Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

Czerwone oko

Tym razem coś, co zostało ocenione na 5 przez polonistkę :) Także z dedykacją dla specjalnego komentatora, który wcale nie jest Dzilosem.
Zapraszam
A wgl na tym blogu jest coś o nazwie spis treści, zajrzyj tam. Możesz komentować wszystko :)
________________________________________________________________________________

Stał w umówionym miejscu już od trzydziestu minut. Przeklinał pod nosem Aleksandra, który po raz kolejny kazał na siebie czekać. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, włożył jednego między zęby i odpalił, zaciągając się nikotynowym obłoczkiem. Jedną ręką rozpiął płaszcz i rozpostarł go jak jastrząb spadający na ofiarę. Mijali go przechodnie, ale nie okazywali najmniejszego przejawu zainteresowania. Raz tylko jakaś kobieta prychnęła pod nosem, gdy splunął tuż obok jej stopy obutej eleganckim pantoflem.

W końcu zaciągnął się po raz ostatni ciepłym dymem i wyrzucił niedopałek na trawę. Przeczesał kościstą dłonią swoje białe włosy i westchnął ciężko.  Czerwone tęczówki uważnie śledziły każdy przejeżdżający samochód. Oparł się o latarnię i spojrzał prosto na ohydne żółte światło sączące się z góry.

Czarny osobowy samochód zatrzymał się przed nim z piskiem opon. Tylne drzwi się otworzyły, a on spokojnie do nich podszedł, nie wysilając się na zbędne okazywanie wściekłości.

- Witaj Gilbercie

Wewnątrz siedział rudowłosy mężczyzna dość pokaźnych rozmiarów. Nienagannie wyprasowany
garnitur i skórzana teczka obok pokazywały, że jest biznesmenem. Uśmiechnął się szeroko, wyciągając pulchną dłoń ozdobioną złotym sygnetem w stronę albinosa. Ten zawahał się przez chwilę, po czym niechętnie uścisnął rękę mężczyzny.

- Jak zwykle każesz na siebie czekać – mruknął pod nosem. – O co chodzi tym razem, Aleksandrze?

- Czy zawsze musi o coś chodzić? – zapytał rudowłosy, śmiejąc się. Przypominało to jednak bardziej
krztuszenie czy rozpaczliwe próby złapania oddechu niż śmiech. – Nie stęskniłeś się za bratem?

Gilbert spojrzał na niego z ukosa, wyrażając swoją niechęć do niego. Nienawidził faktu, iż są rodzeństwem i nigdy nie mógł zrozumieć, jak ich matka mogła urodzić tak różnych synów. Nie chodziło o sam wygląd. Aleksander zawsze był otwarty na ludzi i nie wstydził się okazywać swoich emocji, natomiast albinos wiecznie wyglądał tak, jakby założył na twarz maskę bez uczuć i dobitnie ignorował wszystkich tych, którzy starali się ją zdjąć. Dlaczego został płatnym mordercą? „Bo tak
jakoś wyszło”.

- Ty zawsze coś chcesz – stwierdził cierpko. – Co tym razem?

- Skoro od razu chcesz przejść do konkretów… Mam dla ciebie zlecenie. Trzeba zlikwidować Goo Jae Hee. – Mówiąc to, podał albinosowi teczkę z dokumentami. – To córka prezesa konkurującej z nami koreańskiej firmy. Dawno temu dostał ostrzeżenie, a teraz czas na wyrok.

- Wszystko, czego potrzebuję, jest w tej tece? – zapytał podejrzliwie.

- Oczywiście – zapewnił Aleksander.

- Odwieź mnie do domu.

Kiedy znalazł się już w swoim mieszkaniu, rzucił niedbale beżową teczkę na łóżko, a chwilę później sam podzielił jej los. Przeciągnął się leniwie i z jękiem stwierdził, że nienawidzi spotkań z bratem. Za każdym razem wraca zdenerwowany i zmęczony psychicznie. Nie miał jednak wyboru. Utrzymywał się głównie ze zleceń od niego, a marna pensja policjanta nie wystarczyłaby do prowadzenia życia na poziomie, do którego przywykł. Zresztą nawet gdyby odmówił, to jego kariera jako funkcjonariusza byłaby skończona.

Wyciągnął z teczki zdjęcie dziewczyny i przyjrzał się mu uważnie. Z całym swoim dystansem do ludzi musiał przyznać, że była ładna. Delikatne rysy twarzy, burza ciemnych loków na głowie. Jej brązowe oczy miały kształt migdałów i były wyjątkowo duże jak na Azjatkę. Zdjęcie przedstawiało jej pełne usta w szerokim uśmiechu. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.

 W teczce znalazł jeszcze kilkadziesiąt ujęć jej całej sylwetki i otoczenia. Odłożył je na blat biurka i zaczął przeglądać jej dane osobowe. Niewiele się pomylił. Córka prezesa Goo miała osiemnaście lat i uczęszczała do Liceum Artystycznego. Dostał nawet jej plan zajęć.

- Środa, środa, środa – mruczał pod nosem.

Dziewczyna codziennie kończyła o 14.10, co bardzo ułatwiło mu sprawę. Schował wszystko powrotem do teczki i uśmiechnął się chytrze pod nosem. Z szuflady wyjął Rose – biały pistolet Walther P-99 – i niemal z matczyną czułością pogładził lufę. Przeładował i udając, że celuje, oddał równie udawany strzał prosto w okno. Zaśmiał się jak szaleniec i z powrotem położył na łóżku. Zapowiadał się ciekawy dzień.

W środę o godzinie 13.57 Toyota Gilberta zatrzymała się przed budynkiem liceum. Silnik samochodu wydał z siebie cichy pomruk, jak głaskany po grzbiecie kot, gdy albinos zwiększył obroty, a chwilę później wyciągnął ze stacyjki kluczyki.

Całkowicie przygotowany wysiadł na zewnątrz i powoli skierował się w stronę drzwi wejściowych.
Przystanął na schodach i zaciągnął się zanieczyszczonym spalinami powietrzem. Kilka minut później zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec lekcji, a tabun rozwydrzonych nastolatków wylał się ze
środka szkoły.

Pośród tłumu ujrzał swój cel i na spokojnie ruszył w ślad za nią.

O godzinie 19 miał jej dość. Nie rozumiał, czy ta Azjatka nie miała nic do roboty, skoro zdążył
zwiedzić za nią dwa centra handlowe, pizzerię w jednej z bogatszych dzielnic, dyskotekę, a na końcu jeszcze wieczorny spacer po parku. Cierpliwość Gilberta się skończyła.

Bezceremonialnie podszedł do niej i szybkim ruchem wbił ostrze noża w jej udo. Nawet nie zdążyła
go zauważyć. Wydała z siebie krótki pisk, a szok i ból spowodowały, że nie była w stanie powiedzieć, ani zrobić nic więcej. Nogi się pod nią ugięły. Padła na kolana przy drzewie, przytrzymując się jedną ręką starego pnia, a drugą próbując zatamować krew buchającą z rozciętej tętnicy. Rana była precyzyjnie zadana – potwierdziła lata praktyk Gilberta.

Podszedł do zwijającej się na ziemi z bólu dziewczyny, objął ją ramieniem, odwrócił tyłem do oświetlonej części parku i położył na boku. Poczuł na nodze coś ciepłego i mokrego. Poruszył się, gorący strumień krwi tętniczej trysnął przez dziurę w spodniach na twarz i czarne skórzane rękawiczki Gilberta. Krew tryskała wszędzie. Oblała twarz dziewczyny, gdy zgięła się w pół, żeby sprawdzić, co
jej się stało.

Wyciągnął z kieszeni komórkę i udał, że wzywa karetkę. Telefon był jednak wyłączony. Bez najmniejszego wysiłku odsunął jej słabnącą rękę od rany i trzymał ją w fałszywym geście pocieszenia, pozwalając jej się wykrwawić. Gdy miał już pewność, że dziewczyna nie żyje, zostawił ją przy drzewie z głową opartą na ramieniu, jakby spała i odszedł.

- Poruczniku Bielikow, myśli pan, że to sprawka tego samego człowieka, co ostatnio? – zapytał jeden z policjantów.

Nad ranem dostali wezwanie do parku. Dzwoniąca kobieta zgłosiła, że pod jednym z drzew leży martwa dziewczyna. Natychmiast pojechała tam jednostka policji.  Ten, który zobaczył miejsce zbrodni jako pierwszy nie wytrzymał i chwilę po swoim twórczym odkryciu, wymiotował w pobliski śmietnik. Trawa, chodnik i drzewo. Wszystko zalane krwią.

- Jestem tego niemalże pewien – odparł Gilbert, ubrany w błękitny mundur. – Zawsze ten sam ślad, czerwone oko.

Zaśmiał się w duchu i jeszcze raz spojrzał na swoje dzieło. Na bezwładnym ciele Goo Jae Hee leżała żółta karteczka z wymalowanym krwią okiem. Miał ochotę śmiać się z dziwnego zbiegu okoliczności, że akurat tą sprawę przydzielili jemu.

- I tak mnie nie odkryją – mruknął cicho pod nosem i przewrócił z rozbawieniem czerwonymi oczami.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Smoczy jeździec - tylko o tym nie wie

Kolejne opowiadanie, tym razem pisane jako praca domowa z języka polskiego. Miałam sobie wyobrazić, że jestem ostatnim człowiekiem na Ziemi i nagle dzwoni telefon. Cóż... mój pomysł jest dość dziwny, ale jest :P
Miłego czytania i żeby tylko nikt mnie nie posądził o spisywanie prac domowych z internetu... :d

Ziemia wcale nie przypominała wyglądem Ziemi.
Wszystkie siedem kontynentów przestało nimi być. Zlepiły się w jedną całość, zupełnie jak w czasach, których nikt nie pamięta, znów były Pangeą, cierpliwie czekając na kolejny rozłam. Morza wylewały swoje wody z powrotem do oceanów. Rzeki zmieniały bieg i płynęły w stronę źródeł. Wielkie góry kruszyły się, tworząc niszczycielskie lawiny. Wielkie depresje i kotliny pod naporem ruchów tektonicznych wypiętrzały się, formując niewielkie lub całkiem pokaźnych rozmiarów wzniesienia. Wszystko było tak, jakby czas płynąć do tyłu, Ziemia kręciła się w drugą stronę, a historia cofała.
Wspaniałe budowle – Wieża Eiffla, Statua Wolności, Big Ben, London Eye, Wielki Mur Chiński – były zniszczone. Z wielkich miast nie pozostało prawie nic, leżały zamienione w wielkie gruzowiska, jakby jakiś olbrzym przez przypadek je rozdeptał. Proste, równe kiedyś drogi stały się sterczącymi odłamkami asfaltu wyglądającymi jak czarne zębiska potworów z sennych koszmarów.
Cała ziemia usłana była martwymi ciałami zarówno zwierząt, jak i ludzi. Szkarłatne plamy krwi znaleźć można było wszędzie. Panowała przeraźliwa cisza, zakłócana jedynie szumem wiatru i śpiewem nielicznych ptaków wśród ocalałych koron wysokich drzew.
Dwa tygodnie. Tyle czasu wystarczyło ludziom, żeby zniszczyć cały dobytek kulturowy budowany przez wieki. Jeden nieudany eksperyment genetyczny. Szaleni naukowcy postanowili sklonować stworzenie z prehistorii, na podstawie DNA pozyskanego z zatopionego w bursztynie komara. Szacowano, że ma kilkaset milionów lat.
Pierwsza próba była szokiem. Stworzenie wyglądem przypominało opisywanego w baśniach smoka. Całe ciało pokryte miało złotą łuską, oczy intensywnie zielone. Stało na czterech silnie umięśnionych łapach. Zbudowany z czternastu kręgów ogon był przedłużeniem kręgosłupa i kończył się skamieniałymi łuskami, które układały się w kształt grotu strzały. Spomiędzy łopatek wyrastały mu dwa potężne skrzydła z niesamowicie cienkiej, a jednak bardo wytrzymałej błony rozpiętej pomiędzy kościanym rusztowaniem.  Przez całą szyję, plecy i ogon ciągnął się sznur ostrych jak brzytwa kolców. Z pyska stworzenia często buchał ogień, a unoszący się wokół zapach siarki powodował mdłości wszystkich ludzi, którzy dostatecznie się do niego zbliżyli.
Nie zrażeni naukowcy zaczęli na nim robić eksperymenty, bo nie mogli przecież wiedzieć, że smoki istniały tuż obok nich i mogły się ze sobą porozumiewać przez telepatię. W ciągu pierwszego tygodnia odnotowano osiemnaście tysięcy zgłoszeń, w których podawano, że na niebie zauważono ogromne ptaki, zupełnie nie przypominające ptaków. W ciągu kolejnego duża ilość gadów zaatakowała ludzi.
Cała elita – prezydenci poszczególnych państw, ich rodziny, dowódcy wojsk, naukowcy – została natychmiastowo wysłani rakietami w kosmos. W jednej z baz na Marsie znaleźli schronienie i wszystko czego potrzebowali. Reszta ludzi zginęła.
Pośród ogromu zniszczeń znalazło się coś, co żyło. Dziewczyna, niespełna piętnastoletnia, siedziała pod rozłożystym dębem. Jej długie brązowe włosy pozlepiane były potem i kurzem, okrągłą twarz pokrywała warstwa kurzu, a pozdzierane ubrania przypominały stare szmaty. Płakała już nie pierwszy raz, odkąd zauważyła, że jest sama.
Na samym początku była w szoku. Nagłe wstrząsy ziemi, wszechogarniająca panika, krzyki ludzi. Wszystko płonęło. Potężny huk przeszył powietrze, kiedy budynki zaczęły walić się jak domino. Ostatnim wspomnieniem, jakie miała zanim straciła przytomność, były smutne oczy matki.
Obudziła się sama na środku niewielkiej polany. Oszałamiająca pustka i strach zawładnęły jej sercem. Podkuliła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Bolało ją wszystko. Łzy same zaczęły płynąć, a ona nawet nie miała siły, by je powstrzymywać.
 Przez dwa pierwsze dni było ciężko. Miała świadomość, że może nikogo więcej nie znaleźć, że wokół niej są same trupy. Nie zważając na zmęczenie, głód i pragnienie zaczęła znosić wszystkie ciała w promieniu kilkuset metrów do jednego dołu. Gołymi rękami zasypała powoli rozkładające się trupy ziemią, ignorując odór, jaki od nich bił. Dopiero wtedy uspokoiła swoje sumienie; zasady poszanowania zmarłych miała wpajane od dzieciństwa.
Trzeci dzień spędziła na zbieraniu różnych rzeczy. W ruinach domów znalazła kilka butelek wody, paczek z konserwowaną żywnością, stare, zakurzone koce i inne potrzebne rzeczy: noże, zapałki, trochę słodyczy. Prymitywne schronienie zbudowała na powalonym drzewie, zabezpieczając się przed deszczem znalezionym gdzieś kawałkiem folii.
Wieczór przyniósł jej miłe zaskoczenie.
Siedziała przed „namiotem”, nie mogąc usnąć. Nagle usłyszała szelest w krzakach a na niewielką polanę wkroczyło dumnie jakieś zwierzę. Podreptało przez chwilę jak zmutowana forma czteronożnego pingwina, przeciągnęło się jak kot, warknęło wesoło jak pies, zatrzepotało skrzydłami jak kruk, by ostatecznie okazać się smokiem.
W porównaniu do tych, które widziała wcześniej, z ukrycia, ten był mały. Co prawda, była pewna, że gdyby obok niego stanęła, to przewyższałby ją o jakieś pięćdziesiąt centymetrów, ale te gady bywały wielkości ogromnych drzew.
- Co, zgubiłeś się, mały? – zapytała lekko zachrypniętym od długiego milczenia głosem, brzmiąc jednak radośnie.
Stworzonko jedynie przekręciło łepek i buchnęło obłoczkiem ognia. Podeszło bliżej i momentalnie padło przy dziewczynie, zwijając się w kłębek.
Szatynka poczuła zdziwienie. Już przygotowała się na niechybną śmierć, cała jej radość wynikała z możliwości opuszczenia samotnej Ziemi, a ten smok, jak gdyby nigdy nic, położył się koło jej stóp i zaczął cicho chrapać.
Tej nocy zyskała towarzysza, który w blasku dnia zaprezentował pięknie lśniące na szmaragdowo łuski. Okazał się bardzo miłym smokiem lubiącym głaskanie po czubku głowy. Przynosił codziennie rano jakieś upolowane przez siebie zwierzę, a dziewczyna powoli przestawała wymiotować na ten widok i dzielnie odwracała wzrok, gdy się pożywiał. Wychowała się w cywilizacji, gdzie mięso – nawet surowe – zawsze pozbawione było skóry, a często i kości.
Dzień mijał za dniem. O ile dobrze liczyła, był to już początek drugiego tygodnia, odkąd zaczęła radzić sobie sama. Słońce świeciło wyjątkowo jasno, a rozłożone skrzydła nowego przyjaciela zapewniały przyjemny chłód.
Nagle rozległa się znajoma dziewczynie piosenka:
- „So goodbye, don’t cry and smile (…)”.
Początkowo myślała, że ma urojenia z powodu braku kontaktu z innym człowiekiem. Jednak uporczywe brzęczenie telefonu w jej spodniach stanowczo zaprzeczyło tej teorii. Drżącą ręką wyciągnęła aparat z kieszeni. No tak, stary model telefonu potrafił przetrwać przez ponad miesiąc bez ładowania baterii… że też wcześniej o tym nie pomyślała.
- Halo? – zapytała będąc nadal w szoku.
- Idź za smokiem – odparł głos po drugiej stronie.
Połączenie zostało zerwane. Nie wiedząc do końca, co się właśnie wydarzyło, spojrzała na ekran telefonu, a potem na swojego zielonego towarzysza. Rozejrzała się wokół i ze zrezygnowaniem pomyślała, że nie ma pojęcia, skąd wziął się zasięg w środku lasu.
Smok zerwał się na równe nogi i trącił ją pyszczkiem w łokieć. Spojrzała na niego oburzona, ale zrozumiała, że ten chce, żeby za nim poszła. Lekko się wahając, wkroczyła razem z nim pomiędzy drzewa.
Droga była trudna do przebycia. Połamane drzewa, wystające korzenie i dziury w ziemi skutecznie spowolniały dziewczynę. Niespodziewanie smok otoczył jej talię ogonem, uniósł do góry i posadził na swoim grzbiecie. Pisnęła cicho z zaskoczenia, ale dzielnie załapała się wystających kolców, by nie spaść.
Po kilkunastu minutach dotarli do… osady.
Prawdziwej, niemal średniowiecznej osady. Drewniane chaty, palisada wokół i kilkunastu ludzi w strojach, jak z epoki. Jedynym niepasującym elementem były leżące wszędzie zielone smoki o rozmaitych wielkościach. Ten, na którym siedziała, zaryczał głośno i radośnie. Momentalnie wszystkie spojrzenia skierowały się w ich stronę. Zapanowała cisza. Zaprzestano jakiejkolwiek pracy. Na przód wysunęła się dziewczyna o niesamowicie ciemnych włosach sięgających pasa i intensywnie zielonych oczach. Podeszła do szatynki i pogłaskała gada po pyszczku.
- Witaj – odezwała się znajomym głosem. To ona dzwoniła. – Jestem Remon Toran, królowa wszystkich szmaragdowych jeźdźców – oznajmiła ciągle się uśmiechając.
- Gosia – zakomunikowała krótko zdezorientowana szatynka i zsunęła się z grzbietu smoka.
- Pewnie się zastanawiasz, o co chodzi. Pozwól, że ci wyjaśnię.
- Była bym wdzięczna.
Nastąpiła chwila krępującej ciszy, po czym Remon zaczęła swoją opowieść, a reszta ludzi powróciła do przerwanych wcześniej zajęć.
- Smoki są stworzeniami natury. Porozumiewają się za pomocą telepatii. Jest ich kilka rodzajów, gromadzą się w stada zależnie od koloru łusek – mówiła nieprzerwanie, a Gosia czuła się coraz lepiej w jej towarzystwie. – Powrót Ziemii do pierwotnego kształtu mogli przeżyć tylko smoczy jeźdźcy. Jesteś jednym z nich, co nie jest twoją decyzją. To smoki wybierają swoich towarzyszy. Rozumiesz?
- Tak – odparła pewnie. Wszystko przypominało jej jeden z gorszych filmów fantasy, ale zawsze lubiła ten typ, czy to książek, czy nawet obrazów.
- W takim razie musisz zadecydować, czy chcesz się do nas przyłączyć – oznajmiła całkowicie poważnie brunetka.
- Zostanę.
Z chwilą zaakceptowania swojej roli, jako jeźdźca zyskała zdolność rozmawiania ze smokami. Po prostu ta umiejętność pojawiła się znikąd, a okazała się bardzo pomocna. Bardzo szybko odnalazła się w nowym środowisku i odkryła, jak bardzo brakowało jej rozmów z drugim człowiekiem. Zyskała wielu przyjaciół i nauczyła się nowych rzeczy.
Ludzie zaczęli ją nazywać Gisą przez to, że najmłodszy z nich wszystkich miał trudności z zapamiętaniem jej imienia. Przez pewien czas chodziła obrażona, a później do tego przywykła. Jej smok miał na imię Shiro i dogadywali się znakomicie.
W wiosce odnalazła swoje przeznaczenie i z oddaniem służyła królowej Remon. Czasem tylko uroniła łzę na wspomnienie dawnego życia i rodziny, lecz z czasem wspomnienia zaczęły się zacierać.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

A ja będę twym aniołem.

Wiem, miałam pisać Dzieje Ras, ale... nie. Nie znajdę odpowiedniej wymówki. Po prostu napisałam kolejne opowiadanie, które dedykuję mojej kochanej Miyoko, która leży w szpitalu. Wracaj do nas!
 Zapraszam.
__________________________________________

 Znowu leżał w szpitalnej sali, pełnej rozmaitej aparatury medycznej, która nieustannym pikaniem, rejestrującym pracę serca, przyprawiała o ból głowy. Mieszanina tlenu powoli wypływała przez plastikową rurkę, kojąco działając na zniszczone płuca. Jedynym kontrastem dla wszechobecnej bieli był mały woreczek z płynem zabarwionym na różowo. Kroplówka sączyła się kropla po kropli wprost do widocznych pod cienką skórą żył, by choć trochę ulżyć w chorobie.

 Przez miesiąc żył nadzieją. Rak jednak powrócił w postaci licznych przerzutów.

 Nie całkiem świadomy swojego egzystowania leżał w samotności, po prostu czekając.  Sam nie był pewien, czego tak na prawdę się spodziewał. W wyobraźni majaczyła mu jedynie postać pięknej kobiety, całej ubranej na czarno. Nie widział twarzy, była przysłonięta przez kaptur. Doskonale za to widoczne były jej skrzydła. Majestatyczne pióra w kolorze hebanu przywodziły na myśl tylko wszechogarniający smutek i żałobę. Srebrna kosa połyskiwała złowrogo w jej białych jak kreda dłoniach. W swoim nieszczęściu i grozie wyglądała pięknie.

 Lecz rzeczywistość znacznie różniła się od umysłowych obrazów.

 Zamiast mrocznego anioła ujrzał małą dziewczynkę. Nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat. Jako pierwsze zauważył tak intensywnie niebieskie włosy, zaplecione w długi, sięgający ziemi warkocz, że zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno z jego oczami wszystko jest w porządku.

 Westchnął cicho, wywołując nagły atak kaszlu. Na chwilę pozbawiło go tchu. Opadł ciężko na poduszki, nadal lekko pokasłując i drżącą z osłabienia dłonią przeczesał gęste niegdyś, teraz osłabione chemioterapią włosy.

 - Kim jesteś? - zapytał cicho, niemal szeptem, zupełnie jakby bał się, że głośniejszy dźwięk rozerwie mu gardło.

Dziewczynka popatrzyła na niego wielkimi, przywodzącymi na myśl nocne niebo, oczami i uśmiechnęła się wesoło, podchodząc bliżej.

 - Jestem Mika - rozległ się jej głos, miękki i delikatny, jak tylko dziecięcy głos potrafi być.

 - Sebastian - odparł równie cicho, co poprzednio.

 Zmierzył ją wzrokiem, kiedy ta, nie patrząc na nic, usiadła na jego łóżku i ponownie ukazała dwa rzędy bielusieńkich ząbków.

 - Pewnie się zastanawiasz, co tu robię, prawda?

 Skinął jej głową na potwierdzenie. Im więcej mówił, tym gorzej się czuł. Uporczywe drapanie w gardle doprowadzało go do szału, natomiast olbrzymia dawka środków przeciwbólowych wprawiała go w stan otępienia umysłowego.

 - Przyszłam się pożegnać z tym miejscem - westchnęła chicho, a zabrzmiało to, jakby była staruszką, która kończy swój żywot z wieloletnim bagażem doświadczenia. - Jutro odłączą mnie od tych dziwnych pomp i będę mogła pójść do nieba. Widzisz mnie, prawda? - zapytała z nadzieją w głosie.

 Ponownie skinął głową, zastanawiając się, czy naprawdę nie zwariował.

 - Więc ty także niedługo opuścisz ten świat. Mogę na ciebie poczekać. Razem będzie raźniej, chociaż mój anioł stróż mówił, że nie ma się czego bać...

 - Ja nie pójdę do nieba - wysilił się na przerwanie jej monologu, tylko po to by zobaczyć zdziwienie i niepewność w tych dziecięcych oczach. - Widzisz, zrobiłem coś tak złego, że nawet mój własny anioł mnie opuścił. Na moich oczach zginęli moi rodzice, a ja nie zrobiłem nic, żeby im pomóc. Ktoś taki nie zasługuje na szczęście.

 Z chwilą wypowiedzenia tych słów coś się zmieniło. Przypadkowy obserwator nie byłby w stanie tego zauważyć, jednak chłopak poczuł to bardzo wyraźnie. Pieczenie w gardle ustało bez żadnej przyczyny. Lekko się uśmiechnął, przecząc całemu smutkowi, z jakim mówił.

 - Więc nie możesz jeszcze odejść - powiedziała z poważną miną, która wcale nie pasowała do jej dziecięcego oblicza.

 Zerwała się na równe nogi i wybiegła z sali, zostawiając zdezorientowanego chłopaka samego.

 Następnego dnia się nie pojawiła.

 Kilka kolejnych dni upłynęło mu jedynie w towarzystwie lekarzy i pielęgniarek, którzy z każdą wizytą byli coraz bardziej zdziwieni. Sebastian miał zerowe szanse na przeżycie. Dawali mu zaledwie kilka tygodni, ale niespodziewanie jego stan zaczął się poprawiać. Przeżuty zniknęły.

 Miał dużo czasu na myślenie. Każdej godziny wspominał dziwną dziewczynkę, której akt zgonu, jak się dowiedział, zanotowano dzień po ich spotkaniu. Za każdym razem, kiedy tylko jej twarz pojawiała mu się przed oczami, zastanawiał się czy rzeczywiście rozmawiali, czy była to tylko fikcja, wywołana przez zbyt dużą dawkę leków.

 Kiedy w końcu podjęto decyzję o wypisaniu go ze szpitala, czuł się, jakby zerwano z niego ciężkie łańcuchy, jakby po długim czasie odzyskał wolność. Chciał zrobić tak wiele, przede wszystkim pragnął w końcu docenić dar, jaki dostał od Boga - jedno życie.

 Momentalnie oprzytomniał, bo wychodząc z budynku szpitala, ją zobaczył.

 Siedziała na drewnianej ławeczce pod wielką sosną, wesoło machając nogami. Jak gdyby nigdy nic uśmiechnęła się do chłopaka i zeskoczyła na ziemię.

 - Przepraszam, że nie wzięłam cię ze sobą - powiedziała patrząc mu prosto w oczy. - Nie mogłeś jeszcze umrzeć. Dostałeś drugą szansę, a ja Go spotkałam.

 - Nie rozumiem, dlaczego, czym zasłużyłem na tak wiele - odparł, starając się zapanować nad drżącym głosem.

 - Wyznałeś swoją winę i co najważniejsze żałujesz tego. Masz doskonałą okazję by wszystko naprawić, nie zmarnuj tego.

 - A co ty tu jeszcze robisz?

 Zapanowała między nimi cisza. Niebiesko włosa wspięła się na palce i delikatnie zmierzwiła włosy sporo wyższego chłopaka. On zaś z niepokojem patrzył na jej roześmianą buzię i pełne szczęścia spojrzenie.

- Ja? - odezwała się w końcu. - Ja jestem twoim aniołem stróżem.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS