Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaufanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaufanie. Pokaż wszystkie posty

Smoczy jeździec - tylko o tym nie wie

Kolejne opowiadanie, tym razem pisane jako praca domowa z języka polskiego. Miałam sobie wyobrazić, że jestem ostatnim człowiekiem na Ziemi i nagle dzwoni telefon. Cóż... mój pomysł jest dość dziwny, ale jest :P
Miłego czytania i żeby tylko nikt mnie nie posądził o spisywanie prac domowych z internetu... :d

Ziemia wcale nie przypominała wyglądem Ziemi.
Wszystkie siedem kontynentów przestało nimi być. Zlepiły się w jedną całość, zupełnie jak w czasach, których nikt nie pamięta, znów były Pangeą, cierpliwie czekając na kolejny rozłam. Morza wylewały swoje wody z powrotem do oceanów. Rzeki zmieniały bieg i płynęły w stronę źródeł. Wielkie góry kruszyły się, tworząc niszczycielskie lawiny. Wielkie depresje i kotliny pod naporem ruchów tektonicznych wypiętrzały się, formując niewielkie lub całkiem pokaźnych rozmiarów wzniesienia. Wszystko było tak, jakby czas płynąć do tyłu, Ziemia kręciła się w drugą stronę, a historia cofała.
Wspaniałe budowle – Wieża Eiffla, Statua Wolności, Big Ben, London Eye, Wielki Mur Chiński – były zniszczone. Z wielkich miast nie pozostało prawie nic, leżały zamienione w wielkie gruzowiska, jakby jakiś olbrzym przez przypadek je rozdeptał. Proste, równe kiedyś drogi stały się sterczącymi odłamkami asfaltu wyglądającymi jak czarne zębiska potworów z sennych koszmarów.
Cała ziemia usłana była martwymi ciałami zarówno zwierząt, jak i ludzi. Szkarłatne plamy krwi znaleźć można było wszędzie. Panowała przeraźliwa cisza, zakłócana jedynie szumem wiatru i śpiewem nielicznych ptaków wśród ocalałych koron wysokich drzew.
Dwa tygodnie. Tyle czasu wystarczyło ludziom, żeby zniszczyć cały dobytek kulturowy budowany przez wieki. Jeden nieudany eksperyment genetyczny. Szaleni naukowcy postanowili sklonować stworzenie z prehistorii, na podstawie DNA pozyskanego z zatopionego w bursztynie komara. Szacowano, że ma kilkaset milionów lat.
Pierwsza próba była szokiem. Stworzenie wyglądem przypominało opisywanego w baśniach smoka. Całe ciało pokryte miało złotą łuską, oczy intensywnie zielone. Stało na czterech silnie umięśnionych łapach. Zbudowany z czternastu kręgów ogon był przedłużeniem kręgosłupa i kończył się skamieniałymi łuskami, które układały się w kształt grotu strzały. Spomiędzy łopatek wyrastały mu dwa potężne skrzydła z niesamowicie cienkiej, a jednak bardo wytrzymałej błony rozpiętej pomiędzy kościanym rusztowaniem.  Przez całą szyję, plecy i ogon ciągnął się sznur ostrych jak brzytwa kolców. Z pyska stworzenia często buchał ogień, a unoszący się wokół zapach siarki powodował mdłości wszystkich ludzi, którzy dostatecznie się do niego zbliżyli.
Nie zrażeni naukowcy zaczęli na nim robić eksperymenty, bo nie mogli przecież wiedzieć, że smoki istniały tuż obok nich i mogły się ze sobą porozumiewać przez telepatię. W ciągu pierwszego tygodnia odnotowano osiemnaście tysięcy zgłoszeń, w których podawano, że na niebie zauważono ogromne ptaki, zupełnie nie przypominające ptaków. W ciągu kolejnego duża ilość gadów zaatakowała ludzi.
Cała elita – prezydenci poszczególnych państw, ich rodziny, dowódcy wojsk, naukowcy – została natychmiastowo wysłani rakietami w kosmos. W jednej z baz na Marsie znaleźli schronienie i wszystko czego potrzebowali. Reszta ludzi zginęła.
Pośród ogromu zniszczeń znalazło się coś, co żyło. Dziewczyna, niespełna piętnastoletnia, siedziała pod rozłożystym dębem. Jej długie brązowe włosy pozlepiane były potem i kurzem, okrągłą twarz pokrywała warstwa kurzu, a pozdzierane ubrania przypominały stare szmaty. Płakała już nie pierwszy raz, odkąd zauważyła, że jest sama.
Na samym początku była w szoku. Nagłe wstrząsy ziemi, wszechogarniająca panika, krzyki ludzi. Wszystko płonęło. Potężny huk przeszył powietrze, kiedy budynki zaczęły walić się jak domino. Ostatnim wspomnieniem, jakie miała zanim straciła przytomność, były smutne oczy matki.
Obudziła się sama na środku niewielkiej polany. Oszałamiająca pustka i strach zawładnęły jej sercem. Podkuliła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Bolało ją wszystko. Łzy same zaczęły płynąć, a ona nawet nie miała siły, by je powstrzymywać.
 Przez dwa pierwsze dni było ciężko. Miała świadomość, że może nikogo więcej nie znaleźć, że wokół niej są same trupy. Nie zważając na zmęczenie, głód i pragnienie zaczęła znosić wszystkie ciała w promieniu kilkuset metrów do jednego dołu. Gołymi rękami zasypała powoli rozkładające się trupy ziemią, ignorując odór, jaki od nich bił. Dopiero wtedy uspokoiła swoje sumienie; zasady poszanowania zmarłych miała wpajane od dzieciństwa.
Trzeci dzień spędziła na zbieraniu różnych rzeczy. W ruinach domów znalazła kilka butelek wody, paczek z konserwowaną żywnością, stare, zakurzone koce i inne potrzebne rzeczy: noże, zapałki, trochę słodyczy. Prymitywne schronienie zbudowała na powalonym drzewie, zabezpieczając się przed deszczem znalezionym gdzieś kawałkiem folii.
Wieczór przyniósł jej miłe zaskoczenie.
Siedziała przed „namiotem”, nie mogąc usnąć. Nagle usłyszała szelest w krzakach a na niewielką polanę wkroczyło dumnie jakieś zwierzę. Podreptało przez chwilę jak zmutowana forma czteronożnego pingwina, przeciągnęło się jak kot, warknęło wesoło jak pies, zatrzepotało skrzydłami jak kruk, by ostatecznie okazać się smokiem.
W porównaniu do tych, które widziała wcześniej, z ukrycia, ten był mały. Co prawda, była pewna, że gdyby obok niego stanęła, to przewyższałby ją o jakieś pięćdziesiąt centymetrów, ale te gady bywały wielkości ogromnych drzew.
- Co, zgubiłeś się, mały? – zapytała lekko zachrypniętym od długiego milczenia głosem, brzmiąc jednak radośnie.
Stworzonko jedynie przekręciło łepek i buchnęło obłoczkiem ognia. Podeszło bliżej i momentalnie padło przy dziewczynie, zwijając się w kłębek.
Szatynka poczuła zdziwienie. Już przygotowała się na niechybną śmierć, cała jej radość wynikała z możliwości opuszczenia samotnej Ziemi, a ten smok, jak gdyby nigdy nic, położył się koło jej stóp i zaczął cicho chrapać.
Tej nocy zyskała towarzysza, który w blasku dnia zaprezentował pięknie lśniące na szmaragdowo łuski. Okazał się bardzo miłym smokiem lubiącym głaskanie po czubku głowy. Przynosił codziennie rano jakieś upolowane przez siebie zwierzę, a dziewczyna powoli przestawała wymiotować na ten widok i dzielnie odwracała wzrok, gdy się pożywiał. Wychowała się w cywilizacji, gdzie mięso – nawet surowe – zawsze pozbawione było skóry, a często i kości.
Dzień mijał za dniem. O ile dobrze liczyła, był to już początek drugiego tygodnia, odkąd zaczęła radzić sobie sama. Słońce świeciło wyjątkowo jasno, a rozłożone skrzydła nowego przyjaciela zapewniały przyjemny chłód.
Nagle rozległa się znajoma dziewczynie piosenka:
- „So goodbye, don’t cry and smile (…)”.
Początkowo myślała, że ma urojenia z powodu braku kontaktu z innym człowiekiem. Jednak uporczywe brzęczenie telefonu w jej spodniach stanowczo zaprzeczyło tej teorii. Drżącą ręką wyciągnęła aparat z kieszeni. No tak, stary model telefonu potrafił przetrwać przez ponad miesiąc bez ładowania baterii… że też wcześniej o tym nie pomyślała.
- Halo? – zapytała będąc nadal w szoku.
- Idź za smokiem – odparł głos po drugiej stronie.
Połączenie zostało zerwane. Nie wiedząc do końca, co się właśnie wydarzyło, spojrzała na ekran telefonu, a potem na swojego zielonego towarzysza. Rozejrzała się wokół i ze zrezygnowaniem pomyślała, że nie ma pojęcia, skąd wziął się zasięg w środku lasu.
Smok zerwał się na równe nogi i trącił ją pyszczkiem w łokieć. Spojrzała na niego oburzona, ale zrozumiała, że ten chce, żeby za nim poszła. Lekko się wahając, wkroczyła razem z nim pomiędzy drzewa.
Droga była trudna do przebycia. Połamane drzewa, wystające korzenie i dziury w ziemi skutecznie spowolniały dziewczynę. Niespodziewanie smok otoczył jej talię ogonem, uniósł do góry i posadził na swoim grzbiecie. Pisnęła cicho z zaskoczenia, ale dzielnie załapała się wystających kolców, by nie spaść.
Po kilkunastu minutach dotarli do… osady.
Prawdziwej, niemal średniowiecznej osady. Drewniane chaty, palisada wokół i kilkunastu ludzi w strojach, jak z epoki. Jedynym niepasującym elementem były leżące wszędzie zielone smoki o rozmaitych wielkościach. Ten, na którym siedziała, zaryczał głośno i radośnie. Momentalnie wszystkie spojrzenia skierowały się w ich stronę. Zapanowała cisza. Zaprzestano jakiejkolwiek pracy. Na przód wysunęła się dziewczyna o niesamowicie ciemnych włosach sięgających pasa i intensywnie zielonych oczach. Podeszła do szatynki i pogłaskała gada po pyszczku.
- Witaj – odezwała się znajomym głosem. To ona dzwoniła. – Jestem Remon Toran, królowa wszystkich szmaragdowych jeźdźców – oznajmiła ciągle się uśmiechając.
- Gosia – zakomunikowała krótko zdezorientowana szatynka i zsunęła się z grzbietu smoka.
- Pewnie się zastanawiasz, o co chodzi. Pozwól, że ci wyjaśnię.
- Była bym wdzięczna.
Nastąpiła chwila krępującej ciszy, po czym Remon zaczęła swoją opowieść, a reszta ludzi powróciła do przerwanych wcześniej zajęć.
- Smoki są stworzeniami natury. Porozumiewają się za pomocą telepatii. Jest ich kilka rodzajów, gromadzą się w stada zależnie od koloru łusek – mówiła nieprzerwanie, a Gosia czuła się coraz lepiej w jej towarzystwie. – Powrót Ziemii do pierwotnego kształtu mogli przeżyć tylko smoczy jeźdźcy. Jesteś jednym z nich, co nie jest twoją decyzją. To smoki wybierają swoich towarzyszy. Rozumiesz?
- Tak – odparła pewnie. Wszystko przypominało jej jeden z gorszych filmów fantasy, ale zawsze lubiła ten typ, czy to książek, czy nawet obrazów.
- W takim razie musisz zadecydować, czy chcesz się do nas przyłączyć – oznajmiła całkowicie poważnie brunetka.
- Zostanę.
Z chwilą zaakceptowania swojej roli, jako jeźdźca zyskała zdolność rozmawiania ze smokami. Po prostu ta umiejętność pojawiła się znikąd, a okazała się bardzo pomocna. Bardzo szybko odnalazła się w nowym środowisku i odkryła, jak bardzo brakowało jej rozmów z drugim człowiekiem. Zyskała wielu przyjaciół i nauczyła się nowych rzeczy.
Ludzie zaczęli ją nazywać Gisą przez to, że najmłodszy z nich wszystkich miał trudności z zapamiętaniem jej imienia. Przez pewien czas chodziła obrażona, a później do tego przywykła. Jej smok miał na imię Shiro i dogadywali się znakomicie.
W wiosce odnalazła swoje przeznaczenie i z oddaniem służyła królowej Remon. Czasem tylko uroniła łzę na wspomnienie dawnego życia i rodziny, lecz z czasem wspomnienia zaczęły się zacierać.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Widzieć twoimi oczami [cz. 2]

 Druga część wyszła mi taka... smutna? Nawet nie wiem, jak ją określić. Najlepiej przeczytajcie :) zapraszam!
__________________________

 Lena stała się częścią jego życia. Każdego dnia zjawiała się w ośrodku i spędzała wolne chwile w towarzystwie Aleka. Nie tylko chłopak ją polubił, ale również każdy pracownik, podopieczny czy nawet sam główny kierownik. Cenili jej chęć niesienia pomocy, cokolwiek by nie robiła, gdy tylko ktoś jej potrzebował, potrafiła rzucić swoje dotychczasowe zajęcie i coś przynieść, zrobić, popilnować.

 W oczach Aleka była aniołem. Zawsze radośnie nastawiona do złowrogiego świata, zarażała optymizmem nawet największych gburów. Często zastanawiał się dlaczego taka osoba, jak Lena, zamiast bawić się na dyskotekach, spędza swój czas wśród niewidomych. Uwielbiał wszelkiego rodzaju opowiadania dziewczyny, czy to zwykłe opisy miejsc, w których przebywali, czy piękne, tworzone wyobraźnią historie. Potrafiła swoim głosem rozbudzać nadzieję, siać grozę, a przede wszystkim wywoływać uśmiech.

 Któregoś dnia zapytała blondyna, czy chciałby móc widzieć i ją zobaczyć. Bardzo się zdziwiła, gdyż odpowiedź była przecząca. Chłopak wytłumaczył się wtedy faktem, że w jego głowie powstał już jej obraz, że oczami wyobraźni widzi swoją własną interpretację jej twarzy. Bał się, że gdy tylko odzyska wzrok i w jego świecie na powrót zagoszczą kolory, rzeczywistość nie będzie tak idealna, jak sobie myślał.

 Nie wiadomo kiedy zaczęło się lato, a z latem wakacje. Lena przychodziła do ośrodka wcześnie rano, a wychodziła późnym wieczorem, czasem nawet wcale. Nie miała trudności z przenocowaniem w pokoju Aleka, kierownik zgodził się niemal od razu, podkreślając, że powinni być cicho, na co dziewczyna zaczerwieniła się, przybierając odcień dojrzałego pomidora. Właśnie podczas takich nocy leżeli obok siebie, trzymając się za ręce i rozmawiając.

 Zaczął się nowy, bardzo słoneczny dzień. Ciepłe promienie delikatnie pobudzały skórę do życia, ptaki przekrzykiwały się w śpiewnej bitwie, a kwiaty pachniały z intensywnością niespotykaną w mieście.

 Alek cicho pomrukiwał z przyjemności, siedząc na drewnianym tarasie i słuchając pięknych dla ucha dźwięków. Świat był całkiem inny niż ten, który znał z dzieciństwa. Zapachy stały się lepiej wyczuwalne, muzyka dokładniej słyszalna, smaki łatwiejsze do rozróżniania, jedynie barwy zniknęły, ustępując miejsca ciemności.

 Doskonale słyszał, że ktoś do niego podchodzi. Bardzo dobrze znał ten sposób stawiania kroków. Były delikatnie i subtelne, ale za razem pewne i pełne gracji, zupełnie jak u kota. Zbliżały się dość szybko, powodując lekkie skrzypienie podłogi. Uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, co go czeka. Zawsze przychodziła zaraz po śniadaniu, znajdując go na tarasie. Ich zwyczajem stało się przytulanie na powitanie, więc nawet nie drgnął, kiedy jej drobne ręce otoczyły go z dwóch stron, lekko pociągając do tyłu.

 - Lenka, byłaś kiedyś tancerką? - zapytał zamiast standardowych słów powitania.

 - Tobie też dzień dobry - odparła wesoło. - Zdarzało mi się tańczyć w balecie, a czemu pytasz?

 - Zastanawiałem się nad twoim sposobem chodzenia i tak jakoś pomyślałem o tańcu. Czemu już tego nie robisz?

 Nie odpowiedziała mu. W ciszy usiadła obok i westchnęła cicho. To był czas na tę rozmowę, która zawierać będzie powód, dzięki któremu się poznali. Chcąc dodać sobie odwagi, złapała za dłoń przyjaciela i delikatnie uścisnęła.

 - Rok temu miałam dość poważny wypadek - zaczęła swoją odpowiedź z widocznym trudem. Bolało ją to tak samo, jak jego wspomnienie o utracie wzroku. - Oblałam się wrzątkiem, poparzone miałam całe plecy, lewe ramię i całą rękę. Pozostała mi po tym brzydka blizna i nie chcę już pokazywać się na scenie - wyznała. - Nie bez powodu wybrałam pracę wolontariuszki właśnie w tym ośrodku. Ludzie się ze mnie śmiali, wytykali palcami... było mi przykro, a tutaj... tutaj na wszystko patrzy się sercem. Moim priorytetem stało się niesienie pomocy tym, którzy nie potrafią oceniać ze względu na wygląd...

 - Przepraszam - wyszeptał Alek, przysuwając dziewczynę do siebie.

 - Nie przepraszaj za niewiedzę - odpowiedziała mu swoim ciepłym głosem.

 Chłopak z ciekawością złapał ją za lewą dłoń i korzystając z chwilowego elementu zaskoczenia, przesunął palcami w stronę ramienia. Natrafił na drobną nierówność -  początek blizny, szpecącej delikatną skórę. Obrysował cały kształt dookoła ręki i wyczuł, że dziewczyna zadrżała.

 - Mój biedny aniołek - szepnął czule. - Masz rację, ja nie mogę podziwiać twojej twarzy, ale potrafię lubić cię za to jaka jesteś. Masz wielkie serce i to w tobie cenię, więc nie chowaj się w cieniu i wyjdź czasem do ludzi, pokaż, że mimo przeciwności potrafisz walczyć i zwyciężyć.

 Jej głowa z cichym westchnięciem opadła na jego ramię. Zapanowała cisza, przerywana jedynie zwariowaną pieśnią ogrodowych ptaków.

 Atmosfera była zbyt poważna w mniemaniu blondyna, więc postanowił zrobić jedną, bardzo lubianą przez siebie rzecz. Zaczął łaskotać, niczego niespodziewającą się Lenę. Dziewczyna pisnęła histerycznie, próbując uciec od tych przyjemnych tortur, w efekcie czego przeturlała się na bok, mając w oczach łzy śmiechu. Wszystko było by dobrze, gdyby w ślad za nią nie poszedł Alek. Niemal przygniótł dziewczynę swoim ciałem i zaczął się śmiać. Wiele im nie było trzeba. Takie chwile, kiedy nie wiedzieli czy śmiać się, czy płakać, były najcenniejszymi w ich dotychczasowym życiu.

 - Kiedyś, zatańczysz dla mnie.

 Resztę dnia spędzili na tym co zwykle. Zajadali się pysznymi truskawkowymi lodami, razem przygotowywali obiad, śmiejąc się przy tym cały czas. Wieczorem zrobili sobie spacer po dużym ogrodzie przy ośrodku. Lena snuła swoje opowieści o każdym mijanym kwiecie. Często zatrzymywali się i dziewczyna kierowała dłoń przyjaciela na delikatne części roślin, opisując bardzo dokładnie, czego dotyka, tak by w połączeniu ze zmysłem dotyku, mógł odtworzyć w myślach obraz.

 Gdy wrócili do pokoju Aleka, czekała ich bardzo przyjemna niespodzianka. W odwiedziny do chłopaka przyjechała starsza siostra.

 - No braciszku, ile można na ciebie czekać? - zapytała z pretensjami, widząc sylwetkę blondyna.

 Na początku chłopak osłupiał. Minęło sporo czasu od jej ostatniej wizyty, co spowodowane było koniecznością ciężkiej pracy, by w końcu mogła zabrać swojego brata do domu i zapewnić mu odpowiednie warunki do funkcjonowania. Nie miał jej za złe tak rzadkich odwiedzin, a nawet był bardzo wdzięczny za to, jak się stara. Zaczął powoli zapominać jaki ma głos, nic więc dziwnego, że na początku nie mógł go zidentyfikować.

 - Jenna? - zapytał, doznawszy nagłego olśnienia.

 - No, a kto inny? Chodź się przywitać z siostrą. Ale urosłeś.

 Nie czekając, podeszła do niego i przytuliła mocno do swojej piersi. Lena przyjrzała się jej bardzo dokładnie. Była kobietą nie najmniejszych rozmiarów, fryzura nie budziła żadnych zastrzeżeń. Blond włosy nieco ciemniejsze niż te Aleka upięte były w wysoki kok na czubku głowy. Jaskrawo zieloną bluzkę na ramiączkach tonowały czarne krótkie spodenki, co uwieńczały delikatne klapki z ciemnych rzemyków.

 - A to twoja dziewczyna? - zapytała, wskazując na Lenę, kiedy już wypuściła brata ze swoich objęć.

 - Jenna, to jest Lena, moja przyjaciółka i nie, nie jest moją dziewczyną - odparł jej, przedstawiając wolontariuszkę.

 - Miło mi - szepnęła nieśmiało dziewczyna, kłaniając się lekko. Alek był pewien, że się zarumieniła.

 Niespodziewanie kobieta podeszła do niej i mocno uścisnęła, niemal miażdżąc wszystkie jej żebra.

 - Przez sam fakt, że Alek cię lubi, jesteś dla mnie jak rodzina - zaśmiała się, wypuszczając drobną dziewczynę.

 - No tak, zapomniałem cię ostrzec, że moja siostra jest bardzo... otwartym człowiekiem - rzucił wesoło blondyn, z szerokim uśmiechem.

 - Zacznijmy od tego, że zapomniałeś wspomnieć, że masz siostrę.

 Cała trójka śmiała się głośno jeszcze przez jakiś czas. W końcu rozległ się dzwonek, oznajmiający porę kolacji i Alek z przyzwyczajenia złapał Lenę za rękę, a ona niemal machinalnie pociągnęła go w stronę kuchni. Jenna rzuciła dziewczynie znaczące spojrzenie, na co ta zarumieniła się jak wiśnia i bez słowa przeszła do pomieszczenia, w którym zdążyli się już zgromadzić inni wolontariusze ze swoimi podopiecznymi.

 - Moja kochana siostrzyczko, a co się stało, że przyjechałaś mnie odwiedzić? - zapytał w którymś momencie Alek.

 - No tak, zapomniałabym. Właściwie od dzisiaj możesz już ze mną mieszkać. Dom jest  wyremontowany, wszystko gotowe.

 Nie ucieszył się. Przez cały czas, kiedy przebywał w ośrodku, marzył o tym, żeby siostra go stąd zabrała. Chciał poczuć, że komuś na nim zależy, ma własny dom i kochającą rodzinę, więc dlaczego czuł, że serce mu pęka?

 - Jenna... nie spodziewałem się. Rozmawiałaś z kierownikiem? - zapytał przybitym głosem. Siostra nie zwróciła na to uwagi, ale Lena tak. Złapała jego rękę pod stołem i uścisnęła w pokrzepiającym geście.

 - Rozmawiałam, rozmawiałam i jutro wieczorem masz być już gotowy do drogi.

 Dwadzieścia cztery godziny. Mniej więcej tyle czasu dostał na spakowanie się, pożegnanie z tym miejscem i z... Leną. Zamyślił się. To przez nią nie chciał jechać. Przywiązał się do niej emocjonalnie, ale i fizycznie. Co on zrobi, kiedy jej zabraknie? Kto będzie potrafił tak pięknie opisać nowy dom, jak nie ona? I dlaczego siostra pojawiła się właśnie teraz?

 Zorientował się, że Jenna pożegnała się i zapowiedziała, że wróci następnego dnia, w momencie, kiedy już jej nie było. Bez słowa wstał i potykając się o wszystkie możliwe rzeczy, ruszył w stronę swojego pokoju. Było to do niego tak niepodobne, że zaniepokojona Lena pospieszyła za nim.

 Znaleźli się w końcu w dobrze znanym pomieszczeniu, po trudnej przeprawie przez korytarz. Alek ciężko opadł na łóżko. Wyglądał na strasznie przybitego.

 - Hej, nie smuć się, przecież nareszcie się stąd wyrwiesz? Nie marzyłeś czasem o tym? - próbowała go pocieszać przyjaciółka.

 - Lenka, nie w tym rzecz. Ja się bardzo cieszę, tylko, że to oznacza, że prawdopodobnie musimy się pożegnać. Mieszkanie mojej siostry jest za granicą.

 Momentalnie uśmiech dziewczyny zniknął. Nie spodziewała się, że to będzie aż takie poważne. Gdyby chodziło o inne miasto, problem owszem byłby, ale od czego są autobusy i pociągi? Jeżeli jednak mowa o przekraczaniu granicy, sprawa nieco się komplikuje.

 Usiadła koło niego i delikatnie przytuliła.

 - Czyli to już nasze ostatnie spotkanie? - zapytała. - W tym momencie nasza bajka się skończy?

 - Nie wiem, Lenka, nie wiem - odparł, delikatnie głaszcząc ją po plecach. - Myślę, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Na pewno tak będzie, a wtedy już na pewno cię nie zostawię.

 Zamilkł na chwilę. Bił się z myślami, powiedzieć, czy nie? Ostatecznie zdecydował, że nie ma sensu ukrywać czegoś, co już dawno powinno zostać wyjawione.

 Złapał jej twarz w swoje dłonie i chłodnymi palcami po raz kolejny zaczął badać jej kształt tak, jakby chciał wyryć go sobie w pamięci na zawsze. Kciukiem starł pojedynczą łzę, która zabłądziła na jej miękkim policzku. Palcem wskazującym obrysował usta, pogrążone w smutku. Uniósł jej twarz tak, żeby patrzyła prosto na niego, choć on sam nie mógł spojrzeć na nią. Pochylił się nieznacznie i musnął swoimi wargami jej usta. Wstrzymał oddech, przygotowując się... sam nie wiedział na co.

 Ale Lena nie zrobiła praktycznie nic, jedynie odwzajemniła delikatny pocałunek. W jej głowie, a może w sercu wybuchła wojna. Nie wiedziała, czy ma być szczęśliwa. Alek, jej najlepszy przyjaciel przestał nim być. Momentalnie stał się ukochaną osobą, a jej uczucia wreszcie znalazły swoją nazwę, coraz bardziej komplikując to trudne rozstanie.

 - Wybacz mi, Lenka. Bałem się, że zniszczę naszą przyjaźń - wyszeptał. - Proszę, zostań ze mną tych kilka godzin. Wiem, że będzie trudno, ale ja wrócę i cię znajdę.

 Złożył obietnicę, za którą gotów był zrobić wszystko. Uczucie jednak nie miało nawet szansy rozkwitnąć. Przez jakiś czas mogli być szczęśliwi. Niewiele, ale im wystarczyło, by do serc wkradła się nadzieja na pomyślne zakończenie. Ich bajka mogła nadal trwać, a piękna księżniczka na zawsze mogła stać się oczami swojego księcia.

 Tak jak poprosił, dziewczyna została z nim do momentu wyjazdu.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Widzieć twoimi oczami [cz.1]

Myślałam, że się popłaczę. Całą niedzielę spędziłam na pisaniu tego opowiadania, a wczoraj rano wstałam, a ono zniknęło. Na szczęście jakąś połowę udało mi się zachować :3 dedykuję mojej przyjaciółce za to, że po prostu jest :D Dziękuję Nudelku, a was zapraszam do czytania...
__________________________________________

Usłyszał ciche kroki na korytarzu, zanim ktoś otworzył skrzypiące drzwi. Zorientował się, że do pokoju weszły dwie osoby, jedna z nich była mu doskonale znana, pan Hacer, główny kierownik ośrodka stawiał wyjątkowo pewne i głośne kroki, natomiast tych cichych i delikatnych w swojej ostrożności nie poznawał, były mu całkiem obce.
- Alek, to jest Lena, wolontariuszka, która będzie się od dzisiaj tobą zajmować - rzekł mężczyzna o niesamowicie głębokiej barwie głosu. Nabrał w płuca ze świstem powietrza i przeczesał dłonią krótkie blond włosy. - Muszę zostawić was samych, poznajcie się.
Kolejny odgłos jego kroków rozległ się ze strony drzwi, powoli cichnąc z każdą sekundą. Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, wyrażając zdenerwowanie i niepewność. Odgarnęła niedbale grzywkę z oczu, ale on przecież nie mógł tego zobaczyć. Odwrócił się w końcu od okna i skierował swoją twarz o pustym spojrzeniu w stronę nieznajomej. Uśmiechnął się ciepło, a na jego policzkach pokazały się dwa słodkie dołeczki. Jego niezbyt długie jasne, niemal białe włosy opadały na czoło i zakrywały prawie całkowicie jedno z oczu.
- Lena? - szepnął cicho, z wyraźną nutą ciepła w głosie. - Jesteś tutaj?
- Jestem - odparła. Jej głos był delikatny, na myśl przywodził śpiew małego skowronka, sprawiał, że ludzie chcieli jej ufać.
- Mogłabyś do mnie podejść?
Nie odpowiadając, dziewczyna ruszyła z miejsca i stanęła na wprost swojego nowego podopiecznego. Chwyciła jego wymachujące na wszystkie strony ręce i cicho się zaśmiała. Niezrażony niczym Alek, przesunął dłońmi wzdłuż jej ciała i niespiesznie zaczął badać każdy element jej twarzy. Buzię miała okrągłą i niebywale miękką. Szczupłymi palcami wyczuł, że uśmiecha się przyjaźnie, a przy tym marszczy mały nosek. Wsunął rękę w jej włosy i przeczesał je do samego końca, tuż za ramionami. Westchnął cicho, odsuwając się nieznacznie i oparł się o zimną taflę szkła.
- Jakiego koloru masz włosy? - zapytał.
- Są ciemnobrązowe - odpowiedziała mu, nadal lekko wystraszonym głosem.
- Ile masz lat? - zadał kolejne pytanie, w ten sposób najłatwiej mógł ją poznać.
- Siedemnaście, a ty?
- Dziewiętnaście - zamyślił się i ponownie odwrócił się w stronę ogrodu za oknem. - Opowiedz mi, co tam jest, proszę - szepnął cicho.
Lena powiodła spojrzeniem na zielony skrawek przyrody. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów by opisać wygląd wszystkich wspaniałych kwiatów, wyrazić radość z jaką latają ptaki czy po prostu powiedzieć, jak pięknie woda z fontanny odbija światło, rzucając wokół świetlne refleksy.
- Jest tam ogród - zaczęła - cały zielony. Wszędzie rosną kwiaty o tak wielu barwach i kształtach, że trudno je wszystkie opisać. Po kamiennej ścieżce spacerują niewidomi ze swoimi opiekunami, a na środku tego wszystkiego stoi ogromna fontanna. Kąpią się w niej ptaki, rozchlapując wszędzie wodę.
Gdy skończyła mówić, czuła się jakby wyrwana z transu. Zamrugała kilka razy i spojrzała na Aleka. Aż podskoczyła ze strachu. Chłopak siedział z otwartą buzią, a jego puste i chłodne spojrzenie skierowane było wprost na nią.
Ludzie często nie zdawali sobie sprawy z jego niepełnosprawności i traktowali jak zarozumiałego, pozbawionego uczuć nastolatka. Było mu wtedy bardzo przykro i za każdym razem tracił cząstkę swojej wiary w dobroć. Ale bywały również momenty takie jak te, kiedy ktoś z własnej woli chciał mu pomóc, żeby choć na trochę zapomniał o swoich ograniczeniach. Tylko jak miał zapomnieć o tym, że w wieku piętnastu lat całe jego dotychczasowe życie legło w gruzach? Zawsze był optymistycznie nastawionym do życia chłopcem, zawsze starał się pomagać innym. Niespodziewanie, cały jego świat, pełen jasnych barw, rozmaitych kształtów i radości z życia, zatonął w przerażającym mroku, który nie chciał wypuścić go ze swoich obleśnych macek.
- Pięknie opowiadasz - wyszeptał i zamknął otwartą z podziwu buzię.
Zapanowała między nimi cisza tak nieznośna, że Lenie chciało się krzyczeć. Chciała wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, byle tylko przerwać złowrogie milczenie. W końcu to Alek się zaśmiał.
- Co cię bawi? - zapytała lekko się uśmiechając.
- Po prostu cieszę się, że będziesz mnie odwiedzała i wyobraziłem sobie, ile fajnych rzeczy można razem robić.
Lena zawtórowała mu śmiechem. Rzeczywiście już zdążyła polubić tego na pozór wesołego chłopaka. Jej wewnętrzne przeczucie podpowiadało, że tak naprawdę blondyn wcale nie jest taki szczęśliwy na jakiego wygląda. Mieli jednak dużo czasu, żeby poznać się lepiej.
- Wiesz, Alek, na dzisiaj to tyle, muszę wracać - westchnęła. - Przyjdę jutro, dobrze?
Wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił, posmutniał. Zeskoczył z gracją kota z parapetu, jakby przez całe życie nie robił nic innego, najzupełniej w świecie podszedł do nowej koleżanki i zdając się na intuicję przytulił zdezorientowaną wolontariuszkę.
- Obiecujesz, że wrócisz? - zapytał z taką ufnością w głosie, że nie miała odwagi, by odmówić.
- Obiecuję - szepnęła, odwzajemniając uścisk.
Delikatnie odsunęła chłopaka od siebie i rzucając mu przepraszający uśmiech, którego nie mógł zobaczyć, wyszła. Głuche trzaśnięcie drzwiami i nastała cisza. Przez chwilę wsłuchiwał się w powoli odchodzące kroki, a gdy w końcu przestał cokolwiek słyszeć, westchnął cicho i powrócił na swoje ulubione miejsce - parapet pod oknem.
Bardzo się ucieszył na wiadomość o nowej wolontariuszce, która miała się nim zająć. Teoretycznie, przez cztery lata nauczył się samodzielności, ale jedną z najgorszych rzeczy, jakie przeszkadzały mu w ośrodku, była ta przerażająca samotność. Był najmłodszy, a starsi ludzie, najczęściej ślepotę otrzymali z wiekiem. Nikogo nie obchodził jakiś młody chłopak, który zupełnie przez przypadek stracił jeden z najważniejszych środków odkrywania świata, na zawsze pogrążając się w ciemności.
Poczuł się niezwykle senny, zmęczony całym dniem. Należało się udać do łazienki. Dziesięć kroków, cicho westchnął. Stanął przed drzwiami i wyuczonym ruchem złapał za klamkę. Kolejny krok, pod stopami wyczuł chłodne kafelki. Zamknął się od środka i powoli zaczął rozbierać. Odkręcił wodę, w prawo ciepła, w lewo zimna. Układ pomieszczenia znał na pamięć, poruszał się w nim pewnie i bez zbędnej ostrożności. W końcu zanurzył ciało w strugach letniej wody i aż zamruczał z przyjemności. Nalał na dłoń jedyny żel, jaki stał na półce i rozkoszując się jego delikatnym waniliowym zapachem, wcierał go w ciało. Nawet się nie zorientował, kiedy zaczęło mu się robić zimno, zbyt długo przebywał w wodzie. Niechętnie wyszedł i zaczął się wycierać. Owinął miękki ręcznik wokół bioder i stanął przed lustrem.
Starał się przypomnieć sobie swoją twarz. Opuszkiem palca przesunął po wypukłości nosa, zbadał owal własnych ust, wykrzywionych w grymasie. W wyobraźni widział siebie takiego, jakim był cztery lata temu. Wiecznie uśmiechnięty słodki blondynek, który zawsze roztaczał wokół aurę ciepła i szczęścia, pomagał staruszkom nieść zakupy, karmił wróble chlebem, czy po prostu asystował młodszym kolegom w odrabianiu lekcji. Kiedyś uwielbiał czytać książki. Pochłaniał je, często przesiadując do późna pod kocem z latarką w ręku. Przestało mu to sprawiać przyjemność, gdy zamiast widzieć czarny tekst na białej kartce, musiał nauczyć się rozumieć kolejność wypukłych kropek. To nie było to samo uczucie.
Dlatego, całym jego światem stała się muzyka. Wybłagał u kierownika odtwarzacz i słuchawki. Z pomocą starszej siostry zgrał na niego wszystkie piosenki, jakie tylko znał i w wolnych chwilach - a miał ich bardzo dużo - siadał na swoim parapecie i po prostu słuchał.
Wysuszony i ubrany, zanurzył się w odmętach ciepłej, puchowej kołderki i ziewnął przeciągle. Sen delikatnie chwytał go w objęcia i spokojnie kołysał, szepcąc ciepłe słowa, mogące swoim brzmieniem przynieść najpiękniejsze marzenia. Poddał się temu błogiemu uczuciu, myśląc o nowo poznanej Lenie i zastanawiając się, dlaczego zdecydowała się na bezinteresowną pomoc ludziom takim, jak on sam.
Następny dzień od samego ran spędził w szkole. Zajęcia niesamowicie mu się dłużyły, nie mógł się doczekać ponownego spotkania z Leną. Przyjaciół jako takich w placówce dla niewidomych nie miał, każda z uczęszczających tam osób, albo była już w kręgu małej grupki innych, albo w ogóle nie chciała się zaprzyjaźniać.
Stał od kilku minut przy ogrodzeniu, czekając na kierownika ośrodka, który miał po niego przyjechać. Mimo, że nie miał trudności z poruszaniem się ze swoją białą laską, to jednak bał się sam jeździć autobusem.
Z każdą chwilą był coraz bardziej zirytowany. Ileż można czekać?
Nagle poczuł na ramieniu nieśmiały dotyk. Zdziwił się lekko, pan Hacer by go po prostu zawołał.
- Cześć Alek - szepnął, a właściwie szepnęła właścicielka dłoni.
- Lena? - zdziwił się. Była ostatnią osobą, której się tam spodziewał. - Co ty tu robisz?
- Dzisiaj to ja cię odbieram ze szkoły - odparła, śmiejąc się perliście. - Kierownik dzwonił i mówił, że coś mu wypadło i poprosił mnie, żebym cię przyprowadziła z powrotem do ośrodka.
Nie potrzebując większych wyjaśnień, chłopak chwycił ją za rękę po czym z uśmiechem rzucił:
- Prowadź, moja kochana wolontariuszko.
Zarumieniła się na jego słowa i po raz pierwszy cieszyła się, ze chłopak nie może tego zobaczyć. Chwilę później dała sobie mentalnego kopniaka za takie myślenie i starając się opanować, pociągnęła nowego podopiecznego w stronę budynku.
Alek z trudem ukrywał uśmieszek satysfakcji. Według niego Lena była bardzo nieśmiała i był niemal pewien, że czuje się zawstydzona sytuacją, w jakiej ją postawił. Szli przez miasto, trzymając się za ręce, jak zakochana para.
W pewnej chwili dziewczyna gwałtownie się zatrzymała, powodując, że blondyn na nią wpadł, omal nie przewracając obydwojga.
- Co się stało? - zapytał zdezorientowany.
W odpowiedzi Lena obeszła go i zakryła mu od tyłu oczy. Miała z tym mały problem, bo Alek był sporo wyższy, ale stanęła na palcach i udało jej się to.
- Nie wygłupiaj się, przecież i tak nic nie widzę - warknął zirytowany.
- Nie prawda. Udawaj, że widzisz, a ja ci to utrudniam - szepnęła wprost do jego ucha. - Wiesz gdzie jesteśmy? - zapytała, a on tylko pokręcił przecząco głową. - Przed nami stoi przepiękny pomnik. Jest to bardzo duży człowiek na ogromnym koniu. Ubrany jest w piękny mundur, na głowie ma czapkę z piórami. Jest naprawdę piękny, wygląda jak żywy, tylko z czasem z braku ruchu skamieniał i stał się marmurem...
W głowie chłopaka coś się zmieniło. Nigdy wcześniej nie patrzył na wszystko z tej perspektywy. Czucie ciepłych palców na powiekach, naprawdę sprawiło, że czuł się tak, jakby świat wokół był po prostu zasłonięty i bez większej trudności, mógłby ponownie wszystko zobaczyć. Ten drobny gest obudził w nim coś na kształt nadziei, wygasłej dawno temu.
Gdy w końcu Lena zabrała swoje dłonie i złapała go za rękę, szepnął tak ciche słowa podziękowania, że był pewien, iż go nie usłyszała. Cóż, dziewczyna jednak miała bardzo dobrze rozwinięty słuch.
- Nie ma za co - odparła, uścisnęła jego dłoń i pociągnęła w bliżej nieokreślonym kierunku, zapewne prowadzącym do ośrodka.
- Jesteśmy - oznajmiła Lena, kiedy dotarli pod bramę miejsca, w którym aktualnie przebywał Alek.
- Dziękuję - odparł i posłał jej ciepły uśmiech. - Wejdziesz?
- Jasne.

Przeszli do pokoju blondyna, a gdy tylko przekroczyli próg, rzucił swój plecak na podłogę nie zważając na późniejszą możliwość potknięcia się o niego. Lena tylko pokręciła z rozbawieniem głową i skierowała się za przyjacielem w stronę kuchni. Zauważyła, jak pewnie stawia kroki w porównaniu do wahań podczas ich spaceru. Obserwowała go, gdy całkiem wprawnie robił kanapkę, korzystając z pokrojonych już produktów, a kiedy usiadł przy stole i zaczął jeść, stanęła koło niego.

- Alek, jak.. - zawahała się - jak straciłeś wzrok?

Jego kanapka zatrzymała się w połowie drogi do buzi. Spojrzał na nią tym swoim nic niewidzącym wzrokiem, a po chwili spuścił głowę. To pytanie było bardzo bolesne, otworzyło całkiem niedawno zasklepioną ranę na jego duszy. Po raz kolejny, na samo wspomnienie, miał ochotę płakać jak małe dziecko.

- To było głupie - odparł. - Byłem naiwnym dzieckiem, zawsze robiłem tom co kazali mi inni. Była impreza, miałem tylko piętnaście lat. Koledzy coś pili, a ja nie chciałem być gorszy. Tylko, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ci moi niby-przyjaciele okażą się tacy... dali mi kieliszek z alkoholem. Wypiłem. Co prawda nie cały, bo tuż po zamoczeniu ust poczułem się dziwnie. To był czysty metanol. Lekarze z trudem mnie odratowali, a za swoją głupotę przepłaciłem wzrokiem.

Gdy tylko ujrzała w jego oczach łzy, niewiele myśląc, przytuliła chłopaka.

Nie chciał płakać. Starał się jak tylko mógł. Przez cztery długie lata nie wspominał przy nikim tego incydentu. Pomimo upływu czasu ból, jaki towarzyszył zdradzie pozornych przyjaciół, nie chciał zniknąć. Nie było już niczego, co potrafiłoby wywołać w nim takie emocje. Bezwiednie wtulił się w ramiona Leny. Szukał w nich pocieszenia, ale i zrozumienia.

- Lena - wyszeptał przez płacz. - Proszę pozwól mi... pozwól mi widzieć twoimi oczami.
Wybierz naklejkę lub emotikona

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS