Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ofiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ofiara. Pokaż wszystkie posty

Czerwone oko

Tym razem coś, co zostało ocenione na 5 przez polonistkę :) Także z dedykacją dla specjalnego komentatora, który wcale nie jest Dzilosem.
Zapraszam
A wgl na tym blogu jest coś o nazwie spis treści, zajrzyj tam. Możesz komentować wszystko :)
________________________________________________________________________________

Stał w umówionym miejscu już od trzydziestu minut. Przeklinał pod nosem Aleksandra, który po raz kolejny kazał na siebie czekać. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, włożył jednego między zęby i odpalił, zaciągając się nikotynowym obłoczkiem. Jedną ręką rozpiął płaszcz i rozpostarł go jak jastrząb spadający na ofiarę. Mijali go przechodnie, ale nie okazywali najmniejszego przejawu zainteresowania. Raz tylko jakaś kobieta prychnęła pod nosem, gdy splunął tuż obok jej stopy obutej eleganckim pantoflem.

W końcu zaciągnął się po raz ostatni ciepłym dymem i wyrzucił niedopałek na trawę. Przeczesał kościstą dłonią swoje białe włosy i westchnął ciężko.  Czerwone tęczówki uważnie śledziły każdy przejeżdżający samochód. Oparł się o latarnię i spojrzał prosto na ohydne żółte światło sączące się z góry.

Czarny osobowy samochód zatrzymał się przed nim z piskiem opon. Tylne drzwi się otworzyły, a on spokojnie do nich podszedł, nie wysilając się na zbędne okazywanie wściekłości.

- Witaj Gilbercie

Wewnątrz siedział rudowłosy mężczyzna dość pokaźnych rozmiarów. Nienagannie wyprasowany
garnitur i skórzana teczka obok pokazywały, że jest biznesmenem. Uśmiechnął się szeroko, wyciągając pulchną dłoń ozdobioną złotym sygnetem w stronę albinosa. Ten zawahał się przez chwilę, po czym niechętnie uścisnął rękę mężczyzny.

- Jak zwykle każesz na siebie czekać – mruknął pod nosem. – O co chodzi tym razem, Aleksandrze?

- Czy zawsze musi o coś chodzić? – zapytał rudowłosy, śmiejąc się. Przypominało to jednak bardziej
krztuszenie czy rozpaczliwe próby złapania oddechu niż śmiech. – Nie stęskniłeś się za bratem?

Gilbert spojrzał na niego z ukosa, wyrażając swoją niechęć do niego. Nienawidził faktu, iż są rodzeństwem i nigdy nie mógł zrozumieć, jak ich matka mogła urodzić tak różnych synów. Nie chodziło o sam wygląd. Aleksander zawsze był otwarty na ludzi i nie wstydził się okazywać swoich emocji, natomiast albinos wiecznie wyglądał tak, jakby założył na twarz maskę bez uczuć i dobitnie ignorował wszystkich tych, którzy starali się ją zdjąć. Dlaczego został płatnym mordercą? „Bo tak
jakoś wyszło”.

- Ty zawsze coś chcesz – stwierdził cierpko. – Co tym razem?

- Skoro od razu chcesz przejść do konkretów… Mam dla ciebie zlecenie. Trzeba zlikwidować Goo Jae Hee. – Mówiąc to, podał albinosowi teczkę z dokumentami. – To córka prezesa konkurującej z nami koreańskiej firmy. Dawno temu dostał ostrzeżenie, a teraz czas na wyrok.

- Wszystko, czego potrzebuję, jest w tej tece? – zapytał podejrzliwie.

- Oczywiście – zapewnił Aleksander.

- Odwieź mnie do domu.

Kiedy znalazł się już w swoim mieszkaniu, rzucił niedbale beżową teczkę na łóżko, a chwilę później sam podzielił jej los. Przeciągnął się leniwie i z jękiem stwierdził, że nienawidzi spotkań z bratem. Za każdym razem wraca zdenerwowany i zmęczony psychicznie. Nie miał jednak wyboru. Utrzymywał się głównie ze zleceń od niego, a marna pensja policjanta nie wystarczyłaby do prowadzenia życia na poziomie, do którego przywykł. Zresztą nawet gdyby odmówił, to jego kariera jako funkcjonariusza byłaby skończona.

Wyciągnął z teczki zdjęcie dziewczyny i przyjrzał się mu uważnie. Z całym swoim dystansem do ludzi musiał przyznać, że była ładna. Delikatne rysy twarzy, burza ciemnych loków na głowie. Jej brązowe oczy miały kształt migdałów i były wyjątkowo duże jak na Azjatkę. Zdjęcie przedstawiało jej pełne usta w szerokim uśmiechu. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.

 W teczce znalazł jeszcze kilkadziesiąt ujęć jej całej sylwetki i otoczenia. Odłożył je na blat biurka i zaczął przeglądać jej dane osobowe. Niewiele się pomylił. Córka prezesa Goo miała osiemnaście lat i uczęszczała do Liceum Artystycznego. Dostał nawet jej plan zajęć.

- Środa, środa, środa – mruczał pod nosem.

Dziewczyna codziennie kończyła o 14.10, co bardzo ułatwiło mu sprawę. Schował wszystko powrotem do teczki i uśmiechnął się chytrze pod nosem. Z szuflady wyjął Rose – biały pistolet Walther P-99 – i niemal z matczyną czułością pogładził lufę. Przeładował i udając, że celuje, oddał równie udawany strzał prosto w okno. Zaśmiał się jak szaleniec i z powrotem położył na łóżku. Zapowiadał się ciekawy dzień.

W środę o godzinie 13.57 Toyota Gilberta zatrzymała się przed budynkiem liceum. Silnik samochodu wydał z siebie cichy pomruk, jak głaskany po grzbiecie kot, gdy albinos zwiększył obroty, a chwilę później wyciągnął ze stacyjki kluczyki.

Całkowicie przygotowany wysiadł na zewnątrz i powoli skierował się w stronę drzwi wejściowych.
Przystanął na schodach i zaciągnął się zanieczyszczonym spalinami powietrzem. Kilka minut później zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec lekcji, a tabun rozwydrzonych nastolatków wylał się ze
środka szkoły.

Pośród tłumu ujrzał swój cel i na spokojnie ruszył w ślad za nią.

O godzinie 19 miał jej dość. Nie rozumiał, czy ta Azjatka nie miała nic do roboty, skoro zdążył
zwiedzić za nią dwa centra handlowe, pizzerię w jednej z bogatszych dzielnic, dyskotekę, a na końcu jeszcze wieczorny spacer po parku. Cierpliwość Gilberta się skończyła.

Bezceremonialnie podszedł do niej i szybkim ruchem wbił ostrze noża w jej udo. Nawet nie zdążyła
go zauważyć. Wydała z siebie krótki pisk, a szok i ból spowodowały, że nie była w stanie powiedzieć, ani zrobić nic więcej. Nogi się pod nią ugięły. Padła na kolana przy drzewie, przytrzymując się jedną ręką starego pnia, a drugą próbując zatamować krew buchającą z rozciętej tętnicy. Rana była precyzyjnie zadana – potwierdziła lata praktyk Gilberta.

Podszedł do zwijającej się na ziemi z bólu dziewczyny, objął ją ramieniem, odwrócił tyłem do oświetlonej części parku i położył na boku. Poczuł na nodze coś ciepłego i mokrego. Poruszył się, gorący strumień krwi tętniczej trysnął przez dziurę w spodniach na twarz i czarne skórzane rękawiczki Gilberta. Krew tryskała wszędzie. Oblała twarz dziewczyny, gdy zgięła się w pół, żeby sprawdzić, co
jej się stało.

Wyciągnął z kieszeni komórkę i udał, że wzywa karetkę. Telefon był jednak wyłączony. Bez najmniejszego wysiłku odsunął jej słabnącą rękę od rany i trzymał ją w fałszywym geście pocieszenia, pozwalając jej się wykrwawić. Gdy miał już pewność, że dziewczyna nie żyje, zostawił ją przy drzewie z głową opartą na ramieniu, jakby spała i odszedł.

- Poruczniku Bielikow, myśli pan, że to sprawka tego samego człowieka, co ostatnio? – zapytał jeden z policjantów.

Nad ranem dostali wezwanie do parku. Dzwoniąca kobieta zgłosiła, że pod jednym z drzew leży martwa dziewczyna. Natychmiast pojechała tam jednostka policji.  Ten, który zobaczył miejsce zbrodni jako pierwszy nie wytrzymał i chwilę po swoim twórczym odkryciu, wymiotował w pobliski śmietnik. Trawa, chodnik i drzewo. Wszystko zalane krwią.

- Jestem tego niemalże pewien – odparł Gilbert, ubrany w błękitny mundur. – Zawsze ten sam ślad, czerwone oko.

Zaśmiał się w duchu i jeszcze raz spojrzał na swoje dzieło. Na bezwładnym ciele Goo Jae Hee leżała żółta karteczka z wymalowanym krwią okiem. Miał ochotę śmiać się z dziwnego zbiegu okoliczności, że akurat tą sprawę przydzielili jemu.

- I tak mnie nie odkryją – mruknął cicho pod nosem i przewrócił z rozbawieniem czerwonymi oczami.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

11. Przeklęty Prorok i Śmiertelny Wiatr

 -Cienie są szybkie, musisz wyczuć je na podstawie balansu światła.
 Luke stał się nauczycielem. Jego przyjaciółka stała na środku ogromnej piwnicy, trzymając w dłoniach długi kij. Miała za zadanie złapać Aleksandra. Było to trudne, ponieważ chłopak znikał co chwilę i pojawiał się z różnych stron.
 Pusto, pusto, pusto…
 - Wyczuj cień w świetle – powtórzył Luke.
 Pusto, pusto, pusto…
 Remon starała się skupić. Ciągle jednak miała dziwne przeczucie, że poprzedniego dnia zasnęła w nieodpowiednim momencie i nie dawało jej to spokoju. Z cichym westchnieniem zamknęła oczy.
Pusto, pusto, pusto…
Znajoma fala ciepła rozlała się po jej umyśle. Wydawało jej się nawet, że usłyszała głos, oferujący pomoc.
Pusto, pusto, pusto…
Nagle pod zamkniętymi powiekami błysnęła jasność. Pulsowała nienaturalną bielą, raziła czuły wzrok. Zawierała czystą esencję obecnego na świecie światła.
Pusto, pusto… Jest!
Tuż przed nią pojawił się zbitek ciemności, powoli przybierający ludzki kształt. Zaatakowała. Momentalnie doskoczyła do miejsca, w którym, chwilę później, pojawił się Sasza. Zamachnęła kijem, otwierając oczy.
- Mam cię – wysyczała, obezwładniając przyjaciela.
- Bardzo dobrze – skomentował Luke, klaszcząc. – Ale…
Nagle podłoga znalazła się zdecydowanie zbyt blisko jej twarzy. Poczuła lekki ból pomiędzy łopatkami. Ktoś ją popchnął.
- Ale nie trać czujności, cienie nigdy nie są same – dokończyła za Luka Natasza.
To właśnie ona przewróciła Remon, pojawiając się z nikąd. Uśmiechnęła się szeroko, pomagając Remon wstać.
***
Olena stała obok Remon w starej szopie. Na ścianach wisiały skóry jeleni, dzików, niedźwiedzi i lisów. Liczne szafki skrywały w sobie rozmaitej wielkości i kształtu słoiki, wypełnione różnorakimi proszkami, płynami, maziami i innymi bliżej nie określonymi substancjami. Pod sufitem wisiały suszone zioła, liście i kwiaty, a na parapecie małego okna suszyły się cząstki owoców.
- Jesteś silna i sprytna, ale to nie wystarczy – westchnęła siwowłosa kobieta. – Musisz nauczyć się sztuki skrytobójstwa i ja ci w tym pomogę – rzekła uśmiechając się szeroko. Podała brunetce niebieski słoik. – Powąchaj
W pojemniku znajdował się biały proszek, który przypominał cukier, ale pachniał jak palisander. Olena wskazała dwa talerze z kawałkami upieczonego mięsa i kazała dziewczynie wybrać ten, który został posypany trucizną. Remon zaczęła wąchać jak pies tropiący zwierzynę.
- Ten… – Z lewej porcji wydobywał się delikatny zapach palisandru.
- Dobrze. Ta trucizna nazywa się tisgus i jej szczypta uśmierca w przeciągu godziny. Do jej sporządzenia potrzebujesz liści palisandru, soli, cukru i wody. Liście mogą być zarówno świerze jak i suszone. Musisz zagotowac je do białości w osolonej wodzie, odcedzić i zasypać cukrem i zetrzeć w moździerzu.
Reszta dnia upłynęła Remon na wąchaniu trucizn, analizowaniu ich składu, jak i sposobów przyrządzenia. Olena przerwała wykład dopiero wtedy, gdy brunetkę rozbolała głowa, a świat zawirował jej przed oczami.
***
Dziewczyna usiadła w swoim łóżku. Przed nią leżały trzy srebrne kołki, każdy na osobnej poduszce. Remon drżącymi dłońmi otworzyła starą księgę, przyniesioną przez Nataszę. Pożółkłe kartki wydawały się niezwykle kruche, gdzieniegdzie zdobiły je ciemne plamy, a ręcznie zapisane litery nieznacznie wyblakły. Była to księga, w której zostały opisane wszelkie sposoby manipulacji światłem. Na pierwszej stronie zapisany został Święta Przysięga Łowców.
 1. Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego, niewzruszonego        ducha.
 2. Będziemy dążyć do całkowitego poznania nauki światła, aby kiedyś nasze ciała i zmysły stały się doskonałe.
 3. Z głębokim zapałem będziemy kultywować ducha samo wyrzeczenia się.
 4. Będziemy spoglądać w światłość ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.
 5. Będziemy wierni naszym ideałom i nigdy nie zapomnimy o cnocie pokory.
  6. Zachowamy czystość krwi, nie pozwalając zbrukać jej mrokiem.
 7. Odpowiednio przygotujemy świat, ażeby stał się godnym miejscem na przyjście Świętego Szmaragdowego Smoka.
Remon w pierwszej chwili po przeczytaniu tego stwierdziła, że łowcy mają nierówno pod sufitem. Po ponownym przeanalizowaniu tekstu pomyślała dokładanie to samo, a za trzecim razem tylko utwierdziła się w tym przekonaniu. Nieustraszenie brnęła dalej poprzez kręte zawijasy pisma przewracającego się teraz w grobie pisarza. Kolejna kartka traktowała o źródłach światłości.
Z tego, co zrozumiała brunetka wynikało, że cały świat otulony jest przeplatającymi się wiązkami światła, jak wielkim płaszczem, z którego każdy łowca może wyciągać pojedyncze nitki. Należy to robić ostrożnie, by nie zrobić dziury, która pozbawiłaby źródła mocy każdego, kto znajdowałby się pod nią.
- Jak ci idzie? – zapytał Sasza, wślizgując się przez otwarte okno.
- Beznadziejnie. Nic z tego nie rozumiem… – rozpaczała dziewczyna.
Aleksander usiadł obok niej, przeciągając się ze znudzeniem.
- Wiesz jakie to uczucie formować światło? – zapytał. – Ciarki przechodzą. Zamknij oczy i wyobraź sobie tkaninę ze światła, ale taką, w której potrafisz rozróżnić pojedyncze nitki i wyciągnij jedną.
Remon zamknęła oczy i doznała takiego samego uczucia jak na treningu. Tym razem wysiliła wzrok i odszukała ciasny splot cieniutkich żyłek. Myślami przywołała jedną z nich i zamknęła w dłoni. Po chwili w zdumieniu spojrzała na rudzielca.
- To takie samo uczucie, jakie się ma, gdy ręka zdrętwieje, a potem wraca do życia. Tak jak powiedziałeś: ciarki przechodzą. Jakby się dostawało serię słabiutkich elektrowstrząsów. Trochę boli. ale skąd wiedziałeś?
- Na tej samej zasadzie wykorzystuję mrok. Przerzucaj je z jednej ręki do drugiej. Wtedy poczujesz surowe światło, czekające, aż nadasz mu kształt, jakiego zapragniesz.
Remon skinęła głową, głaszcząc energię, jakby trzymała w ręku pęk pokrzyw, pozwalając części przeciec przez palce. Pamiętała to uczucie: jakby coś skręcało się w żołądku albo kuło w wargi. Zwykle był to zwiastun jakiegoś dziwnego wydarzenia.
- A teraz powiedz, w jaki sposób wyhodowałaś to światło? Co takiego zrobiłaś?
Dziewczyna pokręciła lekko głową.
- Nie wiem… Po prostu zobaczyłam tkaninę w głowie i wyobraziłam sobie, że wyciągam jedną nitkę i zamykam ją w dłoni.
- Zobaczyłaś ją. To najprostsze – zaśmiał się. – Teraz musisz nauczyć się ją słyszeć, czuć, smakować. Dopiero wtedy ta nitka się urzeczywistni. Ale ostrożnie, żebyś nie zrobiła dziury. – Sasza mrugnął porozumiewawczo.
Remon skinęła głową.
- Ze światła możesz wytworzyć iluzję. Cały proces składa się z dwóch etapów: koncentracji i uwolnienia. Ciężko jest zrozumieć to ostatnie. – Aleksander zamilkł na moment. po czym ciągnął: – Musisz się najpierw skupić na tym, co zamierzasz zrobić, a następnie uwolnić światło i zaufać, że wykona zadanie. A teraz zamknij oczy i wyobraźsobie, że nitka z twojej dłoni otacza twój palec w postaci pierścienia. Dodaj szczegóły: materiał obrączki, oczko, jego kolor, stopień przejrzystości, światłocień… Otóż to. Dokładnie tak.
Brunetka gwałtownie otworzyła oczy czując chłód metalu.
Istotnie na jej palcu tkwił pierścień, dokładnie taki, jaki sobie wyobraziła: ze srebną obrączką uformowaną w kształt dziewczyny, ze lśniącym szmaragdem w otwartych ustach. Obejrzała go pod światło. Wydawał się absolutnie prawdziwy.
- A jak można to zniszczyć?
- Wyobraź sobie pajęczynę światła i rozerwij ją dłonią.
Remon pozwoliła światłu wirować wokół siebie. Miała wrażenie, że zajmuje się tym od dzieciństwa.
- Co z kołkami? – zapytała. Wzięła do ręki jeden i przyjrzała mu się dokładnie. – Jak się zaklina w nich światło?
- Tego niestety nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Próbuj, może ci się jakoś uda… A teraz wybacz, obiecałem mamie pomoc przy robieniu kolacji.
Zwyczaje cieni zaczynały ją denerwować. Pojawiały się szybko i znikały jeszcze szybciej. Żeby o tym nie myśleć spróbowała zaklinania kołków. Wzięła jeden do ręki i skupiła się.
Przez trzy następne godziny nie zrobiła żadnych postępów.
***
Po całym dniu ciężkiej pracy Remon była tak zmęczona, że nawet dwie kawy nie były w stanie przywrócić jej chęci do życia.
Gdy jednak wkroczyła do kuchni, ujrzała coś, co nawet w niej wzbudziło ciekawość. Mieli gościa.
- Remon, ten pan chce się z tobą widzieć – oznajmiła Olena.
Spojrzała na mężczyznę. Przeraził ją widok szarej peleryny, która automatycznie skojarzyła jej się z łowcami. Mimowolnie napięła mięśnie.
- Tak? – zapytała nieśmiało.
- Remon – odezwał się zdecydowany głos spod kaptura – wiedz, że przebyłem długą drogę i naraziłem się na wiele niebezpieczeństw, by dotrzeć dzisiaj do ciebie. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
- Kim pan jest?
- Mam wiele imion – odparła zakapturzona postać. – Nazywają mnie Przeklętym Prorokiem i Śmiertelnym Wiatrem, jestem mistrzem klanu wyklętych łowców.
Z tymi słowy nieznajomy zrzucił kaptur, ukazując łysą głowę i szczupłą twarz o wyrazistych rysach oraz rozwichrzoną siwą brodę. Uwagę jednak najbardziej przykuwały jego oczy. Jak na starca mężczyzna miał jaskrawe, czerwone oczy o wyjątkowo głębokim wejrzeniu.
- Nazywam się Demren Archibald i jestem, bratem twojego dziadka.
Nastąpiło długie milczenie, po czym mężczyzna zaczął mówić pełnym dramatyzmu głosem:
- Przyszedłem, by odpowiednio cię przygotować na wyzwolenie, które. nastąpi w przeciągu trzech księżyców.
- Nie znam pana, a tym bardziej panu nie ufam – odparła Remon z uporem.
- Mów mi na ty – rzekł, uśmiechając się ciepło. – Nie dziwię ci się. Sam bym sobie nie zaufał, ale nie masz wyjścia. Jeżeli nie będziesz odpowiednio przygotowana, w dniu twoich urodzin Zitron po prostu cię zniszczy… – dziewczyna chciała mu przerwać, ale nie pozwolił jej na to, kontynuując wypowiedź – ponadto potrafię zaklinać kołki.
Perspektywa była dość kusząca. Jednak w przypadku Remon nawet chęć nauczenia się zaklinania kołków nie okazała się silniejsza niż nieufność wobec Demrena.
- Nadal odmawiam współpracy – powiedziała brunetka.
Mężczyzna znowu westchnął. postanowił przyjąć in ą taktykę.
- Remon – powiedział. – Wiesz dlaczego twoja matka zginęła?

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

8. Głos smoka

 Gorączkowo szukała sposobu na poruszenie się, czy chociażby otworzenie ust. W myślach zadawała sobie samej pytania:
 -Kto to powiedział? Kim jesteś?
 Nawet nie łudziła się na odpowiedź. Nerwowo rozglądała się po pokoju, na tyle na ile była w stanie zobaczyć, nie poruszając głową.
 - Jestem Zitron, Święty Szmaragdowy Smok. Uspokój się, jestem twoim przyjacielem, częścią twojej duszy, od zawsze jestem z tobą, ale dopiero teraz zostałem przebudzony. Już czas.
  Ten sam głos. Zamarła, zamknęła oczy i oddychając spokojnie, policzyła do dziesięciu.
 - Nie oszalałam, nie ma żadnego głosu w mojej głowie, jestem zupełnie normalna. Bycie dziwnym to robota Aleksandra i Luka.
  Ponownie w myślach powtarzała sobie uspakajające słowa.
 - Zapytaj przyjaciół o Dzieje Ras, nie jesteśmy bezpieczni, ten łowca jest groźny, musisz uciekać. Pomogę ci na tyle, ile mogę po tak długim uśpieniu. Nie bój się mnie, słyszę twoje myśli, tak jak ty moje, ale nikt inny nie może.
 Drzwi znowu trzasnęły, widocznie dziadek wyszedł.
  -Trafię do psychiatryka, ale nie chcę zostać tu sama.
 W jej umyśle rozległ się serdeczny śmiech. Brunetka właśnie zaakceptowała obecność smoka w swojej głowie, a nawet przyłapała się na myśleniu, że mogłaby go polubić. Rozmawiała jeszcze przez chwilę z nowym sprzymierzeńcem, by po kilku minutach z ulgą stwierdzić, że może poruszyć palcami.
  -Zitronie, czas się wynosić.
 Bezceremonialnie starzec wszedł ponownie do pokoju. Wezbrała się w nim dławiąca furia, tak niespodziewana, że obawiał się, iż drży. Jeden z jego podwładnych zakwestionował decyzję, jaka zapadła wieki temu. Obawiał się, że to wywoła niepotrzebny bunt, teraz, kiedy był tak blisko pozbycia się wszystkich.
 Twarz brunetki była pozbawiona wyrazu. Agnar przełknął targające nim emocje, nie zadając sobie trudu zidentyfikowania ich.
 - Włóż to – rzekł oschle, nie przejmując się gniewnym brzmieniem swego głosu i pozwalając jej myśleć, że to ona jest adresatką tego gniewu. Rzucił suknię w stronę Remon, obserwując, jak marszczy brwi i w milczeniu, z trudem schyla się po śliski jedwab, który zsunął się ze skraju łóżka i wylądował na podłodze.
 - Już czas – powiedział.
 Gdy tylko założyła na siebie sukienkę, do pokoju weszło kilka osób. Trzy postacie w szarych płaszczach skrępowały Remon. Najpierw skuły jej nogi, potem ręce. Niemal ciągnąc ją za sobą, wywlekli dziewczynę prosto w dziki tłum.
 W powietrzu unosił się oszałamiająco słodki zapach. Niskie, długie stoły uginały się pod ciężarem złotych gruszek, misek chleba zanurzonego w tłustym mleku, poćwiartowanych granatów, fiołkowych płatków na kryształowych talerzach i różnych innych osobliwych delicji. Szerokie srebrne puchary przycupnęły na stołach niczym ropuchy. Część była poprzewracana.
 Biesiadnicy pląsali i śpiewali, pili i zapadali w pijacki sen. Ich stroje wykonane z tego samego szarego materiału przywodziły na myśl sektę. Zdjęte kaptury przypominały płetwy. Pod pelerynami kobiety miały piękne suknie, postrzępione na końcach. Brzydkie, dziwaczne, czy też cudne, wszystkie te ubrania zakryte były szarymi pelerynami.
 - Łowcy – powiedziała na głos Remon.
 Spodziewała się czegoś innego, może jaskini pełnej prymitywnie wykonanej broni, kości i więźniów. Czegoś prostszego.  Teraz przyglądając się roztańczonemu tłumowi, nie bardzo wiedziała, co o tym ma myśleć.
 Sama sala była tak wielka, że nie potrafiła dojrzeć, co znajduje się po drugiej stronie. Wszędzie działo się mnóstwo rzeczy. Grajek grał na niewiarygodnym instrumencie złożonym z kilku gryfów i tylu strun, że musiał wymachiwać smyczkiem jak szalony. Długonosa, piegowata kobieta żonglowała szyszkami. Trzech rudowłosych mężczyzn ostrzyło srebrne kołki.
 Nad głowami gości widniało kopulaste sklepienie, zdobione witrażem. Kawałki szkła formowały się w znak jakby koła z dwiema dziurami po bokach. W jednej znajdowało się czarne kółko, a w drugiej kształt przypominający rogal księżyca.
 Archibald chrząknął głośno. Cała wrzawa momentalnie ucichała, a oczy zebranych zwróciły się w kierunku Remon i jej obstawy.
 - Zebraliśmy się tu w ten święty dzień, by spłacić swój dług. Dziś to my, prawowite istoty światła, padniemy na kolana. –Mówił, a jego słowa niosły się echem wśród ciszy.
 Wszyscy jak jeden mąż osunęli się na kolana. Tylko Remon nadal stała, nie rozumiejąc za wiele. Klęczał nawet jej dziadek.
 - Ja, przywódca klanu oraz wszystkie istoty światła, strzegący sekretów Ras, władcy nad mrokiem, pragniemy przyjąć twój majestat, abyś dobrowolnie, niosła brzemię i dar Świętego Smoka.
 Cóż, wygląda na to, że nikogo nie martwi fakt, iż dobrowolnie skuta jest łańcuchami, pomyślała Remon. Powolne uderzenia werbla doprowadzały ją do szału. Jej serce dla odmiany, waliło tak, jakby chciało się roztrzaskać o żebra.
 - Witaj, Remon, piastunko Zitrona.
 Nastał chaos. Ludzie, a właściwie łowcy krzyczeli, gwizdali, śmiali się. Widocznie byli szczęśliwi. Za to brunetka została powalona na ziemię. W tym momencie nawet jej zdolności nie były w stanie zwyciężyć siły czterech rosłych mężczyzn. Usłyszała trzask ognia, coś zasyczało. Zapach rozgrzanego żelaza rozniósł się niczym jad w miąszu słodkiego owocu. Suknia, którą założyła miała odkryte plecy. Już czuła żar rozpalonego metalu na swojej skórze przy łopatce.
 - Zitronie, ratuj – Szepnęła błagalnie w myślach.
 Wtedy coś huknęło. Ściana po lewej stronie się zawaliła. Dokładnie w tym samym czasie, w którym, z łopatek dziewczyny coś wyrosło i przewróciło mężczyznę z żelazem. Wrzask, jaki z siebie wydała Remon, był nie do opisania. Łowcy wpadli w panikę.
 - To za wcześnie!
 - Jak to możliwe?!
 Wszystkie głosy zlewały się w jeden wielki szum. Sam Mistrz stał osłupiały, nie wiedząc, co się dzieje. A Remon wrzeszczała. Ból był nieziemski. Coś rozerwało jej skórę od wewnątrz i wybiło się na powierzchnię. Czuła to, tak jakby były to jej własne ręce. Tylko, że gdy spróbowała tym poruszyć, zobaczyła szmaragdowe łuski i skórzastą błonę. Wyrosły jej skrzydła.
 Do pomieszczenia wpadł Luke, przez dziurę w ścianie. Jakimś dziwnym sposobem Łowcy ustąpili mu miejsca, ale Remon nie miała siły się nad tym zastanawiać. Chłopak podbiegł do niej i rozerwał kajdany i łańcuchy.
 - Zitronie, wiem, że nie powinniśmy się lubić, ale proszę, ten jeden raz, schowaj się i pozwól mi ją uratować. – rzekł tak cicho, że Remon była pewna, iż usłyszała go tylko ona… No i Zitron. Patrzył prosto w jej oczy – trudno było powiedzieć czy patrzył na nią, czy przez nią.
 Ku zaskoczeniu obojga, jej skrzydła się zwinęły, a potem całkowicie schowały pod skórą. Niewiele myśląc chłopak wziął Remon na ręce i dosłownie wyleciał z budynku, oknem w dachu.
 - Ty latasz!? – sapnęła zaskoczona
 - Ta… Już wcześniej tak lataliśmy, tylko byłaś nieprzytomna. – Uśmiechnął się pod nosem.
 -W nocy, w lesie, gdy cię postrzelili w nogę – niespodziewanie odezwał się Zitron. –Ufam mu, bo wiem, że ty mu ufasz.
 - Już nie wiem, co mam myśleć.
 Luke zachichotał nieświadomie. Oddalali się coraz bardziej od budynku, w którym zgromadzili się łowcy. Przedzierali się przez gęsty las, a w oddali słyszeli krzyki pomieszane z przekleństwami. Szare postacie deptały im po piętach. Nagle zaczęli spadać, tylko po to, by chwilę później wsiąść do czarnego, dużego samochodu. Za kierownicą siedział nie, kto inny, a Aleksander. Uśmiechnął się szeroko i z piskiem opon ruszył w stronę autostrady.
 - Przepraszam, że pytam, ale dokąd jedziemy? – zapytała niepewnie brunetka, patrząc w szybę.
 - Na Syberię. Do mojej rodziny – odparł z cieniem uśmiechu Szasza.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

7. Czy ja oszalałam?

 Gdy tylko impreza integracyjna się skończyła, Luke wrócił do domu i pobiegł w stronę biblioteczki. Drżącymi dłońmi przerzucał kartki wielkiej, oprawionej w skórę książki. Jego złote oczy szybko przesuwały się po papierze, szukając czegoś. Był naprawdę roztrzęsiony.
 - To gdzieś musi być – syknął sam do siebie.
 Aleksander pojawił się znikąd, jak to zwykle robił i usiadł na brzegu łóżka. Przez dłuższą chwilę przypatrywał się Lukowi z rozbawieniem. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył, co Luke tak nerwowo kartkuje.
 - Do czego ci potrzebne „ Dzieje Ras”? – zapytał, podchodząc bliżej przyjaciela.
 - Kojarzysz tą przepowiednię? Wiesz, o Zitronie i Gorudo. – Zmrużył oczy, przyglądając się wyraźnie na wpół wyblakłym literom – Jest, patrz.
 (…) Pan zapowiedział w gniewie, że gdy narodzi się ostatnia istota światła, zaklęty zostanie w niej święty szmaragdowy smok, nazywany Zitronem i zniszczy wszystko, co powstało z mroku i światła. Gdy Lucyfer dowiedział się o Jego planach, sprawił, że kiedy nadejdzie ten czas, przeklęty złoty smok o imieniu Gorudo wstąpi na duszę bliską istocie światła. Odpowiedzialność złożona na barki ostatniej jest wielka, albowiem od tego, czy zdoła poświęcić duszę tak bliską jej własnej, zależeć będzie los wielu.
 - Nie myślisz chyba, że…
 - Tak, mam co do tego pewność, że ona jest ostatnią z łowców. Sprawdziłem jej dane w kartotece szkolnej. Jej prawnym opiekunem jest… – zawiesił się na chwilę, nieświadomie budując jeszcze większe napięcie. – Agnar Archibald.
 - Ten Archibald? Przywódca klanu łowców?!
 - Tak… Remon jest teraz w wielkim niebezpieczeństwie. Zgodnie z rytuałem, mamy 4 miesiące, żeby znaleźć wyjście z tej sytuacji… – zaklął cicho pod nosem. – Przecież oni nawet teraz może być poddawana ich „sposobom” na przygotowanie jej do dzierżenia potęgi tego smoka.
 Sasza spojrzał na Luka. Jego twarz pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu. Jego oczy były zimne i nieobecne. Widział zbyt wiele okrucieństwa w życiu, wiedział, że wszystko może się zdarzyć. Widział na własne oczy, jakich sztuczek używają łowcy, by osiągnąć zamierzony cel. Nie zawahają się przed niczym. Wiedział to, ale nawet nie zdawał sobie sprawy, jak blisko był prawdy.
 * * *
 - Dzień dobry, Remon – następnego dnia rano powitał dziewczynę podstarzały mężczyzna.
 - Dzień dobry, dziadku – odparła z wahaniem i spojrzała za plecy mistrza. – Co to za furgonetka?
 - Chodź ze mną i zerknij. – Zaczął wycofywać się do furtki, przywołując niecierpliwie wnuczkę. – No dalej. Nie stój tam, tylko chodź.
 Brunetka spojrzała na ścieżkę, a potem na swoje stopy. Miała na nich zielone skarpetki – jedna w różowe groszki, a druga w niebieskie. Ścieżka była dość kamienista.
 - Poczekaj, pobiegnę założyć buty – zawołała za dziadkiem.
 - Nie ma takiej potrzeby, to tylko na chwilę – zapewnił. – W furgonetce jest coś, co muszę ci pokazać.
 - Skoro tak… – odrzekła, z ociąganiem schodząc na ścieżkę.
 Czuła pod stopami szorstki i zimny żwir. Małymi kroczkami dreptała za dziadkiem, który gestami pokazywał jej, aby się pospieszyła. Krzywiąc się, zwiększyła tempo, aż stanęła przy szarej furgonetce zaparkowanej przed furtką. Mężczyzna otworzył tylne drzwi i wskazał ręką wnętrze pojazdu.
 - To jest z tyłu, wskakuj i obejrzyj sobie.
 - Z tyłu furgonetki?  – spytała z lekką obawą.
 - O co chodzi? Nie ufasz mi? – zawołał zirytowany starzec i przyglądał jej się z pytającym wzrokiem.
 Remon nie była pewna, co ma na to odpowiedzieć. Dziadek nigdy się tak nie zachowywał, zawsze był spokojny i opanowany, a z twarzy nie schodził mu chytry uśmieszek. Tym razem był naprawdę czymś podniecony. Emocje zawładnęły nim na tyle, że nie był w stanie tego ukryć. Co jak co, ale był również jedyną osobą, która się nią opiekowała.
 - Okej, już idę – zgodziła się ostatecznie i na czworaka wpełzła do wnętrza furgonetki. Było tam ciemno i śmierdziało stęchlizną.  – Czego tak właściwie mam szukać?
 -Musisz przesunąć się jeszcze kawałek do przodu – odparł Agnar.
 Remon posłuchała go i starała się dojrzeć cokolwiek. W końcu spostrzegła zwinięty w kącie sznur, jakieś stare buty, i butelkę, w której – jak przypuściła – był olej.
Drzwi nagle trzasnęły z hukiem i dziewczyna pogrążyła się w całkowitych ciemnościach. Instynktownie wróciła na czworaka tam, skąd przybyła. Po omacku szukała klamki, a gdy w końcu ją znalazła, drzwi okazały się zamknięte.
 - Dziadku, wypuść mnie! – krzyknęła.
 W ostatnim czasie stała się strachliwa, ale nie teraz. Niby nic takiego wcześniej się nie wydarzyło, ale mistrz często wystawiał ją na próbę. Opanowała swój strach przed ciemnością. Naprawdę podczas tej imprezy integracyjnej nabawiła się małej traumy. Uśmiechnęła się pod nosem, na wspomnienie Luka i Aleksandra.
 Zaburczał silnik, a znajome uczucie kołysania i łomot blachy podpowiedziały brunetce, że samochód ruszył. Usłyszała jeszcze ciche syczenie, a potem zapadła się w błogiej nieświadomości.
 * * *
 - W czym mogę pomóc? – Zapytał jeden ze strażników, stojących przy bramie. Przed nim stało dwóch nastolatków, uważnie mierzył ich wzrokiem. – Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale przychodzenie tutaj, jest jak samobójstwo. Macie szczęście, że mistrza nie ma, a ja mam zakaz dokonywania nieautoryzowanych zabójstw.
 - Spokojnie kolego – uśmiechnął się szeroko Sasza. – My tylko po Remon.
 - Panienki nie ma w tej chwili. – Tonem głosu oświadczył, że to koniec rozmowy.
 - A gdzie jest? – dopytywał się Luke. – To naprawdę ważne.
 - Pojechała gdzieś z mistrzem… – zamyślił się, jakby chcąc dodać coś jeszcze – A teraz znikajcie, to miejsce jest tak przesiąknięte światłem, że naprawdę nie polecam wam wchodzić. Przynajmniej nie tobie – zwrócił się bezpośrednio do Aleksandra.
  Luke zaklął pod nosem. Obydwaj odeszli stamtąd w milczeniu. Sprawy nabrały nieciekawy obrót. Niechętnie, ale musieli przyznać, że strażnik miał rację. Był łowcą, ale dziwnie miłym. Zachowywał się jakby wcale nie miał nic przeciwko istotom mroku, a jednak zbyt bał się czegoś, by otwarcie to przyznać. Co się z tym światem dzieje?
 * * *
 Gdy tylko Remon odzyskała przytomność, stwierdziła ze zrezygnowaniem, że nie może się ruszyć. Żadną ręką, nogą, głową, czy choćby jednym palcem. Nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Poza tym mdliło ją okropnie, a w głowie szumiało. Nie potrafiła sobie przypomnieć, co się stało. I wtedy coś znowu poruszyło się w jej głowie, jakby próbując się uwolnić. Ból eksplodował w jej głowie, ale nie mogła nawet otworzyć ust.
 Minęło kilka chwil, nim z wielkim trudem uniosła powieki. Od razu je zamknęła, nie miała siły, były za ciężkie… Jeszcze raz otworzyła oczy i jej nieco zamglony wzrok padł na prawą dłoń, leżącą tuż przy głowie. Tak, to przecież musi być jej ręka, ale dlaczego nie jest posłuszna? Poza tym czuła ją. To nie mógł być całkowity paraliż, który sprawia, że znikają wszystkie odczucia. Ona czuła swoje ciało. Czuła, że leży na czymś miękkim i to w niezbyt wygodnej pozycji, bo z głową dość ostro przechyloną na bok.
 Uderzyło ją uczucie déjà vu. Już kiedyś obudziła się w nieznanym miejscu, z częściowym paraliżem i okropnym bólem głowy. Nawet była w stanie to zaakceptować, gdyby nie fakt, że powoli, wraz z czuciem wracała jej pamięć. Przypomniała sobie, dlaczego tu jest, ale nie miała pojęcia, po co.
 Coś trzasnęło za jej plecami. Po odgłosie stwierdziła, że były to drzwi. No cóż, gość w dom, Bóg w dom.
 - Widzę, że się obudziłaś, Remon. - Ten głos należał do jej dziadka. – Naprawdę mi przykro, ale czas najwyższy, byś przyjęła swoje dziedzictwo. Jesteś jedną z nas, ostatnią istotą światła. Ofiarą dla Zitrona.
 Z jego ostatnimi słowami to coś w głowie niespokojnie się poruszyło, powodując nasilenie bólu. Zaskomlała cicho, niezdolna do wykonania jakiejkolwiek innej czynności. I wtedy po jej umyśle przeszła fala mocy, coś jakby tam pękło i rozlało się po wnętrzu dziewczyny. Ból osłabł, a w jej myślach pojawił się ktoś obcy. I ten ktoś przemówił dostojnym i poważnym głosem:
   Witaj

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

5. Rozchwiany emocjonalnie wampir, spanikowana łowczyni i zboczony cień, a w tle nawiedzony zamek

 Zmusili ją, by zaakceptowała mnóstwo rzeczy – nie wszystkie, ale i tak było tego więcej niż mogła to znieść. Prawda na pewno była trudna do zaakceptowania. Wampiry, cienie, wielka wojna i łowcy, którzy próbowali ją zabić. Okazała wobec tych rewelacji więcej zdrowego rozsądku niż większość mężczyzn na jej miejscu.
 Kilka następnych dni minęło… normalnie. Całe to zajście mogłoby się wydawać snem. Jednym, długim, koszmarnym snem, gdyby nie Luke. Jego czujny wzrok świdrował dziewczynę dzień w dzień. Ale na to nic nie mogła poradzić.
 W środę, gdy Remon weszła rano do pracowni historycznej, uderzyła ją jakaś zmiana. Pan Mazur – wychowawca – nie czekał na uczniów za biurkiem, lecz stał przy drzwiach, licząc wchodzących.
 - Mam nadzieję, że wszyscy są gotowi na wyjazd integracyjny!
 - Wyjazd? – Zapytała ze zdziwieniem Remon. – Zupełnie o tym zapomniałam! Nie wzięłam nawet zgody…
 - W porządku, Remon. Wczoraj był tu twój dziadek i podpisał stosowny formularz. – Powiedział pan Mazur- Autokar czeka przed szkołą. Proszę za mną!
 Jazda autokarem zajęła ponad godzinę, a czas wydawał się liczyć podwójnie. Jak to bywa ze szkolnymi wycieczkami, każdy uczeń wiedział, obok kogo i gdzie chce usiąść (siedzenia z tyłu pojazdu cieszyły się największym powodzeniem, wiadomo, im dalej od nauczycieli, tym lepiej). Remon usiadła na przednim siedzeniu, tuż za panem Mazurem, licząc na samotność. Niedane jej było jednak zaznać spokoju, usiadł obok niej złotooki chłopiec.
 - Remon, ja… Ja chciałem przeprosić. – powiedział, nawet na nią nie patrząc. – Nie powinienem się tak zachowywać, ale chcąc czy nie chcąc złamałem jedno z praw.
 - Nic się nie stało – skłamała.
 Bała się tamtego Luka, bała się, bo nie wiedziała jak mu pomóc. W ciągu jednej doby ujrzała tak różne oblicza jednej osoby. Ciekawe, co jeszcze ukrywa.
 Potem zaczęło się dziać to co zwykle. Grupa dziewczyn uparła się śpiewać bezustannie tę samą piosenkę, co po chwili stało się irytujące niczym piłowanie mózgu. Komuś zrobiło się niedobrze i siedział z twarzą wciśniętą w plastikową torebkę. Jakiś chłopak ze słuchawkami na uszach słuchał muzyki tak głośno, że dochodziło z nich wyraźne buczenie, ale nie dało się zrozumieć słów, co było bardzo męczące. Ktoś otworzył paczkę straszliwie cuchnących chipsów serowo-cebulowych, a siedzący w pobliżu koledzy głośno protestowali.
 Na koniec przy akompaniamencie sześćdziesiątej trzeciej zwrotki piosenki pod tytułem „świetnie wiem, jak zagrać ci na nerwach” autokar wiozący klasę pana Mazura stanął na parkingu.
 Na horyzoncie piętrzyła się dumnie bryła zamku Hardir, ostro odcinając się od bezkresu pól, moczarów i morskiej toni. Częściowo zburzone wieże sięgały w niebo niczym kamienne paluchy. Ubytki w kamiennych murach gapiły się w przestrzeń ślepymi oczodołami. Okna, za którymi znajdowały się kiedyś pokoje, obramowywały teraz fragmenty nieba, przechwytując płynące po nim obłoki i tworząc z nich żywe obrazy. Gołębie chroniły się gdzie popadnie, obejmując w posiadanie nisze i szczeliny murów, których nie brakło w zrujnowanym zamku. Gdzieniegdzie było widać świetnie zachowane fragmenty budowli, potężne, wygładzone kamienie, porośnięte szarozielonym mchem i pędami bluszczu – zamek bez dwóch zdań. Miejscami jednak mur skruszył się niemal całkowicie, jakby ogryziony zębiskami żarłocznego olbrzyma. Smagany wichrem zamek miał w sobie coś niepojęcie smutnego, trzymał się ziemi niczym uparte wspomnienie, z każdym rokiem tracąc cząstkę siebie na rzecz kapryśnej pogody. Ale było w nim także coś… optymistycznego, w zmurszałych murach pulsowało tchnienie historii i godnej przeszłości, mocy i ludzkiej nadziei. Dumny i smutny, silny i złamany, zamek Hardir stał przed grupą uczniów i czekał.
 Przez chwilę Remon stała i przyglądała mu się z otwartymi z podziwu ustami.
 - Proszę, żeby wszyscy zebrali się tutaj! – zawołał pan Mazur, usiłując odzyskać kontrolę nad grupą rozgadanych uczniów, którzy już zaczęli się rozchodzić we wszystkich kierunkach. – No dalej, podejdźcie tu… Nie, nie zostawiajcie plecaków w autokarze, weźcie je ze sobą… Hej, chłopcze! Wracaj, nigdzie nie odchodź! Zosiu nie rób tego. Postaw to na miejscu… No dobrze, posłuchajcie – westchnął z ulgą i rozpoczął oficjalny wykład: – Witajcie w zamku Hardir! Został on zbudowany w pierwszej połowie XI wieku i pierwotnie pełnił funkcję nadbrzeżnego fortu, chociaż później służył wielu różnym celom – między innymi był średniowiecznym więzieniem. Dzisiaj mamy w nim imprezę integracyjną. Każdy z was dostanie plan zamku i otoczenia. Proszę nie chodzić samemu. Równo o 10 zaczyna się dyskoteka w Sali balowej, proszę tam przyjść. Macie dwie godziny na samodzielne zwiedzanie. Uważajcie, legenda głosi, że zamek jest nawiedzany przez duchy. Dziękuję.
 Luke parsknął śmiechem, a niektórzy koledzy zaczęli ponuro pohukiwać: „Huu, huu!” i piskliwie chichotać.
 - Z czego się śmiejesz? – Zapytała zdziwiona Remon.
 - Zaraz zobaczysz. Przyjrzyj się uważnie. – odparł tajemniczo. – Właśnie w tym miejscu zaciera się granica między światami.
 Coś znowu poruszyło się w głowie dziewczyny, jakby budząc ze snu. Było to dziwne uczucie, jednak już znane, ale zaraz po jego ustąpieniu, z każdego ciemnego kąta zaczęły się wyłaniać niewyraźne postaci. Co ważniejsze, nikt poza Remon i Lukiem nie zwracał na nie uwagi. I wtedy ją olśniło. Ta legenda wcale nie mówiła o duchach. Tymi, którzy nawiedzają zamek byli cienie.
 - Nie wierzę, że te cienie pojawiły się tak nagle, po tym rytuale – ściszyła głos mówiąc do Luka – Po prostu nie mogli się tak nagle pojawić.
 - Oni byli tutaj cały czas. Ty po prostu nie patrzyłaś tymi oczami.
 - Tymi oczami? Co masz na myśli? – Zapytała, ale jego już nie było.
 Pozostało jej jedynie zwiedzane zamku samotnie, bądź w towarzystwie cieni, którzy z wyraźnym zainteresowaniem na nią patrzyli. Spojrzała na plan. Czas zwiedzić to zamczysko!
 Stanęła na zwodzonym moście. Fosę opróżniono dawno temu, a jej strome brzegi porastała teraz bujna zieleń: olbrzymie liście łopianu, kolczaste krzaczki, paskudne, smrodliwe kwiaty. Gdyby ktoś wpadł na osobliwy pomysł stoczenia się tym zboczem w dół, prawdopodobnie przez kilka miesięcy miałby na sobie zielone plamy, a skóra swędziałaby go jeszcze przez wiele tygodni. Remon zapragnęła zepchnąć w ten rów Luka, tylko po to, by zobaczyć, czy będzie mu to w czymkolwiek przeszkadzało. Denerwowała ją jego ciągła zmiana nastrojów i osobowości. Raz miły i otwarty, innym razem chłodny i tajemniczy.
 Ktoś przytulił ją od tyłu. Nie spodziewała się tego. Ta osoba była na tyle nieodpowiedzialna, że skradała się do Remon. To był błąd, wielki błąd. Wiedziona instynktem dziewczyna, myśląc, że to napastnik, przerzuciła go przez lewe ramię, tak że wisiał nie po tej stronie barierki do trzeba. Jakie było zdziwienie brunetki, gdy rozpoznała w nim Aleksandra.
 - A co ty tu robisz? – syknęła, starając się wciągnąć chłopaka z powrotem na most.
 - Integruję się z moimi przyjaciółmi – zachichotał i zmienił się w ciemną smugę dymu. Po chwili stał już obok Remon, kłaniając się głęboko. – Nie tęskniłaś za mną? – zapytał z udawanym smutkiem.
 - Ani trochę. – Uśmiechnęła się. – Ale cieszę się, że tu jesteś. Powiedz mi, dlaczego te cienie się tak na mnie gapią?
 - Bo jesteś śliczna?
 - Marne wytłumaczenie. – Odwróciła się na pięcie i podążyła w stronę dziedzińca zamkowego.
 Co wybrała do zwiedzania? Oczywiście lochy. Dookoła panowały ciemności, znajdowała się w dolnej części zamku. Przez umieszczone pod sufitem okna wpadało wprawdzie nieco światła, ale natychmiast pochłaniał je mrok.
 W tym pomieszczeniu widać przykłady wczesnych form graffiti. Więźniowie spędzali tu średnio po 20 lat, podczas których ryli w kamieniu swoje imiona i daty ku upamiętnieniu mąk, przez jakie musieli przechodzić. – Głosił napis przy wejściu.
 Ciekawe, pomyślała Remon i szybko ruszyła w stronę schodów.
 W tej samej chwili w lochu pociemniało jeszcze bardziej.
 Cienie leżące na kamiennej posadzce zdawały się wydłużać, rosnąć, rozlewać na całe ściany. Plamy ciemności chwiały się i wykoślawiały, pełznąc po murach niczym chciwe łapska. Remon poczuła ukłucie zimnego strachu i wycofała się do narożnika, przycisnąwszy plecy do ściany. Po Aleksandrze nie było nawet śladu. Przeciwległy kąt ciemniał coraz bardziej, aż stał się masą wijącej się konwulsyjnie czerni. Zerknęła ku spiralnym schodom, ale zdawały się dziwnie daleko, a ponadto nie była pewna, czy zdoła zmusić stopy do biegu. Obezwładniający lęk pochwycił ją w swoje szpony. Nie pomagały słowa powtarzane jak mantra „Nie bój się, jesteś silna, jesteś najlepsza, nie możesz się bać”. Mocniej przywarła do ściany, instynktownie kuląc się przed czającym się z przodu niebezpieczeństwem.
 W najciemniejszym kącie lochu coś się poruszyło. Przeciągnęło się, grzechocąc starymi kośćmi i wstało, po czym ruszyło ku dziewczynie, chrobocząc po posadzce długimi pazurami.
 Cień nie wyglądał wcale tak przyjaźnie, jak Bielikow. Ten miał nie do końca ludzką postać. Część jego ciała wyglądała jak pozszywane przypadkowo cienie, które ktoś doczepił do chorobliwie szarej skóry. Ramiona cienia były wychudzone i żylaste, a paznokcie tak długie, że zaczęły się skręcać w różnych kierunkach. Przechylił lekko głowę jakby chcąc się lepiej przyjrzeć Remon.  Uśmiech maszkary przypominał potłuczone szkło wrzucone w kałużę oleju. Z każdym oddechem wysysał z pomieszczenia resztki światła.
 Remon usiłowała się odsunąć jeszcze bardziej do tyłu i stanęła na palcach, aby uniknąć kontaktu z podpływającą falą czerni, lecz nie było dokąd uciec. Stała tak, nie mogąc oderwać wzroku od świdrujących oczodołów cienia. Pochylił się nad nią i węszył niczym zwierzę.
 - A więc to prawda… Witaj Zitronie. – zawył przeciągle.
 Niemy krzyk utknął jej w gardle.
 A potem ruszyła przed siebie. Jej nogi zaczęły biec, zanim zdążyła o tym pomyśleć. Pognała w kierunku wyjścia i rzuciła się schodami w górę. Nie śmiała zerknąć za siebie w obawie, że to coś pełznie za nią. Gnała tylko naprzód, potykając się o własne nogi. Ciemność goniła ją, owijając się wokół spiralnych schodów, co zmuszało ją do jeszcze szybszego biegu. Wpadła na dziedziniec, na powietrze i słońce i zatrzymała się gwałtownie, uderzając w Luka.
 - Jak łazisz? – Zapytał z wyrzutem. – Nie dość, że te głupie cienie ciągle starają się mnie stąd wykurzyć, to jeszcze ty próbujesz mnie staranować.
 Odpowiedział mu szloch. Dziewczyna chwyciła za brzegi jego koszulki i wtuliła się w jego tors tłumiąc płacz. Jej ramiona drżały, miała gęsią skórkę.
 - Hej, uspokój się! – wrzasnął, a ona zadrżała. – Spokojnie Remon – ściszył głos zdziwiony jej poprzednią reakcją i nadał mu łagodności. – Już w porządku, nie bój się, ochronię cię.
 - Nie, nie, nie chcę, dlaczego? Co ja zrobiłam?  – wyrzuciła przez łzy, – Dlaczego ja?
Podniósł ją i kręcąc z niedowierzaniem głową, pozwolił by jeszcze bardziej się w niego wtuliła. Po kilku sekundach siedzieli na jednej z wież. On oparty o ścianę, a ona na jego kolanach, zwinięta w pozycji embrionalnej. W zaciśniętej pięści nadal ściskała rąbek jego koszulki.
 Właśnie w takiej sytuacji znalazł ich Aleksander.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

3. Cienie w mroku

 Dalszy dzień odbył się bez żadnych przygód, Luke po incydencie ze Szramą gdzieś zniknął i nie pokazał się na żadnej lekcji. Remon nie wiedziała, co ma zrobić w tej sytuacji, czuła się zakłopotana i zdenerwowana. „Czy on uważa, że nie potrafię poradzić sobie sama? Ja mu pokaże damę w opałach, co to tylko czeka na rycerza”.
 Po szkole chciała go odnaleźć i ponownie na niego nakrzyczeć. Kiedy wychodziła z budynku zobaczyła grupkę ludzi w ciemnych płaszczach. Wydawało się to dziwne, nie, to było dziwne. Temperatura na dworze dochodziła do dwudziestu pięciu stopni powyżej zera.  Kiedy przechodziła obok podejrzanych postaci, jeden z nich zaczepił ją, pokazując zdjęcie Luka i pytając się, czy widziała tego chłopaka? Zastanowiła się chwilę. Może to było to, przed czym miała go chronić.
- Nie znam go, przykro mi. – skłamała.
 Kiedy tylko dała odpowiedź, mężczyzna wrócił do pozostałych. Widać było, że nad czymś się kłócą.  Dziewczyna odeszła na odległość, z której mogła ich niezauważenie obserwować i czekała.
 Po kilku minutach tajemnicza grupka ruszyła w dół ulicy. Poszła za nimi. Kierowali się w stronę lasu. Co ciekawsze, strasznego lasu. W mieście krążyły pogłoski, o tym, że między drzewami mieszkają duchy, że jeżeli raz się wejdzie do lasu, to już się z niego nie wyjdzie. Oczywiście nieustraszona brunetka w te plotki i miejscowe legendy nie wierzyła.  Pięciu tajemniczych mężczyzn rozglądało się, jakby obawiali się śledzenia. Robili to dość nieumiejętnie, gdyż żaden z nich nie dostrzegł Remon.
 Zaszło słońce. W miarę jak zagłębiali się w las, mrok stawał się ciemniejszy, z większym trudem przychodziło jej obserwowanie podejrzanych. Dotarli w końcu do niewielkiej polany. Mrok zaczął się przejaśniać, na środku płonęło niewielkie ognisko. Starała się dostrzec cokolwiek w połyskującym świetle.
Wokół ogniska siedziały postacie w ciemnych pelerynach, łudząco podobnych do strojów mężczyzn, których śledziła. Wszyscy trzymali się za ręce cicho śpiewając. Remon nie słyszała słów, ale odniosła wrażenie, jakby odprawiały jakiś rytuał. Na przykład egzorcyzmy. Albo rzucanie uroku. Jedna z nich, siwowłosa kobieta, powoli wstała i uniosła ręce ku bezchmurnemu niebu. Na środek wyszła mała dziewczynka. Nie mogła mieć więcej niż 7 lat, jej jasne włosy związane były w długi warkocz. Jej ubranie stanowiła biała sukienka. Stała smutna, jakby czekając na nieuniknione. I wtedy Remon coś zrozumiała. Ta mała dziewczynka była ofiarą.  Stojąca kobieta podeszła do niej z nożem w ręku. Z surowym wyrazem twarzy uniosła podbródek dziewczynki i szybkim ruchem podcięła jej gardło. brunetka powstrzymała krzyk. Właśnie była świadkiem morderstwa. Co prawda uczyć się technik zabijania to jedno, ale widzieć śmierć na własne oczy, to inna sprawa. Krew spływała po bladej skórze martwego dziecka, siwowłosa zebrała ją w dłoń i pokropiła ogień.
 - Powstań Zitronie, Szmaragdowy Smoku Niebios, okaż swą potęgę – zawołała grzmiącym głosem. – Ofiara została złożona, przymierze zawarte. Zbudź się z czwartym księżycem, wypełnij przyrzeczenie.
 Coś w umyśle dziewczyny drgnęło. Co prawda lekko i prawie niewyczuwalnie, ale to było bardzo dziwne uczucie. Niespodziewanie zachwiała się i żeby utrzymać równowagę, cofnęła się o krok. Jak w filmach bywa, gałązka pod jej ciężarem pękła z głośnym trzaskiem.
 Gniewne spojrzenia zamaskowanych postaci zwróciły się na nią. Zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, srebrny bełt leciał w jej stronę. Czas spowolnił, przełknęła głośno ślinę. Jedno uderzenie serca później grot wbił się w jej udo. Wrzasnęła dziko, upadając. Po jej spodniach rozpływała się szkarłatna plama. Ledwo powstrzymywała łzy. Łzy bólu, ale i upokorzenia. Ona, ukochana wnuczka dziadka, najlepsza z uczniów, ma tak zginąć? Usłyszała jeszcze jeden trzask przeładowywanej broni, ale zanim wystrzeliła, Remon poczuła, że się unosi.
 Więc tak wygląda śmierć. Ból paraliżuje całe ciało, a może już nie ciało tylko duszę. Świat wydawał się piękny, gwiazdy uroczo świeciły na niebie. Nie było już żadnych zmartwień, żadnych problemów. Radość z uczucia lekkości i wolności była wręcz namacalna. Niemal czuła wiatr we włosach, powoli zamknęła oczy, szczęśliwa, że dziadek nie widział jej porażki.
 I wtedy stało się coś dziwnego.
 - Nadal nie potrzebujesz mojej pomocy? – zabrzmiało pytanie tuż przy jej uchu, głos był znajomy, lecz nie była w stanie go rozpoznać.
 Ogarnęła ją ciemność. Niezmącony mrok zakradł się do jej głowy powodując utratę przytomności.
 Kiedy się ocknęła, ból powrócił.  Zachowując niezwykłą dla siebie ostrożność, zmusiła się, by pozostać w bezruchu. Po tym wszystkim co przeszła, nie powinna chyba od razu zrywać się na nogi, chociaż zwykle tak robiła. Lepiej będzie zorientować się w sytuacji.
 W końcu doszła do wniosku, że leży na łóżku. Ale nie swoim. To było twarde, nierówne i pachniało czymś dziwnym, nad czym nawet nie chciała się zastanawiać. W oddali słyszała odgłosy ulicy, a nieco bliżej stłumione głosy, być może jakiś program w telewizji.
 Cóż, nie był to jej dom. Ani ciemny las. No i na pewno nie umarła.
 Remon zebrała całą odwagę, powoli uniosła głowę z poduszki i rozejrzała się po mrocznym pokoju. Niewiele tu było do oglądania. Łóżko, na którym leżała, zajmowało większą część ciasnego pomieszczenia. Dostrzegła gołe ściany i najohydniejsze zasłony w kwiaty, jakie kiedykolwiek widziała. Przy końcu łóżka stała poobijana komódka, na niej staroświecki telewizor. W kącie rozklekotane krzesło.
 Krzesło, które w tej chwili zajmował szczupły, rudowłosy chłopak. Po miarowym oddechu i zamkniętych oczach, można było spostrzec, że śpi.
 Ledwie ośmielając się oddychać, szatynka usiadła i spuściła nogi z boku materaca. Jej głowa o mało nie eksplodowała z bólu. Syknęła cicho.
 - Nie radzę. Po takiej dawce trucizny, jaką dostałaś, nawet Luke nie byłby w stanie chodzić – ktoś się zaśmiał.
 Dziewczyna zamarła w bezruchu. Rozejrzała się po pokoju ponownie, tym razem nie dostrzegła chłopaka. Przeraziła się. Podpierając się rękami o łóżko, próbowała wstać. Nagle przed jej twarzą pojawił się młodzieniec. Popchnął ją z powrotem na łóżko i uśmiechnął się szeroko.
 - Mówiłem, że to zły pomysł.
 Znowu zakręciło jej się w głowie. Zignorowała to uczucie. Ponownie spróbowała wstać.  Tym razem, chłopak przytrzymał ją w pozycji leżącej.
 - Puść mnie albo…
 - Albo co? – zapytał słodkim tonem.
 Dobre pytanie. Jaka szkoda, że nie potrafiła znaleźć błyskotliwej odpowiedzi.
 - Ja… będę krzyczeć.
 Ciemne brwi uniosły się w rozbawieniu.
 - I naprawdę chciałabyś się przekonać, jaki bohater pospieszy ci z pomocą? Jak sądzisz, kto to zrobi? Okoliczni narkomani? Dziwki pracujące na dole? Wiesz, postawiłbym na pijaka zza ściany. Był wyraźnie zainteresowany, kiedy Luke niosąc cię, mijał go na korytarzu.
 Nagle Remon zrozumiała, co oznacza ciasny pokój, odrażające zapachy i rozpacz, która wisiała w powietrzu. Luke zabrał ją do jednego z niezliczonych obskurnych hoteli, pełnego najgorszych szumowin. Otrząsnęłaby się z obrzydzenia, gdyby nie fakt, że to akurat budziło jej najmniejszy niepokój w tej całej sytuacji.
- Gdzie jest Luke? – zadała najrozsądniejsze pytanie, na jakie ją było stać.
- Leży sobie w sąsiednim pokoju, a co, stęskniłaś się za swoim wybawcą? – po raz kolejny zadrwił z niej.
 Dobitnie to zignorowała. Bo, po co się przejmować? Budzisz się w obcym miejscu, widzisz obcego faceta, ale po 5 minutach stwierdzasz, że jest niegroźny. Co tam własne życie, ważniejsze jest to, gdzie jest Luke!
 - Kim ty w ogóle jesteś?! – olśniło ją, że nie wie nic na temat nieznajomego.
 Puścił ją, wstał i delikatnie ujął jej dłoń w swoją.
 - Jestem Aleksander Bielikow, przyjaciel Luka i nieszczęśnik, który musiał opatrywać twoje rany. Niezmiernie miło mi cię poznać, Remon.- ukłonił się głęboko i ucałował bladą dłoń nastolatki.
 Wróciły do niej wspomnienia. Koszmar ostatniej nocy. Zakapturzone postacie, morderstwo i to coś w jej głowie. Coś, co teraz zdawało się drzemać na dnie jej umysłu. Łzy zalśniły jej w oczach, minę miała taką, jakby miała się zaraz rozpłakać.
 - Ej! Tylko mi się tu nie rozklejaj – spanikował Aleksander.
 - Ja… Ona… Oni ją zabili! – wrzasnęła nie zważając na nic.
 W drzwiach stanął Luke. To nie był już uroczy, przystojny, niegrzeczny chłopiec. Stał przed nią przepiękny upadły anioł, który gardził otaczającym go światem.
 - Sasza, zostaw nas samych. – Jego głos był inny niż w szkole, przygnębiony.
 - Jak sobie życzysz – z uśmiechem powiedział rudy chłopak.
 Coś zadrżało w powietrzu, a po Aleksandrze pozostał tylko czarny dym, powoli sunący się w stronę drzwi.
 - Czym on jest? – nie kryjąc szoku, zdziwienia ani strachu zapytała Remon.
 - On? On jest cieniem.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS