Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS

6. Cisza przed burzą

 - Hej, hej, hej! – zawołał z protestem Aleksander. – Znikam na chwilę, a ty już się do niej dobierasz?
 - Zamknij się. To wszystko twoja wina, miałeś jej pilnować, a całkowicie to olałeś. Sasza, czy ty w ogóle myślisz?! – odparł Luke. – Remon! Już w porządku?
 - Będę miała traumę do końca życia – skwitowała cierpko.- Co to było? Cień? Bo nie jestem pewna. – Rozluźniła się nieco. – Wyglądał okropnie, cały jakby pozszywany, fragmenty skóry. Boże, spanikowałam. Przepraszam Luke.
 -Już dobrze, Remon, wiem, że on wygląda okropnie, ale jest zupełne nieszkodliwy – zapewnił cień.
 - Nieszkodliwy?! – powtórzyła z niedowierzaniem dziewczyna. Potwór z pewnością nie wyglądał nieszkodliwie.
 - Jak najbardziej. W tym lochu mieszka, a właściwie ukrywa się przed światłem Artur. Jest już stary, a kapłanka, która go przywołała najwidoczniej umarła bądź jest bardzo słaba, dlatego nie może w pełni przybrać ludzkiej postaci – poinformował Aleksander.
 Remon wybuchła śmiechem, sama dokładnie nie wiedząc dlaczego. Być może sprawiło to absurdalne wyjaśnienia rudzielca, a może była to dwuznaczność sytuacji, w jakiej znajdowała się z Lukiem. Niewykluczone, że były to obie te rzeczy, a może żadna z nich, w każdym razie Remon roześmiała się tak głośno, że kilka gołębi siedzących za oknem, zerwało się do lotu.
 Obydwaj zerknęli na nią niepewnie.
 - Czy dobrze się czujesz? – zapytał Luke.
 - Dobrze – zachichotała. –Bardzo dobrze.
 - W takim razie chodźmy. Za kilka minut zacznie się dyskoteka – rzekł brunet, zmuszając dziewczynę do wstania.
 Śmiech wciąż jeszcze perlił się w jej gardle, a im bardziej dziewczyna starała się go powstrzymać, tym trudniej jej to przychodziło. Ramiona drgały jej konwulsyjnie, oczy napełniły się łzami, parskała nieudolnie tłumionym śmiechem. Luke spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami.
 - Czy jesteś pewna, że wszystko w porządku? – spytał zatroskany Aleksander, – Jeśli nigdy dotychczas nie widziałaś starego cienia, to musiałaś się nieźle przestraszyć.  Na pewno dobrze się czujesz?
 - Jasne, nie martwcie się, po prostu dostałam napadu śmiechu.
 Obydwaj pokiwali głowami niewiele z tego rozumiejąc. Śmiech Remon w końcu niemal przygasł, dziewczyna jedynie od czasu do czasu kiwała z niedowierzaniem głową i uśmiechała się pod nosem.
 Schodzili po stromych schodach już od dłuższego czasu, kiedy na ich drodze pojawiły się tajemnicze drzwi. Aleksander swoim zwyczajem wtopił się w cień, rzucany przez lampę stylizowaną na pochodnię. Najwidoczniej za przejściem znajdowała się sala balowa, bo z wnętrza dobiegały ich pierwsze takty skocznej piosenki, nie za bardzo pasującej do charakteru zamku. Luke otworzył drzwi, puszczając dziewczynę przodem. Rzeczywiście weszli do sali balowej pełnej rozbawionych nastolatków. Hipnotyczny, pulsujący rytm wabił ich do środka, prosto na parkiet, niczym syreni śpiew.
 Niespodziewanie melodia się zmieniła. Luke westchnął cicho i zwrócił się w stronę Remon.
 - Czy mogę prosić do tańca? – zapytał kłaniając się nisko, niemal tak, jak Aleksander, gdy się przedstawiał.
 Brunetka zesztywniała. Wydawało jej się, że nic już nie jest w stanie jej zaskoczyć, ale nie wzięła pod uwagę zachowania Luka. Przez chwilę się wahała, ale ostatecznie kiwnęła twierdząco głową. Co miała do stracenia?
 Przytulali się, niespiesznie kiwając biodrami w rytm którejś z rzewnych ballad Taylor Swift. Od razu ściągnęli na siebie uwagę połowy sali. Przecież nie codziennie najprzystojniejszy chłopak w klasie tańczy z dziewczyną, uważaną przez miejscowych za dziką i niebezpieczną. Niewidzialna siła, która zdawała się wcześniej odpychać ich od siebie, zniknęła bez śladu. W jego ramionach Remon czuła się silna, czuła, że wszystko jest takie, jakie być powinno. Była to niezwykle miła odskocznia od ostatnich szokujących wydarzeń. Przez całe życie była szkolona na zabójcę, jej ciało było idealnie skoordynowane, a ruchy osiągały perfekcję. Nikt jednak nie przygotował jej na śmierć. W całym tym szkoleniu popełniono jeden wielki błąd. Nie zauważono, jak krucha jest psychika dziewczyny. Nikt jej nie przygotował na pojawienie się nadprzyrodzonych istot, znanych z mitów i legend.
 - Odpręż się – szepnął Luke wprost do jej ucha, wyrywając z rozmyślań. – Jesteś strasznie sztywna.
- Przepraszam. Nie umiem tańczyć – odparła ze spuszczoną głową. Chłopak mógłby przysiąc, że na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
- Po prostu się rozluźnij i pozwól mi prowadzić – wciągnął głęboko powietrze. – Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego masz na imię Remon… – Obrzuciła go pytającym spojrzeniem. – Pachniesz jak cytryna. Zaczyna mi się od tego kręcić w nosie…  Ale… – chciał coś jeszcze dodać, lecz zamilkł.
 - Co za zbieg okoliczności, ten cień w lochu nazwał mnie Zitronem. O ile dobrze pamiętam, to niemiecka wersja mojego imienia.
 Niewidzialny grymas przebiegł przez twarz bruneta. W jego umyśle wszystkie elementy układanki wskakiwały na swoje miejsca. Zitron, zapach cytryn, szmaragdowe oczy, wizje, rytuał w lesie. Wszystko zaczęło nabierać kształtów, a prawda wstrząsnęła do reszty jego duszą. Dziewczyna, z którą potrafił się zaprzyjaźnić, do której coś go ciągnęło, która wydawała się zwykłym człowiekiem. Remon, czarnowłosa nastolatka była łowcą. Ostatnim, cholernie ważnym łowcą.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

5. Rozchwiany emocjonalnie wampir, spanikowana łowczyni i zboczony cień, a w tle nawiedzony zamek

 Zmusili ją, by zaakceptowała mnóstwo rzeczy – nie wszystkie, ale i tak było tego więcej niż mogła to znieść. Prawda na pewno była trudna do zaakceptowania. Wampiry, cienie, wielka wojna i łowcy, którzy próbowali ją zabić. Okazała wobec tych rewelacji więcej zdrowego rozsądku niż większość mężczyzn na jej miejscu.
 Kilka następnych dni minęło… normalnie. Całe to zajście mogłoby się wydawać snem. Jednym, długim, koszmarnym snem, gdyby nie Luke. Jego czujny wzrok świdrował dziewczynę dzień w dzień. Ale na to nic nie mogła poradzić.
 W środę, gdy Remon weszła rano do pracowni historycznej, uderzyła ją jakaś zmiana. Pan Mazur – wychowawca – nie czekał na uczniów za biurkiem, lecz stał przy drzwiach, licząc wchodzących.
 - Mam nadzieję, że wszyscy są gotowi na wyjazd integracyjny!
 - Wyjazd? – Zapytała ze zdziwieniem Remon. – Zupełnie o tym zapomniałam! Nie wzięłam nawet zgody…
 - W porządku, Remon. Wczoraj był tu twój dziadek i podpisał stosowny formularz. – Powiedział pan Mazur- Autokar czeka przed szkołą. Proszę za mną!
 Jazda autokarem zajęła ponad godzinę, a czas wydawał się liczyć podwójnie. Jak to bywa ze szkolnymi wycieczkami, każdy uczeń wiedział, obok kogo i gdzie chce usiąść (siedzenia z tyłu pojazdu cieszyły się największym powodzeniem, wiadomo, im dalej od nauczycieli, tym lepiej). Remon usiadła na przednim siedzeniu, tuż za panem Mazurem, licząc na samotność. Niedane jej było jednak zaznać spokoju, usiadł obok niej złotooki chłopiec.
 - Remon, ja… Ja chciałem przeprosić. – powiedział, nawet na nią nie patrząc. – Nie powinienem się tak zachowywać, ale chcąc czy nie chcąc złamałem jedno z praw.
 - Nic się nie stało – skłamała.
 Bała się tamtego Luka, bała się, bo nie wiedziała jak mu pomóc. W ciągu jednej doby ujrzała tak różne oblicza jednej osoby. Ciekawe, co jeszcze ukrywa.
 Potem zaczęło się dziać to co zwykle. Grupa dziewczyn uparła się śpiewać bezustannie tę samą piosenkę, co po chwili stało się irytujące niczym piłowanie mózgu. Komuś zrobiło się niedobrze i siedział z twarzą wciśniętą w plastikową torebkę. Jakiś chłopak ze słuchawkami na uszach słuchał muzyki tak głośno, że dochodziło z nich wyraźne buczenie, ale nie dało się zrozumieć słów, co było bardzo męczące. Ktoś otworzył paczkę straszliwie cuchnących chipsów serowo-cebulowych, a siedzący w pobliżu koledzy głośno protestowali.
 Na koniec przy akompaniamencie sześćdziesiątej trzeciej zwrotki piosenki pod tytułem „świetnie wiem, jak zagrać ci na nerwach” autokar wiozący klasę pana Mazura stanął na parkingu.
 Na horyzoncie piętrzyła się dumnie bryła zamku Hardir, ostro odcinając się od bezkresu pól, moczarów i morskiej toni. Częściowo zburzone wieże sięgały w niebo niczym kamienne paluchy. Ubytki w kamiennych murach gapiły się w przestrzeń ślepymi oczodołami. Okna, za którymi znajdowały się kiedyś pokoje, obramowywały teraz fragmenty nieba, przechwytując płynące po nim obłoki i tworząc z nich żywe obrazy. Gołębie chroniły się gdzie popadnie, obejmując w posiadanie nisze i szczeliny murów, których nie brakło w zrujnowanym zamku. Gdzieniegdzie było widać świetnie zachowane fragmenty budowli, potężne, wygładzone kamienie, porośnięte szarozielonym mchem i pędami bluszczu – zamek bez dwóch zdań. Miejscami jednak mur skruszył się niemal całkowicie, jakby ogryziony zębiskami żarłocznego olbrzyma. Smagany wichrem zamek miał w sobie coś niepojęcie smutnego, trzymał się ziemi niczym uparte wspomnienie, z każdym rokiem tracąc cząstkę siebie na rzecz kapryśnej pogody. Ale było w nim także coś… optymistycznego, w zmurszałych murach pulsowało tchnienie historii i godnej przeszłości, mocy i ludzkiej nadziei. Dumny i smutny, silny i złamany, zamek Hardir stał przed grupą uczniów i czekał.
 Przez chwilę Remon stała i przyglądała mu się z otwartymi z podziwu ustami.
 - Proszę, żeby wszyscy zebrali się tutaj! – zawołał pan Mazur, usiłując odzyskać kontrolę nad grupą rozgadanych uczniów, którzy już zaczęli się rozchodzić we wszystkich kierunkach. – No dalej, podejdźcie tu… Nie, nie zostawiajcie plecaków w autokarze, weźcie je ze sobą… Hej, chłopcze! Wracaj, nigdzie nie odchodź! Zosiu nie rób tego. Postaw to na miejscu… No dobrze, posłuchajcie – westchnął z ulgą i rozpoczął oficjalny wykład: – Witajcie w zamku Hardir! Został on zbudowany w pierwszej połowie XI wieku i pierwotnie pełnił funkcję nadbrzeżnego fortu, chociaż później służył wielu różnym celom – między innymi był średniowiecznym więzieniem. Dzisiaj mamy w nim imprezę integracyjną. Każdy z was dostanie plan zamku i otoczenia. Proszę nie chodzić samemu. Równo o 10 zaczyna się dyskoteka w Sali balowej, proszę tam przyjść. Macie dwie godziny na samodzielne zwiedzanie. Uważajcie, legenda głosi, że zamek jest nawiedzany przez duchy. Dziękuję.
 Luke parsknął śmiechem, a niektórzy koledzy zaczęli ponuro pohukiwać: „Huu, huu!” i piskliwie chichotać.
 - Z czego się śmiejesz? – Zapytała zdziwiona Remon.
 - Zaraz zobaczysz. Przyjrzyj się uważnie. – odparł tajemniczo. – Właśnie w tym miejscu zaciera się granica między światami.
 Coś znowu poruszyło się w głowie dziewczyny, jakby budząc ze snu. Było to dziwne uczucie, jednak już znane, ale zaraz po jego ustąpieniu, z każdego ciemnego kąta zaczęły się wyłaniać niewyraźne postaci. Co ważniejsze, nikt poza Remon i Lukiem nie zwracał na nie uwagi. I wtedy ją olśniło. Ta legenda wcale nie mówiła o duchach. Tymi, którzy nawiedzają zamek byli cienie.
 - Nie wierzę, że te cienie pojawiły się tak nagle, po tym rytuale – ściszyła głos mówiąc do Luka – Po prostu nie mogli się tak nagle pojawić.
 - Oni byli tutaj cały czas. Ty po prostu nie patrzyłaś tymi oczami.
 - Tymi oczami? Co masz na myśli? – Zapytała, ale jego już nie było.
 Pozostało jej jedynie zwiedzane zamku samotnie, bądź w towarzystwie cieni, którzy z wyraźnym zainteresowaniem na nią patrzyli. Spojrzała na plan. Czas zwiedzić to zamczysko!
 Stanęła na zwodzonym moście. Fosę opróżniono dawno temu, a jej strome brzegi porastała teraz bujna zieleń: olbrzymie liście łopianu, kolczaste krzaczki, paskudne, smrodliwe kwiaty. Gdyby ktoś wpadł na osobliwy pomysł stoczenia się tym zboczem w dół, prawdopodobnie przez kilka miesięcy miałby na sobie zielone plamy, a skóra swędziałaby go jeszcze przez wiele tygodni. Remon zapragnęła zepchnąć w ten rów Luka, tylko po to, by zobaczyć, czy będzie mu to w czymkolwiek przeszkadzało. Denerwowała ją jego ciągła zmiana nastrojów i osobowości. Raz miły i otwarty, innym razem chłodny i tajemniczy.
 Ktoś przytulił ją od tyłu. Nie spodziewała się tego. Ta osoba była na tyle nieodpowiedzialna, że skradała się do Remon. To był błąd, wielki błąd. Wiedziona instynktem dziewczyna, myśląc, że to napastnik, przerzuciła go przez lewe ramię, tak że wisiał nie po tej stronie barierki do trzeba. Jakie było zdziwienie brunetki, gdy rozpoznała w nim Aleksandra.
 - A co ty tu robisz? – syknęła, starając się wciągnąć chłopaka z powrotem na most.
 - Integruję się z moimi przyjaciółmi – zachichotał i zmienił się w ciemną smugę dymu. Po chwili stał już obok Remon, kłaniając się głęboko. – Nie tęskniłaś za mną? – zapytał z udawanym smutkiem.
 - Ani trochę. – Uśmiechnęła się. – Ale cieszę się, że tu jesteś. Powiedz mi, dlaczego te cienie się tak na mnie gapią?
 - Bo jesteś śliczna?
 - Marne wytłumaczenie. – Odwróciła się na pięcie i podążyła w stronę dziedzińca zamkowego.
 Co wybrała do zwiedzania? Oczywiście lochy. Dookoła panowały ciemności, znajdowała się w dolnej części zamku. Przez umieszczone pod sufitem okna wpadało wprawdzie nieco światła, ale natychmiast pochłaniał je mrok.
 W tym pomieszczeniu widać przykłady wczesnych form graffiti. Więźniowie spędzali tu średnio po 20 lat, podczas których ryli w kamieniu swoje imiona i daty ku upamiętnieniu mąk, przez jakie musieli przechodzić. – Głosił napis przy wejściu.
 Ciekawe, pomyślała Remon i szybko ruszyła w stronę schodów.
 W tej samej chwili w lochu pociemniało jeszcze bardziej.
 Cienie leżące na kamiennej posadzce zdawały się wydłużać, rosnąć, rozlewać na całe ściany. Plamy ciemności chwiały się i wykoślawiały, pełznąc po murach niczym chciwe łapska. Remon poczuła ukłucie zimnego strachu i wycofała się do narożnika, przycisnąwszy plecy do ściany. Po Aleksandrze nie było nawet śladu. Przeciwległy kąt ciemniał coraz bardziej, aż stał się masą wijącej się konwulsyjnie czerni. Zerknęła ku spiralnym schodom, ale zdawały się dziwnie daleko, a ponadto nie była pewna, czy zdoła zmusić stopy do biegu. Obezwładniający lęk pochwycił ją w swoje szpony. Nie pomagały słowa powtarzane jak mantra „Nie bój się, jesteś silna, jesteś najlepsza, nie możesz się bać”. Mocniej przywarła do ściany, instynktownie kuląc się przed czającym się z przodu niebezpieczeństwem.
 W najciemniejszym kącie lochu coś się poruszyło. Przeciągnęło się, grzechocąc starymi kośćmi i wstało, po czym ruszyło ku dziewczynie, chrobocząc po posadzce długimi pazurami.
 Cień nie wyglądał wcale tak przyjaźnie, jak Bielikow. Ten miał nie do końca ludzką postać. Część jego ciała wyglądała jak pozszywane przypadkowo cienie, które ktoś doczepił do chorobliwie szarej skóry. Ramiona cienia były wychudzone i żylaste, a paznokcie tak długie, że zaczęły się skręcać w różnych kierunkach. Przechylił lekko głowę jakby chcąc się lepiej przyjrzeć Remon.  Uśmiech maszkary przypominał potłuczone szkło wrzucone w kałużę oleju. Z każdym oddechem wysysał z pomieszczenia resztki światła.
 Remon usiłowała się odsunąć jeszcze bardziej do tyłu i stanęła na palcach, aby uniknąć kontaktu z podpływającą falą czerni, lecz nie było dokąd uciec. Stała tak, nie mogąc oderwać wzroku od świdrujących oczodołów cienia. Pochylił się nad nią i węszył niczym zwierzę.
 - A więc to prawda… Witaj Zitronie. – zawył przeciągle.
 Niemy krzyk utknął jej w gardle.
 A potem ruszyła przed siebie. Jej nogi zaczęły biec, zanim zdążyła o tym pomyśleć. Pognała w kierunku wyjścia i rzuciła się schodami w górę. Nie śmiała zerknąć za siebie w obawie, że to coś pełznie za nią. Gnała tylko naprzód, potykając się o własne nogi. Ciemność goniła ją, owijając się wokół spiralnych schodów, co zmuszało ją do jeszcze szybszego biegu. Wpadła na dziedziniec, na powietrze i słońce i zatrzymała się gwałtownie, uderzając w Luka.
 - Jak łazisz? – Zapytał z wyrzutem. – Nie dość, że te głupie cienie ciągle starają się mnie stąd wykurzyć, to jeszcze ty próbujesz mnie staranować.
 Odpowiedział mu szloch. Dziewczyna chwyciła za brzegi jego koszulki i wtuliła się w jego tors tłumiąc płacz. Jej ramiona drżały, miała gęsią skórkę.
 - Hej, uspokój się! – wrzasnął, a ona zadrżała. – Spokojnie Remon – ściszył głos zdziwiony jej poprzednią reakcją i nadał mu łagodności. – Już w porządku, nie bój się, ochronię cię.
 - Nie, nie, nie chcę, dlaczego? Co ja zrobiłam?  – wyrzuciła przez łzy, – Dlaczego ja?
Podniósł ją i kręcąc z niedowierzaniem głową, pozwolił by jeszcze bardziej się w niego wtuliła. Po kilku sekundach siedzieli na jednej z wież. On oparty o ścianę, a ona na jego kolanach, zwinięta w pozycji embrionalnej. W zaciśniętej pięści nadal ściskała rąbek jego koszulki.
 Właśnie w takiej sytuacji znalazł ich Aleksander.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

4. Jak się sprawy na świecie mają

 - Cieniem? Jesteś chory umysłowo! –dziewczyna wrzasnęła na Bogu ducha winnego Luka.
  Chłopak w mgnieniu oka pojawił się przed nią i Remon zbyt późno doszła do wniosku, że bezpośrednia konfrontacja z nim nie jest najrozsądniejszą rzeczą.
 -Niezbyt uprzejmie zwracasz się do człowieka, który ocalił ci życie.
 - Człowieka?  Ty nie jesteś człowiekiem! 
  Znieruchomiał, słysząc oskarżenie i widać było, że starał się panować nad wyrazem swojej twarzy.
  A jednak musiała to wiedzieć. Niewiedza może i jest błogosławieństwem, ale niesie też ze sobą straszliwe niebezpieczeństwo.
 - Ja… cię widziałam. We śnie. – Zadrżała, gdy to wspomnienie przemknęło jej przez głowę. – Twoje kły…
 - Oh, zamknij się! – wrzasnął. – Zrozum jedno dziewczyno. Jako wampir mam obowiązek cię zabić, ale ja tego nie zrobiłem, a wręcz przeciwnie, uratowałem ci życie!
 - To może trzeba było pozwolić mi zginąć! – Agresja, z jaką wybuchła, bardzo ją zdziwiła.
 Nastała cisza. Mierzyli się wzrokiem, żadne nie chciało ustąpić. Gdyby doszło do rękoczynów, Remon była by na przegranej pozycji. Jak powiedział cień, miała w sobie truciznę, co uniemożliwiało chodzenie.
 - Sasza! – warknął w końcu brunet. – Zajmij się tą dziewczyną, bo ja nie wytrzymam.
 Jak tylko to powiedział, z cienia rzucanego przez telewizor wyłonił się rudzielec. Ze zwykłą sobie gracją, ukłonił się i z politowaniem pokręcił głową. Oburzony Luke wyminął go i zniknął gdzieś za drzwiami.
 - Przepraszam za jego zachowanie, ale Luke ma problemy z zachowaniem spokoju – zaśmiał się pod nosem cień.
 - Jak się nie zamkniesz, to ty będziesz miał problemy! – odkrzyknął wampir z innego pokoju.
 W odpowiedzi Sasza ponownie się zaśmiał i wyszedł. Zbiło to Remon z tropu. Cóż, zachowanie tych dwóch budziło wiele zastrzeżeń. Po chwili, jednak chłopak wrócił, niosąc szare pudełko opatrzone czerwonym krzyżykiem.
 - No ślicznotko, pokaż nóżkę, trzeba zmienić opatrunek.

  Na jego twarzy malowała się fascynacja.
   Brunetka posłusznie podniosła lekko prawą nogę, a Aleksander zabrał się za zdejmowanie starego bandaża.  Rana wyglądała na zasklepioną, powoli tworzył się strup.
 - Jak długo byłam nieprzytomna? – zapytała.
 - Kilka godzin. Ale to zadziwiające, jak szybko twoje tkanki się regenerują. Nawet gdybyś była łowcą…
 - Kim są łowcy?
 Jej pytanie zawisło w powietrzu. Cieniowi niezbyt spieszyło się z wyjaśnieniem. Przetarł czymś ranę, a cienka stróżka krwi pociekła po jej udzie.
 Jej widok uspokajał ją w jakiś dziwny sposób. Zawsze tak było.
 Kiedy była młodsza, gdy presja stawała się zbyt wielka, gdy czuła, że dłużej już nie wytrzyma, wystarczała niewielka ranka, by zmniejszyć napięcie.
 Pierwsza powstała przypadkiem. Obierała jabłka i nóż jej się omsknął. Przecięła sobie wnętrze dłoni u podstawy kciuka. Trochę bolało, ale kiedy z ranki popłynęła stróżka jasnego szkarłatu, nie poczuła paniki czy strachu. Poczuła fascynację. Oraz niezwykły… spokój. 

 Kilka miesięcy po tym zaskakującym odkryciu znów się zacięła, tym razem celowo. Robiła to zawsze potajemnie i nigdy nie miała zamiaru się skrzywdzić, czy zadać sobie ból. Co dziwniejsze, ranki bardzo szybko zarastały i nie miała po nich blizn. Zaczęła ciąć się coraz częściej, zawsze gdy chciała poczuć ten niezwykły spokój.
  Zimny dotyk przerwał jej rozmyślania. Długimi palcami Aleksander rozprowadzał galaretowatą maź, uśmiechając się znacząco.
 - To zneutralizuje truciznę. – wytłumaczył.
 - Dobrze, ale nadal nie wytłumaczyłeś mi, o co chodzi z łowcami, cieniami i wampirami – skarciła go wzrokiem.
 - Wiesz, co to Wielka Wojna?
 - Ta pomiędzy Bogiem a Szatanem? Gdzie anioły między sobą walczyły? – zdziwiła się – Nie mów mi tylko, że one też sobie chodzą między ludźmi.
 - Spokojnie, ich na razie nie musisz spotykać, pojawią się, kiedy, bo ja wiem, umrzesz? – wysilił się na ukrycie uśmiechu, co mu nie wyszło – Wracając do tematu. Podczas tej wojny powstały istoty światła, czyli łowcy i istoty mroku, czyli cienie. Wielka równowaga i tak dalej. Ale powstały jeszcze wampiry. Są to stworzenia z pogranicza każdego gatunku. No i tu mamy problem, jak zawsze cienie były wrogie w stosunku do łowców, łowcy nienawidzili cieni, to wszystko się skomplikowało, bo między to wszystko wplątały się nieszczęsne pijawki…
 - Słyszałem to – warknął Luke przerywając opowieść.
 - Od tamtej pory trwa wielka wojna pomiędzy tymi trzema rasami.- Zignorował oburzenie przyjaciela, kończąc owijać nogę dziewczyny w czysty bandaż.
 - W takim razie, dlaczego ty i Luke się przyjaźnicie?
 - Moją rodzinę zabiły inne wampiry. – Niespodziewanie brunet włączył się do rozmowy, wchodząc do pokoju.- I popaprana rodzinka tego szaleńca mnie wychowała.
 - Nie będę rozwijał, dlaczego on uważa moją rodzinę i mnie za niezrównoważonych psychicznie…
 - Nawet nie chcę wiedzieć. – ucięła mu Remon. – To, co w końcu jest nie tak?
 - Żeby cienie mogły istnieć na Ziemi, potrzebne są kapłanki. I tu pojawia się problem, bo ten rytuał w lesie odbywał się z udziałem owych kapłanek i łowców, którzy w normalnych warunkach urządziliby krwawą jatkę. – sprostował wszystko cień.
 - Trudno mi w to wszystko uwierzyć – uśmiechnęła się cierpko. – O ile jeszcze jakoś rozumiem cienie, to jak ty ukrywasz swoje kły?  -  zwróciła się bezpośrednio do bruneta.
 - Jestem taki, jakim mnie widzisz w tej chwili… i taki, jakim mnie widziałaś w swojej wizji.  – odparł chłodno.
 - A więc pokaż mi to. Chcę zobaczyć tamtego Luka. Chcę wiedzieć, z kim tak naprawdę mam do czynienia. Tak będzie sprawiedliwie.
 - To, czego chcesz mnie nie obchodzi.  Sasza, jak już wydobrzeje, to odprowadź ją do domu. Nie mam zamiaru bawić się w niańkę. Wychodzę.
 Minęło kilka pełnych napięcia chwil. Luke swoim „nic mnie nie obchodzi” krokiem przeszedł przez niewielkie pomieszczenie, a chwilę później dało się słyszeć trzask zamykanych drzwi. To by było na tyle z obecności krwiopijców.
 - No, mała trucizna powinna przestać działać w ciągu kilku minut… Czas się zbierać.
 Rzuciła mu pełne oburzenia spojrzenie.
 - Ile ty masz lat, żeby mówić do mnie mała?
 - Jedynie 17, ale to i tak o dwa lata więcej niż ty. Ale wiesz, ja jestem cieniem, a ty zwykłym człowiekiem.
 – To wszystko… - zawahała się przez chwilę – Nie, to nie może być prawda. Boże, powiedz mi, że to nie dzieje się naprawdę!
* * * 
   Przytłumione szepty dochodziły z rozległych piwnic. Zebranie, rada starszych. Czterdziestu sześciu mężczyzn i dwadzieścia dwie kobiety zgromadziło się w jednym pomieszczeniu. Wszyscy mieli dziwne szare peleryny. Jeden z nich, wyraźnie podstarzały osobnik, stanął na podium, uniósł ręce ku sufitowi i przemówił głębokim głosem:
 - Stało się! Za cztery księżyce Zitron powróci, a chwała przeniknie jemu wiernych. Radujcie się albowiem już wkrótce gniew Jego Majestatu obróci ich wszystkich w pył, a Ziemia i ludzie zostaną uwolnieni od nędznych pijawek!
Odpowiedziały mu gromkie brawa i okrzyki aprobaty. Staruszek uśmiechnął się pod nosem, jego twarz nadgryziona zębem czasu rozjaśniła się. Był naprawdę, naprawdę zadowolony.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

3. Cienie w mroku

 Dalszy dzień odbył się bez żadnych przygód, Luke po incydencie ze Szramą gdzieś zniknął i nie pokazał się na żadnej lekcji. Remon nie wiedziała, co ma zrobić w tej sytuacji, czuła się zakłopotana i zdenerwowana. „Czy on uważa, że nie potrafię poradzić sobie sama? Ja mu pokaże damę w opałach, co to tylko czeka na rycerza”.
 Po szkole chciała go odnaleźć i ponownie na niego nakrzyczeć. Kiedy wychodziła z budynku zobaczyła grupkę ludzi w ciemnych płaszczach. Wydawało się to dziwne, nie, to było dziwne. Temperatura na dworze dochodziła do dwudziestu pięciu stopni powyżej zera.  Kiedy przechodziła obok podejrzanych postaci, jeden z nich zaczepił ją, pokazując zdjęcie Luka i pytając się, czy widziała tego chłopaka? Zastanowiła się chwilę. Może to było to, przed czym miała go chronić.
- Nie znam go, przykro mi. – skłamała.
 Kiedy tylko dała odpowiedź, mężczyzna wrócił do pozostałych. Widać było, że nad czymś się kłócą.  Dziewczyna odeszła na odległość, z której mogła ich niezauważenie obserwować i czekała.
 Po kilku minutach tajemnicza grupka ruszyła w dół ulicy. Poszła za nimi. Kierowali się w stronę lasu. Co ciekawsze, strasznego lasu. W mieście krążyły pogłoski, o tym, że między drzewami mieszkają duchy, że jeżeli raz się wejdzie do lasu, to już się z niego nie wyjdzie. Oczywiście nieustraszona brunetka w te plotki i miejscowe legendy nie wierzyła.  Pięciu tajemniczych mężczyzn rozglądało się, jakby obawiali się śledzenia. Robili to dość nieumiejętnie, gdyż żaden z nich nie dostrzegł Remon.
 Zaszło słońce. W miarę jak zagłębiali się w las, mrok stawał się ciemniejszy, z większym trudem przychodziło jej obserwowanie podejrzanych. Dotarli w końcu do niewielkiej polany. Mrok zaczął się przejaśniać, na środku płonęło niewielkie ognisko. Starała się dostrzec cokolwiek w połyskującym świetle.
Wokół ogniska siedziały postacie w ciemnych pelerynach, łudząco podobnych do strojów mężczyzn, których śledziła. Wszyscy trzymali się za ręce cicho śpiewając. Remon nie słyszała słów, ale odniosła wrażenie, jakby odprawiały jakiś rytuał. Na przykład egzorcyzmy. Albo rzucanie uroku. Jedna z nich, siwowłosa kobieta, powoli wstała i uniosła ręce ku bezchmurnemu niebu. Na środek wyszła mała dziewczynka. Nie mogła mieć więcej niż 7 lat, jej jasne włosy związane były w długi warkocz. Jej ubranie stanowiła biała sukienka. Stała smutna, jakby czekając na nieuniknione. I wtedy Remon coś zrozumiała. Ta mała dziewczynka była ofiarą.  Stojąca kobieta podeszła do niej z nożem w ręku. Z surowym wyrazem twarzy uniosła podbródek dziewczynki i szybkim ruchem podcięła jej gardło. brunetka powstrzymała krzyk. Właśnie była świadkiem morderstwa. Co prawda uczyć się technik zabijania to jedno, ale widzieć śmierć na własne oczy, to inna sprawa. Krew spływała po bladej skórze martwego dziecka, siwowłosa zebrała ją w dłoń i pokropiła ogień.
 - Powstań Zitronie, Szmaragdowy Smoku Niebios, okaż swą potęgę – zawołała grzmiącym głosem. – Ofiara została złożona, przymierze zawarte. Zbudź się z czwartym księżycem, wypełnij przyrzeczenie.
 Coś w umyśle dziewczyny drgnęło. Co prawda lekko i prawie niewyczuwalnie, ale to było bardzo dziwne uczucie. Niespodziewanie zachwiała się i żeby utrzymać równowagę, cofnęła się o krok. Jak w filmach bywa, gałązka pod jej ciężarem pękła z głośnym trzaskiem.
 Gniewne spojrzenia zamaskowanych postaci zwróciły się na nią. Zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, srebrny bełt leciał w jej stronę. Czas spowolnił, przełknęła głośno ślinę. Jedno uderzenie serca później grot wbił się w jej udo. Wrzasnęła dziko, upadając. Po jej spodniach rozpływała się szkarłatna plama. Ledwo powstrzymywała łzy. Łzy bólu, ale i upokorzenia. Ona, ukochana wnuczka dziadka, najlepsza z uczniów, ma tak zginąć? Usłyszała jeszcze jeden trzask przeładowywanej broni, ale zanim wystrzeliła, Remon poczuła, że się unosi.
 Więc tak wygląda śmierć. Ból paraliżuje całe ciało, a może już nie ciało tylko duszę. Świat wydawał się piękny, gwiazdy uroczo świeciły na niebie. Nie było już żadnych zmartwień, żadnych problemów. Radość z uczucia lekkości i wolności była wręcz namacalna. Niemal czuła wiatr we włosach, powoli zamknęła oczy, szczęśliwa, że dziadek nie widział jej porażki.
 I wtedy stało się coś dziwnego.
 - Nadal nie potrzebujesz mojej pomocy? – zabrzmiało pytanie tuż przy jej uchu, głos był znajomy, lecz nie była w stanie go rozpoznać.
 Ogarnęła ją ciemność. Niezmącony mrok zakradł się do jej głowy powodując utratę przytomności.
 Kiedy się ocknęła, ból powrócił.  Zachowując niezwykłą dla siebie ostrożność, zmusiła się, by pozostać w bezruchu. Po tym wszystkim co przeszła, nie powinna chyba od razu zrywać się na nogi, chociaż zwykle tak robiła. Lepiej będzie zorientować się w sytuacji.
 W końcu doszła do wniosku, że leży na łóżku. Ale nie swoim. To było twarde, nierówne i pachniało czymś dziwnym, nad czym nawet nie chciała się zastanawiać. W oddali słyszała odgłosy ulicy, a nieco bliżej stłumione głosy, być może jakiś program w telewizji.
 Cóż, nie był to jej dom. Ani ciemny las. No i na pewno nie umarła.
 Remon zebrała całą odwagę, powoli uniosła głowę z poduszki i rozejrzała się po mrocznym pokoju. Niewiele tu było do oglądania. Łóżko, na którym leżała, zajmowało większą część ciasnego pomieszczenia. Dostrzegła gołe ściany i najohydniejsze zasłony w kwiaty, jakie kiedykolwiek widziała. Przy końcu łóżka stała poobijana komódka, na niej staroświecki telewizor. W kącie rozklekotane krzesło.
 Krzesło, które w tej chwili zajmował szczupły, rudowłosy chłopak. Po miarowym oddechu i zamkniętych oczach, można było spostrzec, że śpi.
 Ledwie ośmielając się oddychać, szatynka usiadła i spuściła nogi z boku materaca. Jej głowa o mało nie eksplodowała z bólu. Syknęła cicho.
 - Nie radzę. Po takiej dawce trucizny, jaką dostałaś, nawet Luke nie byłby w stanie chodzić – ktoś się zaśmiał.
 Dziewczyna zamarła w bezruchu. Rozejrzała się po pokoju ponownie, tym razem nie dostrzegła chłopaka. Przeraziła się. Podpierając się rękami o łóżko, próbowała wstać. Nagle przed jej twarzą pojawił się młodzieniec. Popchnął ją z powrotem na łóżko i uśmiechnął się szeroko.
 - Mówiłem, że to zły pomysł.
 Znowu zakręciło jej się w głowie. Zignorowała to uczucie. Ponownie spróbowała wstać.  Tym razem, chłopak przytrzymał ją w pozycji leżącej.
 - Puść mnie albo…
 - Albo co? – zapytał słodkim tonem.
 Dobre pytanie. Jaka szkoda, że nie potrafiła znaleźć błyskotliwej odpowiedzi.
 - Ja… będę krzyczeć.
 Ciemne brwi uniosły się w rozbawieniu.
 - I naprawdę chciałabyś się przekonać, jaki bohater pospieszy ci z pomocą? Jak sądzisz, kto to zrobi? Okoliczni narkomani? Dziwki pracujące na dole? Wiesz, postawiłbym na pijaka zza ściany. Był wyraźnie zainteresowany, kiedy Luke niosąc cię, mijał go na korytarzu.
 Nagle Remon zrozumiała, co oznacza ciasny pokój, odrażające zapachy i rozpacz, która wisiała w powietrzu. Luke zabrał ją do jednego z niezliczonych obskurnych hoteli, pełnego najgorszych szumowin. Otrząsnęłaby się z obrzydzenia, gdyby nie fakt, że to akurat budziło jej najmniejszy niepokój w tej całej sytuacji.
- Gdzie jest Luke? – zadała najrozsądniejsze pytanie, na jakie ją było stać.
- Leży sobie w sąsiednim pokoju, a co, stęskniłaś się za swoim wybawcą? – po raz kolejny zadrwił z niej.
 Dobitnie to zignorowała. Bo, po co się przejmować? Budzisz się w obcym miejscu, widzisz obcego faceta, ale po 5 minutach stwierdzasz, że jest niegroźny. Co tam własne życie, ważniejsze jest to, gdzie jest Luke!
 - Kim ty w ogóle jesteś?! – olśniło ją, że nie wie nic na temat nieznajomego.
 Puścił ją, wstał i delikatnie ujął jej dłoń w swoją.
 - Jestem Aleksander Bielikow, przyjaciel Luka i nieszczęśnik, który musiał opatrywać twoje rany. Niezmiernie miło mi cię poznać, Remon.- ukłonił się głęboko i ucałował bladą dłoń nastolatki.
 Wróciły do niej wspomnienia. Koszmar ostatniej nocy. Zakapturzone postacie, morderstwo i to coś w jej głowie. Coś, co teraz zdawało się drzemać na dnie jej umysłu. Łzy zalśniły jej w oczach, minę miała taką, jakby miała się zaraz rozpłakać.
 - Ej! Tylko mi się tu nie rozklejaj – spanikował Aleksander.
 - Ja… Ona… Oni ją zabili! – wrzasnęła nie zważając na nic.
 W drzwiach stanął Luke. To nie był już uroczy, przystojny, niegrzeczny chłopiec. Stał przed nią przepiękny upadły anioł, który gardził otaczającym go światem.
 - Sasza, zostaw nas samych. – Jego głos był inny niż w szkole, przygnębiony.
 - Jak sobie życzysz – z uśmiechem powiedział rudy chłopak.
 Coś zadrżało w powietrzu, a po Aleksandrze pozostał tylko czarny dym, powoli sunący się w stronę drzwi.
 - Czym on jest? – nie kryjąc szoku, zdziwienia ani strachu zapytała Remon.
 - On? On jest cieniem.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

2. To nie miało tak być!

 Liceum w tym mieście miało wygląd jednolicie szary, było bryłą betonu bezceremonialnie porzuconą na skraju szkolnych terenów rekreacyjnych i oddzieloną od nich kilkoma rozsypującymi się wiatami na rowery. Na przestrzeni wokół znajdowały się boiska do piłki nożnej, koszykówki, tenisa i bieżnia lekkoatletyczna. Skocznia w dal służyła zarazem jako wygodna kuweta dla kotów z okolicznych domów, co dodatkowo mobilizowało uczniów do oddania jak najdłuższego skoku, byleby tylko nie lądować w piasku.

 Remon wędrowała szkolnym korytarzem.  Prawdopodobnie zadaniem tego pomieszczenia było umożliwienie przemieszczania się z miejsca na miejsce. Podczas lekcji wprost przeraźliwie ciche i opustoszałe w ciągu pięciominutowych przerw zmieniały się w strumienie rozwrzeszczanych dzieci. Naprzemienne okresy pustki i chaosu przerywała jedynie dwudziestominutowa przerwa, która wyróżniała się tym, że grupki uczniów wystawały w różnych miejscach i konfiguracjach towarzyskich.

 Chociaż szkoła wydawała się dziewczynie bardzo dziwna, kompletnie zwariowana i cudaczna, to chłonęła każdy szczegół z należytą uwagą. Trudno jej było przyzwyczaić się do nowych warunków. Różnica między domowym nauczaniem a szkołą licealną jest bardzo wyraźna. Po pierwsze - lekcji nie prowadzi jedna i ta sama osoba. Poszczególne przedmioty są przydzielone do konkretnych nauczycieli i pracowni, do których trzeba trafić. Inną rzeczą, której należało się szybko nauczyć, było zwracanie uwagi na to, co znajduje się pod blatem ławki. Trzeba się też było mieć na baczności przed starszymi chłopakami, gnającymi po szkolnych korytarzach niczym rosyjska mafia; najlepiej było szybko schodzić im z drogi. To jednak nie dotyczyło najlepszej uczennicy mistrza. A podręczniki! Remon nigdy nie korzystała z takiej ilości książek, a jej torba groziła rychłym pęknięciem w szwach.

 Szatnia i szkolne szafki. Każde dziecko posiadało swoją szafkę, która nieodmiennie rozwiewała wokół woń przepoconych trampek i spleśniałych resztek drugich śniadań. Ich wnętrza upstrzone były kolorowymi naklejkami, plakatami i rozmaitymi napisami, które każdy nowy właściciel bezskuteczne próbował usunąć. Jej szafka była pod tym względem zadbana. Środek znaczyło tylko kilka artystycznych podpisów. Większość szafek była powgniatana i obdrapana, a niektóre wyglądały jakby ktoś próbował je otworzyć łomem, gdyż ich drzwiczki były wygięte pod zadziwiającym kątem.

 Był to dla niej nowy, zaskakujący świat.

 Pierwszą lekcją Remon była biologia. Usiadła w ostatniej ławce pod oknem. Nauczycielka, pani Golonka, była niezwykle kościstą kobietą i wszystko było w niej jakieś spiczaste. Kreda skrzypiała nieprzyjemnie po tablicy, kiedy zapisywała datę.

 - Proszę o uwagę! – zagrzmiała, przesuwając wzrokiem po klasie – Wyjąć zeszyty i długopisy, będziecie notować. I żadnych rozmów.

 Żadnego przywitania. Po prostu zaczęła prowadzić lekcję, jakby była to jej kolejna godzina z tą klasą.

 - Punkt pierwszy, regulamin pracowni biologicznej. – głos starszej kobiety niósł się po klasie budząc przerażenie. – Do pracowni biologicznej wchodzimy…

 Nie zdołała dokończyć zdania, ponieważ ktoś zapukał do drzwi. Po pełnej napięcia chwili, wszedł przez nie spóźniony uczeń.

 - Przepraszam za spóźnienie – powiedział głębokim głosem, wyrażając skruchę.

 Brunetka gwałtownie uniosła głowę i spojrzała na nowo przybyłego. Jego ciemne włosy były niedbale przeczesane, grzywka opadała na oczy i zakrywała je niemal całkowicie. Prawy kącik jego malinowych ust unosił się nieznacznie ku górze, co wywołało ciche westchnięcia wśród żeńskiej części klasy. Bynajmniej nie zrobiło to większego wrażenia na Remon. Zamarła w szoku, gdyż chłopak wyglądał identycznie jak ten, narysowany przez nią poprzedniego wieczora.  Ruszył w stronę jedynego wolnego miejsca – obok zielonookiej. Z każdym ruchem jego koszulka opinała tors, ukazując wyćwiczone mięśnie. Czarne spodnie idealnie podkreślały bladość skóry. Zrzucił z ramion plecak i położył pod ławką. Wyjął potrzebne rzeczy i usiadł dostojnie na krześle.

 - Do pracowni wchodzimy tylko pod opieką nauczyciela – kontynuowała swoją tyradę pani Golonka.

 Ale Remon już jej nie słuchała. Patrzyła na sąsiada z ławki jak zahipnotyzowana, pochłaniała go wzrokiem. „Kim jesteś?” To pytanie krążyło po jej głowie. Ostatecznie zmusiła się do skupienia i starając się zapisać cokolwiek, patrzyła w pustą kartkę zeszytu. Nagle zwinięty kawałek papieru wylądował centralnie pośrodku jej brulionu. Rozwinęła go delikatnie, żeby nie wywołać niepożądanego hałasu.

   Hej, jestem Luke, a ty?

 Rozejrzała się po klasie, jedyne, co zauważyła, to chłopak siedzący obok niej, który patrzył wprost na nią i uśmiechał się szeroko. Westchnęła cicho i zabrała się za pisanie odpowiedzi.

  Remon.

 Podała koledze kartkę i wróciła do wcześniejszego zajęcia. Na twarzy szatyna pojawił się jeszcze szerszy uśmiech. Odgarnął niesforną grzywkę. Jego oczy okalały grube kurtyny rzęs, tęczówki miały kolor płynnego złota.

 Dziewczyna była niespokojna. Intrygował ją kolega z ławki, ale przecież nie powie mu „ Cześć wczoraj mi się śniłeś, co ci grozi?”. Nie, to by było co najmniej dziwne. Kłóciła się sama ze sobą, a obecność Luke wyraźnie ją krępowała. Gdzie się podziała niewzruszona niczym Remon?

 Ku jej radości zadzwonił dzwonek. Pośpiesznie chwyciła swoje rzeczy i wybiegła z klasy, zostawiając osłupiałego szatyna w środku.

 Na żadnej innej lekcji nie siedziała z Luke. Była mu wdzięczna, za odrobinę spokoju, lecz nadal nie mogła się skupić na prostych czynnościach. Zaczęła się właśnie długa przerwa. Brunetka szła powoli szkolnym korytarzem, pogrążona w rozmyślaniach. Nagle ktoś przechodząc obok, trącił ją ramieniem.

 - Hej! -  oburzyła się, szukając sprawcy.

 Stał za nią wysoki, mocno umięśniony, łysy chłopak. Wyglądał na sporo starszego, a krzywy nos, prawdopodobnie kilka razy złamany, dodawał mu groźnego wyglądu.

 - Coś nie tak laleczko? – wyszczerzył się w pogardliwym uśmiechu.

 Jego dwaj koledzy zawtórowali śmiechem. Był ich przywódcą. Niczym posłuszne pieski stali za nim, gotowi sprać każdego, kto obrzuci wzrokiem ich guru.

 - Nie nazywaj mnie tak! – wysyczała wściekle. - Potrąciłeś mnie.

 - Ty, jak śmiesz mówić takim tonem do Szramy?  - wrzasnął jeden z podwładnych.

 Uniósł rękę, zacisnął ją w pięść i skierował w stronę dziewczyny. Celował prosto w twarz.

 Jeśli chodzi o to, co stało się później, zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że stał tam cały czas, inni, że przybiegł dopiero pod koniec, a niektórzy, że kryje się za tym wielka tajemnica. W każdym razie, tuż przed policzkiem Remon pojawiła się otwarta dłoń Luke, która zatrzymała uderzenie. Z pogardliwym uśmiechem zacisnął palce na pięści atakującego, niemal miażdżąc mu dłoń. Jego dziki wrzask rozniósł się po szkole, alarmując nauczycielkę dyżurującą. Rozzłoszczona zdała sobie sprawę z zamieszania. Zaczęła wrzeszczeć i dziko gestykulować, dzięki czemu uczniowie błyskawicznie się rozproszyli

 - Jeszcze się z wami policzę – syknął Szrama unoszony wraz z tłumem w przeciwną stronę.

 Korytarz nagle opustoszał. Została na nim tylko Remon i Luke.

 - Nic ci nie jest?- zapytał chłopak z przyjaznym uśmiechem.

 - Dałabym sobie radę, nie musiałeś się wtrącać – warknęła gniewnie.

 - Daj spokój, ratowanie dam to rycerski obowiązek – zaśmiał się

 - Nie potrzebuję twojej pomocy! – wykrzyczała do niego, odwróciła się na pięcie i po prostu odeszła.

 Uratował ją. Nie groziło jej nic szczególnego, ale nie ma na twarzy siniaka. Nie zdążyłaby zareagować i teraz jej buzię zdobiłby pulsujący boleśnie fioletowy kwiat.

 A przecież to ona miała uratować jego.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

1. Kim jesteś?

Grupka chłopaków ubranych w identyczne, czarne kimona trenowała na placu przed domem mistrza. On sam stał przed nimi komentując ich postępy, udzielając wskazówek, pomagając. Panowała między nimi doskonała harmonia, taka, jaka powinna panować między nauczycielem a uczniami.
Remon Toran stała opodal grupy trenujących. Trzymała w rękach smukłe ostrze katany i delikatnie polerowała każdą krzywiznę miecza. Przestała na chwilę i zamachnęła nadgarstkiem. Ostrze wykonało płynny ruch. Uśmiechnęła się pod nosem. Nie miała sobie równych. Była podziwiana, za umiejętności nabyte w tak młodym wieku.
Ale zawsze tak było. Ona dawała pokaz, inni się zachwycali. Stoczyła niezliczoną ilość walk, za każdym razem zwyciężając. Otoczona była powszechnym szacunkiem i respektem, każdy chciał zdobyć jej zainteresowanie czy nawet zasłużyć na spojrzenie. Łasili się do niej jak gdyby była bóstwem.  Jednak ona z natury była introwertyczką, źle się czuła, kiedy była w centrum uwagi.
Schowała swój miecz do pochwy przywieszonej do boku i westchnęła ciężko. Następnego dnia miała iść do nowej szkoły. Nowi ludzie, nowe problemy.  Nie mogła już liczyć na nauczanie w domu, jej dziadek mógł to robić tylko do końca materiału z gimnazjum. Więcej uprawnień nie miał. Powolnym krokiem ruszyła w stronę budynku. Gęste kruczoczarne włosy opadały falami na jej szczupłe biodra. Jej ciało okrywało czarne kimono, identyczne, jakie mieli inni uczniowie, przewiązane zieloną wstążką w pasie. Spodnie były podwinięte na wysokość kolan, odsłaniając łydki. Jej oczy miały kolor szmaragdów, a pełne usta wygięte były w sztucznym uśmiechu.
- Remon chodź tutaj! – rozległo się wołanie mistrza.
Niechętnie zmieniła cel swojej wędrówki, jednak nie pokazała tego po sobie z uwagi na szacunek jaki miała wobec tego mężczyzny
- Tak dziadku? – zapytała ochrypłym od długiego milczenia głosem
- Muszę na chwilę wyjść, dopilnuj, żeby się nie obijali. – uśmiech zagościł na jego twarzy pokrytej licznymi zmarszczkami – Wierzę, że sobie poradzisz.
Po tych słowach odszedł. Odszedł to złe słowo, on po prostu zniknął. Dziewczyna uśmiechnęła się drwiąco. Mimo swoich 80 lat, nadal był zwinny, energiczny i szybki.
Spojrzała na uczniów, którzy z pełnym zaangażowaniem ćwiczyli na placu. Grupa liczyła 19 chłopców w wieku od siedmiu do piętnastu lat. Ich wspólną cechą było zdeterminowanie w oczach. Byli szkoleni na zabójców, tak jak Remon. Różnica między nią, a nimi była jednak duża. Ona była wnuczką mistrza, a oni byli dziećmi zebranymi z sierocińców.
Dostali zadanie do wykonania, więc jej rola ograniczała się tylko do obserwowania. Wszystko przebiegało spokojnie, aż do końca nieobecności nauczyciela. Gdy wrócił, skinieniem głowy dał dziewczynie znak, że może już iść. Posłusznie wstała i udała się w kierunku swojego pokoju.
Do tego pomieszczenia prowadziły bogato zdobione złotymi ornamentami, duże, dębowe drzwi. Ściany były pomalowane na zielono, a sufit na biało. Pokój był skromnie urządzony. Wąskie łóżko stało pod ścianą, niedbale przykryte białym prześcieradłem. Tuż za nim znajdowało się masywne biurko zasypane papierami, a pod przeciwległą ścianą stała mała komoda. Jedyną rzeczą, która przyciągała uwagę był obraz. Wisiał tuż nad łóżkiem, oprawiony w ramę wykonaną ze starego mosiądzu. Przedstawiał dwa walczące smoki. Jeden z nich miał łuski w kolorze płynnego złota, a jego oczy błyszczały czerwienią. Drugi był szmaragdowozielony o czarnych oczach. Wokół nich porozrzucane były kości i kamienie. Remon kiedyś zapytała dziadka, dlaczego ten obraz wisi w jej pokoju. Do tej pory nie uzyskała odpowiedzi.
Położyła się bezwładnie na łóżku i rozluźniła napięte mięśnie. Wciągnęła głęboko powietrze. Do jej nozdrzy doleciała słaba woń cytryny. Już dawno odkryła, że nią pachnie. Nie używała perfum. Ten zapach po prostu towarzyszył jej, od kiedy tylko pamiętała.Zamknęła oczy i zaczynała usypiać. Dzień miał się ku końcowi. Ostatnie promienie słońca wpadały przez duże okno, grając kolorami tęczy na jej skórze. Tego jej brakowało, ciszy, spokoju…
Nagle zerwała się na równe nogi. Dopadła do biurka i wyciągnęła czystą kartkę. Oczy zaszły jej mgłą, skupia się na tym, co przed chwilą zobaczyła oczami wyobraźni. Ołówek tańczył po papierze, prowadzony zgrabnym ruchem jej dłoni. Ślady przez niego zostawione układały się w kształt twarzy. Po chwili znalazły się na niej oczy. To spojrzenie było groźne, ale jednocześnie wyrażało smutek i troskę, potrzebę ochrony czegoś. Usta zaciśnięte w wąską kreskę dodały powagi całej posturze chłopaka.
- Kim jesteś? – zapytała sama siebie. – Znajdę cię… – jej słowa przerodziły się w szept – i uratuję.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Przenosiny

 Przenoszę swojego bloga ze strony http://swiat-wedlug-gisy.crazylife.pl/ ponieważ zaistniały pewne problemy, które nie pozwoliły mi na dalsze utrzymywanie pokojowych kontaktów z onetem :) Mam nadzieję, że spodoba wam się to, co do tej pory napisałam :D

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS