć ten niezwykły spokój.
3. Cienie w mroku
2. To nie miało tak być!
Liceum w tym mieście miało wygląd jednolicie szary, było bryłą betonu bezceremonialnie porzuconą na skraju szkolnych terenów rekreacyjnych i oddzieloną od nich kilkoma rozsypującymi się wiatami na rowery. Na przestrzeni wokół znajdowały się boiska do piłki nożnej, koszykówki, tenisa i bieżnia lekkoatletyczna. Skocznia w dal służyła zarazem jako wygodna kuweta dla kotów z okolicznych domów, co dodatkowo mobilizowało uczniów do oddania jak najdłuższego skoku, byleby tylko nie lądować w piasku.
Remon wędrowała szkolnym korytarzem. Prawdopodobnie zadaniem tego pomieszczenia było umożliwienie przemieszczania się z miejsca na miejsce. Podczas lekcji wprost przeraźliwie ciche i opustoszałe w ciągu pięciominutowych przerw zmieniały się w strumienie rozwrzeszczanych dzieci. Naprzemienne okresy pustki i chaosu przerywała jedynie dwudziestominutowa przerwa, która wyróżniała się tym, że grupki uczniów wystawały w różnych miejscach i konfiguracjach towarzyskich.
Chociaż szkoła wydawała się dziewczynie bardzo dziwna, kompletnie zwariowana i cudaczna, to chłonęła każdy szczegół z należytą uwagą. Trudno jej było przyzwyczaić się do nowych warunków. Różnica między domowym nauczaniem a szkołą licealną jest bardzo wyraźna. Po pierwsze - lekcji nie prowadzi jedna i ta sama osoba. Poszczególne przedmioty są przydzielone do konkretnych nauczycieli i pracowni, do których trzeba trafić. Inną rzeczą, której należało się szybko nauczyć, było zwracanie uwagi na to, co znajduje się pod blatem ławki. Trzeba się też było mieć na baczności przed starszymi chłopakami, gnającymi po szkolnych korytarzach niczym rosyjska mafia; najlepiej było szybko schodzić im z drogi. To jednak nie dotyczyło najlepszej uczennicy mistrza. A podręczniki! Remon nigdy nie korzystała z takiej ilości książek, a jej torba groziła rychłym pęknięciem w szwach.
Szatnia i szkolne szafki. Każde dziecko posiadało swoją szafkę, która nieodmiennie rozwiewała wokół woń przepoconych trampek i spleśniałych resztek drugich śniadań. Ich wnętrza upstrzone były kolorowymi naklejkami, plakatami i rozmaitymi napisami, które każdy nowy właściciel bezskuteczne próbował usunąć. Jej szafka była pod tym względem zadbana. Środek znaczyło tylko kilka artystycznych podpisów. Większość szafek była powgniatana i obdrapana, a niektóre wyglądały jakby ktoś próbował je otworzyć łomem, gdyż ich drzwiczki były wygięte pod zadziwiającym kątem.
Był to dla niej nowy, zaskakujący świat.
Pierwszą lekcją Remon była biologia. Usiadła w ostatniej ławce pod oknem. Nauczycielka, pani Golonka, była niezwykle kościstą kobietą i wszystko było w niej jakieś spiczaste. Kreda skrzypiała nieprzyjemnie po tablicy, kiedy zapisywała datę.
- Proszę o uwagę! – zagrzmiała, przesuwając wzrokiem po klasie – Wyjąć zeszyty i długopisy, będziecie notować. I żadnych rozmów.
Żadnego przywitania. Po prostu zaczęła prowadzić lekcję, jakby była to jej kolejna godzina z tą klasą.
- Punkt pierwszy, regulamin pracowni biologicznej. – głos starszej kobiety niósł się po klasie budząc przerażenie. – Do pracowni biologicznej wchodzimy…
Nie zdołała dokończyć zdania, ponieważ ktoś zapukał do drzwi. Po pełnej napięcia chwili, wszedł przez nie spóźniony uczeń.
- Przepraszam za spóźnienie – powiedział głębokim głosem, wyrażając skruchę.
Brunetka gwałtownie uniosła głowę i spojrzała na nowo przybyłego. Jego ciemne włosy były niedbale przeczesane, grzywka opadała na oczy i zakrywała je niemal całkowicie. Prawy kącik jego malinowych ust unosił się nieznacznie ku górze, co wywołało ciche westchnięcia wśród żeńskiej części klasy. Bynajmniej nie zrobiło to większego wrażenia na Remon. Zamarła w szoku, gdyż chłopak wyglądał identycznie jak ten, narysowany przez nią poprzedniego wieczora. Ruszył w stronę jedynego wolnego miejsca – obok zielonookiej. Z każdym ruchem jego koszulka opinała tors, ukazując wyćwiczone mięśnie. Czarne spodnie idealnie podkreślały bladość skóry. Zrzucił z ramion plecak i położył pod ławką. Wyjął potrzebne rzeczy i usiadł dostojnie na krześle.
- Do pracowni wchodzimy tylko pod opieką nauczyciela – kontynuowała swoją tyradę pani Golonka.
Ale Remon już jej nie słuchała. Patrzyła na sąsiada z ławki jak zahipnotyzowana, pochłaniała go wzrokiem. „Kim jesteś?” To pytanie krążyło po jej głowie. Ostatecznie zmusiła się do skupienia i starając się zapisać cokolwiek, patrzyła w pustą kartkę zeszytu. Nagle zwinięty kawałek papieru wylądował centralnie pośrodku jej brulionu. Rozwinęła go delikatnie, żeby nie wywołać niepożądanego hałasu.
Hej, jestem Luke, a ty?
Rozejrzała się po klasie, jedyne, co zauważyła, to chłopak siedzący obok niej, który patrzył wprost na nią i uśmiechał się szeroko. Westchnęła cicho i zabrała się za pisanie odpowiedzi.
Remon.
Podała koledze kartkę i wróciła do wcześniejszego zajęcia. Na twarzy szatyna pojawił się jeszcze szerszy uśmiech. Odgarnął niesforną grzywkę. Jego oczy okalały grube kurtyny rzęs, tęczówki miały kolor płynnego złota.
Dziewczyna była niespokojna. Intrygował ją kolega z ławki, ale przecież nie powie mu „ Cześć wczoraj mi się śniłeś, co ci grozi?”. Nie, to by było co najmniej dziwne. Kłóciła się sama ze sobą, a obecność Luke wyraźnie ją krępowała. Gdzie się podziała niewzruszona niczym Remon?
Ku jej radości zadzwonił dzwonek. Pośpiesznie chwyciła swoje rzeczy i wybiegła z klasy, zostawiając osłupiałego szatyna w środku.
Na żadnej innej lekcji nie siedziała z Luke. Była mu wdzięczna, za odrobinę spokoju, lecz nadal nie mogła się skupić na prostych czynnościach. Zaczęła się właśnie długa przerwa. Brunetka szła powoli szkolnym korytarzem, pogrążona w rozmyślaniach. Nagle ktoś przechodząc obok, trącił ją ramieniem.
- Hej! - oburzyła się, szukając sprawcy.
Stał za nią wysoki, mocno umięśniony, łysy chłopak. Wyglądał na sporo starszego, a krzywy nos, prawdopodobnie kilka razy złamany, dodawał mu groźnego wyglądu.
- Coś nie tak laleczko? – wyszczerzył się w pogardliwym uśmiechu.
Jego dwaj koledzy zawtórowali śmiechem. Był ich przywódcą. Niczym posłuszne pieski stali za nim, gotowi sprać każdego, kto obrzuci wzrokiem ich guru.
- Nie nazywaj mnie tak! – wysyczała wściekle. - Potrąciłeś mnie.
- Ty, jak śmiesz mówić takim tonem do Szramy? - wrzasnął jeden z podwładnych.
Uniósł rękę, zacisnął ją w pięść i skierował w stronę dziewczyny. Celował prosto w twarz.
Jeśli chodzi o to, co stało się później, zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że stał tam cały czas, inni, że przybiegł dopiero pod koniec, a niektórzy, że kryje się za tym wielka tajemnica. W każdym razie, tuż przed policzkiem Remon pojawiła się otwarta dłoń Luke, która zatrzymała uderzenie. Z pogardliwym uśmiechem zacisnął palce na pięści atakującego, niemal miażdżąc mu dłoń. Jego dziki wrzask rozniósł się po szkole, alarmując nauczycielkę dyżurującą. Rozzłoszczona zdała sobie sprawę z zamieszania. Zaczęła wrzeszczeć i dziko gestykulować, dzięki czemu uczniowie błyskawicznie się rozproszyli
- Jeszcze się z wami policzę – syknął Szrama unoszony wraz z tłumem w przeciwną stronę.
Korytarz nagle opustoszał. Została na nim tylko Remon i Luke.
- Nic ci nie jest?- zapytał chłopak z przyjaznym uśmiechem.
- Dałabym sobie radę, nie musiałeś się wtrącać – warknęła gniewnie.
- Daj spokój, ratowanie dam to rycerski obowiązek – zaśmiał się
- Nie potrzebuję twojej pomocy! – wykrzyczała do niego, odwróciła się na pięcie i po prostu odeszła.
Uratował ją. Nie groziło jej nic szczególnego, ale nie ma na twarzy siniaka. Nie zdążyłaby zareagować i teraz jej buzię zdobiłby pulsujący boleśnie fioletowy kwiat.
A przecież to ona miała uratować jego.
1. Kim jesteś?
Remon Toran stała opodal grupy trenujących. Trzymała w rękach smukłe ostrze katany i delikatnie polerowała każdą krzywiznę miecza. Przestała na chwilę i zamachnęła nadgarstkiem. Ostrze wykonało płynny ruch. Uśmiechnęła się pod nosem. Nie miała sobie równych. Była podziwiana, za umiejętności nabyte w tak młodym wieku.
Ale zawsze tak było. Ona dawała pokaz, inni się zachwycali. Stoczyła niezliczoną ilość walk, za każdym razem zwyciężając. Otoczona była powszechnym szacunkiem i respektem, każdy chciał zdobyć jej zainteresowanie czy nawet zasłużyć na spojrzenie. Łasili się do niej jak gdyby była bóstwem. Jednak ona z natury była introwertyczką, źle się czuła, kiedy była w centrum uwagi.
Schowała swój miecz do pochwy przywieszonej do boku i westchnęła ciężko. Następnego dnia miała iść do nowej szkoły. Nowi ludzie, nowe problemy. Nie mogła już liczyć na nauczanie w domu, jej dziadek mógł to robić tylko do końca materiału z gimnazjum. Więcej uprawnień nie miał. Powolnym krokiem ruszyła w stronę budynku. Gęste kruczoczarne włosy opadały falami na jej szczupłe biodra. Jej ciało okrywało czarne kimono, identyczne, jakie mieli inni uczniowie, przewiązane zieloną wstążką w pasie. Spodnie były podwinięte na wysokość kolan, odsłaniając łydki. Jej oczy miały kolor szmaragdów, a pełne usta wygięte były w sztucznym uśmiechu.
- Remon chodź tutaj! – rozległo się wołanie mistrza.
Niechętnie zmieniła cel swojej wędrówki, jednak nie pokazała tego po sobie z uwagi na szacunek jaki miała wobec tego mężczyzny
- Tak dziadku? – zapytała ochrypłym od długiego milczenia głosem
- Muszę na chwilę wyjść, dopilnuj, żeby się nie obijali. – uśmiech zagościł na jego twarzy pokrytej licznymi zmarszczkami – Wierzę, że sobie poradzisz.
Po tych słowach odszedł. Odszedł to złe słowo, on po prostu zniknął. Dziewczyna uśmiechnęła się drwiąco. Mimo swoich 80 lat, nadal był zwinny, energiczny i szybki.
Spojrzała na uczniów, którzy z pełnym zaangażowaniem ćwiczyli na placu. Grupa liczyła 19 chłopców w wieku od siedmiu do piętnastu lat. Ich wspólną cechą było zdeterminowanie w oczach. Byli szkoleni na zabójców, tak jak Remon. Różnica między nią, a nimi była jednak duża. Ona była wnuczką mistrza, a oni byli dziećmi zebranymi z sierocińców.
Dostali zadanie do wykonania, więc jej rola ograniczała się tylko do obserwowania. Wszystko przebiegało spokojnie, aż do końca nieobecności nauczyciela. Gdy wrócił, skinieniem głowy dał dziewczynie znak, że może już iść. Posłusznie wstała i udała się w kierunku swojego pokoju.
Do tego pomieszczenia prowadziły bogato zdobione złotymi ornamentami, duże, dębowe drzwi. Ściany były pomalowane na zielono, a sufit na biało. Pokój był skromnie urządzony. Wąskie łóżko stało pod ścianą, niedbale przykryte białym prześcieradłem. Tuż za nim znajdowało się masywne biurko zasypane papierami, a pod przeciwległą ścianą stała mała komoda. Jedyną rzeczą, która przyciągała uwagę był obraz. Wisiał tuż nad łóżkiem, oprawiony w ramę wykonaną ze starego mosiądzu. Przedstawiał dwa walczące smoki. Jeden z nich miał łuski w kolorze płynnego złota, a jego oczy błyszczały czerwienią. Drugi był szmaragdowozielony o czarnych oczach. Wokół nich porozrzucane były kości i kamienie. Remon kiedyś zapytała dziadka, dlaczego ten obraz wisi w jej pokoju. Do tej pory nie uzyskała odpowiedzi.
Położyła się bezwładnie na łóżku i rozluźniła napięte mięśnie. Wciągnęła głęboko powietrze. Do jej nozdrzy doleciała słaba woń cytryny. Już dawno odkryła, że nią pachnie. Nie używała perfum. Ten zapach po prostu towarzyszył jej, od kiedy tylko pamiętała.Zamknęła oczy i zaczynała usypiać. Dzień miał się ku końcowi. Ostatnie promienie słońca wpadały przez duże okno, grając kolorami tęczy na jej skórze. Tego jej brakowało, ciszy, spokoju…
Nagle zerwała się na równe nogi. Dopadła do biurka i wyciągnęła czystą kartkę. Oczy zaszły jej mgłą, skupia się na tym, co przed chwilą zobaczyła oczami wyobraźni. Ołówek tańczył po papierze, prowadzony zgrabnym ruchem jej dłoni. Ślady przez niego zostawione układały się w kształt twarzy. Po chwili znalazły się na niej oczy. To spojrzenie było groźne, ale jednocześnie wyrażało smutek i troskę, potrzebę ochrony czegoś. Usta zaciśnięte w wąską kreskę dodały powagi całej posturze chłopaka.
- Kim jesteś? – zapytała sama siebie. – Znajdę cię… – jej słowa przerodziły się w szept – i uratuję.
Przenosiny
Przenoszę swojego bloga ze strony http://swiat-wedlug-gisy.crazylife.pl/ ponieważ zaistniały pewne problemy, które nie pozwoliły mi na dalsze utrzymywanie pokojowych kontaktów z onetem :) Mam nadzieję, że spodoba wam się to, co do tej pory napisałam :D





