Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trojaczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trojaczki. Pokaż wszystkie posty

11. Przeklęty Prorok i Śmiertelny Wiatr

 -Cienie są szybkie, musisz wyczuć je na podstawie balansu światła.
 Luke stał się nauczycielem. Jego przyjaciółka stała na środku ogromnej piwnicy, trzymając w dłoniach długi kij. Miała za zadanie złapać Aleksandra. Było to trudne, ponieważ chłopak znikał co chwilę i pojawiał się z różnych stron.
 Pusto, pusto, pusto…
 - Wyczuj cień w świetle – powtórzył Luke.
 Pusto, pusto, pusto…
 Remon starała się skupić. Ciągle jednak miała dziwne przeczucie, że poprzedniego dnia zasnęła w nieodpowiednim momencie i nie dawało jej to spokoju. Z cichym westchnieniem zamknęła oczy.
Pusto, pusto, pusto…
Znajoma fala ciepła rozlała się po jej umyśle. Wydawało jej się nawet, że usłyszała głos, oferujący pomoc.
Pusto, pusto, pusto…
Nagle pod zamkniętymi powiekami błysnęła jasność. Pulsowała nienaturalną bielą, raziła czuły wzrok. Zawierała czystą esencję obecnego na świecie światła.
Pusto, pusto… Jest!
Tuż przed nią pojawił się zbitek ciemności, powoli przybierający ludzki kształt. Zaatakowała. Momentalnie doskoczyła do miejsca, w którym, chwilę później, pojawił się Sasza. Zamachnęła kijem, otwierając oczy.
- Mam cię – wysyczała, obezwładniając przyjaciela.
- Bardzo dobrze – skomentował Luke, klaszcząc. – Ale…
Nagle podłoga znalazła się zdecydowanie zbyt blisko jej twarzy. Poczuła lekki ból pomiędzy łopatkami. Ktoś ją popchnął.
- Ale nie trać czujności, cienie nigdy nie są same – dokończyła za Luka Natasza.
To właśnie ona przewróciła Remon, pojawiając się z nikąd. Uśmiechnęła się szeroko, pomagając Remon wstać.
***
Olena stała obok Remon w starej szopie. Na ścianach wisiały skóry jeleni, dzików, niedźwiedzi i lisów. Liczne szafki skrywały w sobie rozmaitej wielkości i kształtu słoiki, wypełnione różnorakimi proszkami, płynami, maziami i innymi bliżej nie określonymi substancjami. Pod sufitem wisiały suszone zioła, liście i kwiaty, a na parapecie małego okna suszyły się cząstki owoców.
- Jesteś silna i sprytna, ale to nie wystarczy – westchnęła siwowłosa kobieta. – Musisz nauczyć się sztuki skrytobójstwa i ja ci w tym pomogę – rzekła uśmiechając się szeroko. Podała brunetce niebieski słoik. – Powąchaj
W pojemniku znajdował się biały proszek, który przypominał cukier, ale pachniał jak palisander. Olena wskazała dwa talerze z kawałkami upieczonego mięsa i kazała dziewczynie wybrać ten, który został posypany trucizną. Remon zaczęła wąchać jak pies tropiący zwierzynę.
- Ten… – Z lewej porcji wydobywał się delikatny zapach palisandru.
- Dobrze. Ta trucizna nazywa się tisgus i jej szczypta uśmierca w przeciągu godziny. Do jej sporządzenia potrzebujesz liści palisandru, soli, cukru i wody. Liście mogą być zarówno świerze jak i suszone. Musisz zagotowac je do białości w osolonej wodzie, odcedzić i zasypać cukrem i zetrzeć w moździerzu.
Reszta dnia upłynęła Remon na wąchaniu trucizn, analizowaniu ich składu, jak i sposobów przyrządzenia. Olena przerwała wykład dopiero wtedy, gdy brunetkę rozbolała głowa, a świat zawirował jej przed oczami.
***
Dziewczyna usiadła w swoim łóżku. Przed nią leżały trzy srebrne kołki, każdy na osobnej poduszce. Remon drżącymi dłońmi otworzyła starą księgę, przyniesioną przez Nataszę. Pożółkłe kartki wydawały się niezwykle kruche, gdzieniegdzie zdobiły je ciemne plamy, a ręcznie zapisane litery nieznacznie wyblakły. Była to księga, w której zostały opisane wszelkie sposoby manipulacji światłem. Na pierwszej stronie zapisany został Święta Przysięga Łowców.
 1. Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego, niewzruszonego        ducha.
 2. Będziemy dążyć do całkowitego poznania nauki światła, aby kiedyś nasze ciała i zmysły stały się doskonałe.
 3. Z głębokim zapałem będziemy kultywować ducha samo wyrzeczenia się.
 4. Będziemy spoglądać w światłość ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.
 5. Będziemy wierni naszym ideałom i nigdy nie zapomnimy o cnocie pokory.
  6. Zachowamy czystość krwi, nie pozwalając zbrukać jej mrokiem.
 7. Odpowiednio przygotujemy świat, ażeby stał się godnym miejscem na przyjście Świętego Szmaragdowego Smoka.
Remon w pierwszej chwili po przeczytaniu tego stwierdziła, że łowcy mają nierówno pod sufitem. Po ponownym przeanalizowaniu tekstu pomyślała dokładanie to samo, a za trzecim razem tylko utwierdziła się w tym przekonaniu. Nieustraszenie brnęła dalej poprzez kręte zawijasy pisma przewracającego się teraz w grobie pisarza. Kolejna kartka traktowała o źródłach światłości.
Z tego, co zrozumiała brunetka wynikało, że cały świat otulony jest przeplatającymi się wiązkami światła, jak wielkim płaszczem, z którego każdy łowca może wyciągać pojedyncze nitki. Należy to robić ostrożnie, by nie zrobić dziury, która pozbawiłaby źródła mocy każdego, kto znajdowałby się pod nią.
- Jak ci idzie? – zapytał Sasza, wślizgując się przez otwarte okno.
- Beznadziejnie. Nic z tego nie rozumiem… – rozpaczała dziewczyna.
Aleksander usiadł obok niej, przeciągając się ze znudzeniem.
- Wiesz jakie to uczucie formować światło? – zapytał. – Ciarki przechodzą. Zamknij oczy i wyobraź sobie tkaninę ze światła, ale taką, w której potrafisz rozróżnić pojedyncze nitki i wyciągnij jedną.
Remon zamknęła oczy i doznała takiego samego uczucia jak na treningu. Tym razem wysiliła wzrok i odszukała ciasny splot cieniutkich żyłek. Myślami przywołała jedną z nich i zamknęła w dłoni. Po chwili w zdumieniu spojrzała na rudzielca.
- To takie samo uczucie, jakie się ma, gdy ręka zdrętwieje, a potem wraca do życia. Tak jak powiedziałeś: ciarki przechodzą. Jakby się dostawało serię słabiutkich elektrowstrząsów. Trochę boli. ale skąd wiedziałeś?
- Na tej samej zasadzie wykorzystuję mrok. Przerzucaj je z jednej ręki do drugiej. Wtedy poczujesz surowe światło, czekające, aż nadasz mu kształt, jakiego zapragniesz.
Remon skinęła głową, głaszcząc energię, jakby trzymała w ręku pęk pokrzyw, pozwalając części przeciec przez palce. Pamiętała to uczucie: jakby coś skręcało się w żołądku albo kuło w wargi. Zwykle był to zwiastun jakiegoś dziwnego wydarzenia.
- A teraz powiedz, w jaki sposób wyhodowałaś to światło? Co takiego zrobiłaś?
Dziewczyna pokręciła lekko głową.
- Nie wiem… Po prostu zobaczyłam tkaninę w głowie i wyobraziłam sobie, że wyciągam jedną nitkę i zamykam ją w dłoni.
- Zobaczyłaś ją. To najprostsze – zaśmiał się. – Teraz musisz nauczyć się ją słyszeć, czuć, smakować. Dopiero wtedy ta nitka się urzeczywistni. Ale ostrożnie, żebyś nie zrobiła dziury. – Sasza mrugnął porozumiewawczo.
Remon skinęła głową.
- Ze światła możesz wytworzyć iluzję. Cały proces składa się z dwóch etapów: koncentracji i uwolnienia. Ciężko jest zrozumieć to ostatnie. – Aleksander zamilkł na moment. po czym ciągnął: – Musisz się najpierw skupić na tym, co zamierzasz zrobić, a następnie uwolnić światło i zaufać, że wykona zadanie. A teraz zamknij oczy i wyobraźsobie, że nitka z twojej dłoni otacza twój palec w postaci pierścienia. Dodaj szczegóły: materiał obrączki, oczko, jego kolor, stopień przejrzystości, światłocień… Otóż to. Dokładnie tak.
Brunetka gwałtownie otworzyła oczy czując chłód metalu.
Istotnie na jej palcu tkwił pierścień, dokładnie taki, jaki sobie wyobraziła: ze srebną obrączką uformowaną w kształt dziewczyny, ze lśniącym szmaragdem w otwartych ustach. Obejrzała go pod światło. Wydawał się absolutnie prawdziwy.
- A jak można to zniszczyć?
- Wyobraź sobie pajęczynę światła i rozerwij ją dłonią.
Remon pozwoliła światłu wirować wokół siebie. Miała wrażenie, że zajmuje się tym od dzieciństwa.
- Co z kołkami? – zapytała. Wzięła do ręki jeden i przyjrzała mu się dokładnie. – Jak się zaklina w nich światło?
- Tego niestety nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Próbuj, może ci się jakoś uda… A teraz wybacz, obiecałem mamie pomoc przy robieniu kolacji.
Zwyczaje cieni zaczynały ją denerwować. Pojawiały się szybko i znikały jeszcze szybciej. Żeby o tym nie myśleć spróbowała zaklinania kołków. Wzięła jeden do ręki i skupiła się.
Przez trzy następne godziny nie zrobiła żadnych postępów.
***
Po całym dniu ciężkiej pracy Remon była tak zmęczona, że nawet dwie kawy nie były w stanie przywrócić jej chęci do życia.
Gdy jednak wkroczyła do kuchni, ujrzała coś, co nawet w niej wzbudziło ciekawość. Mieli gościa.
- Remon, ten pan chce się z tobą widzieć – oznajmiła Olena.
Spojrzała na mężczyznę. Przeraził ją widok szarej peleryny, która automatycznie skojarzyła jej się z łowcami. Mimowolnie napięła mięśnie.
- Tak? – zapytała nieśmiało.
- Remon – odezwał się zdecydowany głos spod kaptura – wiedz, że przebyłem długą drogę i naraziłem się na wiele niebezpieczeństw, by dotrzeć dzisiaj do ciebie. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
- Kim pan jest?
- Mam wiele imion – odparła zakapturzona postać. – Nazywają mnie Przeklętym Prorokiem i Śmiertelnym Wiatrem, jestem mistrzem klanu wyklętych łowców.
Z tymi słowy nieznajomy zrzucił kaptur, ukazując łysą głowę i szczupłą twarz o wyrazistych rysach oraz rozwichrzoną siwą brodę. Uwagę jednak najbardziej przykuwały jego oczy. Jak na starca mężczyzna miał jaskrawe, czerwone oczy o wyjątkowo głębokim wejrzeniu.
- Nazywam się Demren Archibald i jestem, bratem twojego dziadka.
Nastąpiło długie milczenie, po czym mężczyzna zaczął mówić pełnym dramatyzmu głosem:
- Przyszedłem, by odpowiednio cię przygotować na wyzwolenie, które. nastąpi w przeciągu trzech księżyców.
- Nie znam pana, a tym bardziej panu nie ufam – odparła Remon z uporem.
- Mów mi na ty – rzekł, uśmiechając się ciepło. – Nie dziwię ci się. Sam bym sobie nie zaufał, ale nie masz wyjścia. Jeżeli nie będziesz odpowiednio przygotowana, w dniu twoich urodzin Zitron po prostu cię zniszczy… – dziewczyna chciała mu przerwać, ale nie pozwolił jej na to, kontynuując wypowiedź – ponadto potrafię zaklinać kołki.
Perspektywa była dość kusząca. Jednak w przypadku Remon nawet chęć nauczenia się zaklinania kołków nie okazała się silniejsza niż nieufność wobec Demrena.
- Nadal odmawiam współpracy – powiedziała brunetka.
Mężczyzna znowu westchnął. postanowił przyjąć in ą taktykę.
- Remon – powiedział. – Wiesz dlaczego twoja matka zginęła?

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

10. Gdy na jaw wychodzą sekrety

 Leżała bez butów na łóżku w swoim pokoju w domu rodziny Bielikow i próbowała zasnąć. Niestety sen nie przychodził. Adrenalina po rozmowie z Lukiem wciąż buzowała jej w żyłach jak woda sodowa, przez głowę przelatywały pomieszane słowa i obrazy. Widziała swojego dziadka, patrzącego na nią z dumą w oczach. Widziała smutny wyraz twarzy Luka, gdy swoimi słowami burzył cały jej świat. Dlaczego osoba, której tak bardzo ufała, okazała się kimś, kto chce tylko ją wykorzystać? Jakie mogłoby być jej życie, gdyby nie spotkała Luka anni Saszy? Gdzie jest Zitron? Jak wiele zataił przed nią dziadek… A może wszystko, co do tej pory wiedziała, było kłamstwem?
 Nie mogąc dłużej znieść natłoku myśli, wstała z łóżka i na bosaka poczłapała do biblioteki. Było to duże pomieszczenie zbudowane na planie koła. Wzdłuż ściany ciągnęły się półki tak wysokie, że między nimi w równych odstępach rozmieszczono drabiny na kółkach. Księgozbiór też nie był zwyczajny; składał się z grubych tomów oprawionych w skórę i aksamit, zaopatrzonych w solidne zamki z mosiądzu, o grzbietach ze złoconymi literami. Wyglądały na zniszczone od częstego używania i po prostu ze starości.
Środek pokoju zajmowała imponująca rzeźba, przedstawiająca anioła z dębowego drewna, o złoconych skrzydłach i twarzy wykrzywionej w grymasie cierpienia. Na jego barkach spoczywała największa i najstarzej wyglądająca księga oprawiona w czarną jak smoła skórę, na której wypalone zostały litery. 
 Dziewczyna pospiesznie przeszła przez pokój i położyła dłonie na księdze. Skóra była przyjemnie ciepła, nagrzała się leżąc cały dzień w słońcu, wpadającym przez okrągły witraż na suficie. Przewróciła okładkę. Spomiędzy stronic coś wypadło i sfrunęło z cichym szelestem na podłogę. Remon schyliła się i zobaczyła, że to złożona fotografia. Podniosła ją i wygładziła w zamyśleniu.
 Zdjęcie przedstawiało trzech młodych chłopców, niewiele starszych od niej. Dosyć szybko zorientowała się, że zrobiono je bardzo dawno, ale nie z powodu koloru, a raczej jego braku, tylko dlatego, że rozpoznała dziadka. Agnar, dwudziestokilkuletni, miał włosy sięgające ramion i trochę bardziej wychudzoną twarz, brakowało wyćwiczonych mięśni na nagich przedramionach. Trzymał prawą dłoń na zwoju papieru.
 Dwaj pozostali mężczyźni wydawali jej się znani, ale nie potrafiła powiedzieć kim byli. Ten po prawej był przystojny, o włosach tak ciemnych, ze niemal czarnych i jasnych oczach. Na lewo od jej dziadka stał chudy chłopak z burzą jasnych loków. Miał długie ręce i niezgrabną sylwetkę, świadczące o tym, że jeszcze rośnie. Podobnie jak Archibald, trzymali swoje dłonie na zrulowanym papierze.
 - To przywódcy trzech frakcji z czasów podpisywania Wielkiego Pokoju.
Remon aż podskoczyła, omal nie upuszczając fotografii. W drzwiach stała Olena i patrzyła na nią z zaciekawieniem.
  Matka Saszy była kobietą szczupłą o prostych, siwych włosach. Teraz miała je zebrane w kok, przebity grafitową szpilką. Na miętowy, bawełniany podkoszulek założyła płowy kombinezon poplamiony wyschniętym już wapnem, a do tego brązowe buty turystyczne.
 - Przepraszam – bąknęła Remon, odkładając zdjęcie na otwartą księgę i cofając się pospiesznie.
 - Nic się nie stało – kobieta przeszła przez pokój i dotknęła fotografii pomarszczoną, pokrytą bliznami dłonią – to w końcu część historii, którą musisz poznać.
 Brunetka podeszła ponownie do rzeźby, jakby zdjęcie przyciągało ją z siłą magnesu.
 - Rozpoznałaś dziadka?
 - Tak… Wygląda… całkiem inaczej.
 - Agnar jest stary i zapewne kojarzysz go właśnie jako siwego staruszka – powiedziała z krzywym uśmiechem. -Ten po lewej to Ivan, mój ojciec, a po prawej Marcus, dziadek Luka
 Remon jeszcze raz przyjrzała się fotografii. Odkryła pewne podobieństwo, łączące jej przyjaciół z mężczyznami na zdjęciu.
  - Co się z nimi stało? – zapytała cicho i niepewnie.
  - Mój ojciec został zabity sześć lat po zrobieniu tego zdjęcia – w jej głosie pobrzmiewały tęsknota i ból. – zabił go Agnar… Nie mógł tego zrobić, bo ograniczał go cyrograf Wielkiego Pokoju, ale krzywoprzysiężono Twój dziadek jest leworęczny, a tu ma wyciągniętą prawą dłoń.

 - Przykro mi… – wyszeptała, patrząc na zdjęcie jak zahipnotyzowana. W jej umyśle nadal toczyły walkę dwa odmienne obrazy dziadka: tek kochający i ten bezwzględny, o którego istnieniu nie miała pojęcia przez bardzo długi okres czasu. – A co się stało z nim? – wskazała palcem na dziadka Luka.

 - Jego historia jest bardziej skomplikowana. Łowcy manipulują światłem, cienie mrokiem, a wampiry po prostu są nieśmiertelne. Srebrne przedmioty z zaklętym pierwiastkiem światła albo mroku, potrafią wprowadzić je w stan odrętwienia. Wyglądają jak martwe, ale nie umierają. Można je z tego wybudzić tylko wtedy, gdy są czystej krwi. Trzeba im podać krew innego wampira. Niektórym nie spodobał się pokój. Cyrograf nie pozwalał im na picie krwi cieni, łowców ani ludzkich dzieci, co bardzo je wzmacniało, ale i uzależniało. Zawarli przymierze z kilkoma łowcami i zaatakowali swojego władcę. Razem z nim zaginął jego syn, synowa i czteroletnia córka, cała najbliższa rodzina Luka. Miał wtedy sześć lat i był tutaj, bawiąc się z moim synem… Nie miałam serca go zostawić – kilka łez spłynęło po jej policzkach.
Remon milczała. Nigdy nie potrafiła pocieszać innych, zaczynając od tego, że zawsze była sama i nikt nie potrzebował od niej takiej pomocy. Kobieta ukradkiem otarła łzy i rozejrzała się wokoło z cichym westchnieniem.

 - To była kiedyś ogromna rezydencja – zmieniła temat. – Po śmierci ojca przebudowano ją na skromny domek i jedynie biblioteka została taka, jaka była na początku – zamyśliła się. – Jest już za późno na kolejną opowieść, powinnaś wypoczywać.

 - Czy mogę je zatrzymać? – spytała wskazując na zdjęcie.

 Po twarzy Oleny przemknął cień wahania.

 - Bierz – odparła krótko.

 Ból w jej głosie powstrzymał brunetkę przed naciskaniem o więcej informacji. Przycisnęła fotografię do piersi, cicho podziękowała i wyszła.

* * *

 Nadal rozmyślała o tym, co powiedziała jej Olena, wchodząc do swojej sypialni. Krzyknęła z zaskoczenia, kiedy zobaczyła Luka rozciągniętego na jej łóżku.

  - O rany – mruknął. – Nie krzycz tak, bo obudzisz cudowne siostrzyczki, które właśnie przed chwilą usnęły.

 - Och przepraszam – warknęła gniewnie. – Co ty tu w ogóle robisz?

 - A uwierzyłabyś, że się stęskniłem?

 - W życiu.

 - Gdzie byłaś? – zapytał z troską w głosie.

 Remon nie była w nastroju na zwierzanie się. Opadła na łóżko i przykryła się kocem.

 - Nie mogłam usnąć.

 Zapanowała cisza. Dziewczyna przyjrzała się dokładniej Lukowi. Był rozchełstany, jakby jeszcze przed chwilą spał.

 - Utulić cię do snu?

 - Mówisz poważnie?

 - Zawsze jestem poważny.

 Przyszło jej do głowy, że z powodu wyczerpania oboje zachowują się trochę nienormalnie. Ale Luke nie wyglądał na zmęczonego. Raczej na smutnego. Remon wyciągnęła się na boku, kładąc głowę na poduszce i kiwnęła głową z przyzwoleniem.

 - Zamknij oczy.

 Posłuchała go bez protestu. Błysk lampki nocnej zatańczył na jej powiekach, jak gasnące gwiazdy na niebie. Poczuła silne ramiona otaczające jej drobne ciało. Cicha i monotonna melodia rozległa się przy jej uchu:
- Już księżyc zgasł, zapadła noc,
sen zmorzył mą laleczkę.
Więc oczka zmruż i zaśnij już,
opowiem ci bajeczkę.
Był sobie król, był sobie paź,
i była też królewna.
Żyli wśród róż, nie znali burz,
rzecz najzupełniej pewna.
Kochał ją król, kochał ją paź,
królewską tę dziewoję.
Królewna też kochała ich,
kochali się we troje.
Okrutny los, tragiczna śmierć,
w udziale im przypadła.
Króla zjadł kot, pazia zjadł pies,
Królewnę myszka zjadła…
 Remon, która leżała nieruchomo i prawie nie oddychała, wyswobodziła się z jego objęć, przekręciła na plecy i otworzyła oczy.

- To okropna kołysanka – powiedziała z oburzeniem.

- Naprawdę? – zapytał Luke w zadumie.

- To kołysanka o śmierci. Powinnam się domyślić, że właśnie coś takiego śpiewa się wampirom na dobranoc…

- Jest jeszcze jedna zwrotka, posłuchaj.
Lecz żeby ci nie było żal,dziecinko ma kochana.
Z cukru był król, z piernika paź,
królewna z marcepana.
 Remon ziewnęła. Mimo, że słowa ją poruszyły, to melodia głosu Luka sprawiła, że ogarnęła ją senność. Luke musnął wierzchem dłoni jej policzek. Remon poczuła, że jej oczy same się zamykają. Miała wrażenie, że jej kości zrobiły się miękkie, a ona sama zaraz się rozpłynie i zniknie. Zapadając w sen pomyślała, że cała ich trójka , wśród swoich frakcji jest jakby królewską rodziną. Próbowała coś powiedzieć, ale sen chwycił ją w sidła i pociągnął w otchłań ciemności.

 Luke się zawahał. Patrzył na śpiącą twarz brunetki, delikatnie głaszcząc ją po policzku. W końcu złożył delikatny pocałunek na jej rozchylonych wargach.

 Rozległo się ciche pukanie. Chłopak zaklną pod nosem. Cicho przekręcił gałkę. To była Natasza. Wykąpana, w krótkiej sukience. Umyte, ciemne włosy zebrane miała w ciasny warkocz. Ręce trzymała za plecami.

 - Braciszku…- zaczęła niepewne.- Mama mówi, że będzie wojna… Kazała dać to Remon – wyciągnęła przed siebie dużą księgę oprawioną w złoty aksamit. – Od jutra zaczynami trening, nauczymy ją walki z cieniami.

 - Dziękuję – wyszeptał smutno. – Ale ty się nie martw. Jesteś najbardziej odpowiedzialna, musisz się zaopiekować siostrami.

 Natasza uśmiechnęła się szeroko i objęła rękoma. Na korytarzu panował taki chłód, że dostała gęsiej skórki.

 - To byłby dramat, gdybym ja też się do ciebie kleiła – stwierdziła po chwili.

 - Wiele ci zawdzięczam, zawsze chowałaś mnie przed tymi potworami – w jego głosie wyraźnie pobrzmiewało rozbawienie.

A Natasza, jak to cień, rozpłynęła się w powietrzu.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

9. Witamy w rodzinie

 Podróż nie należała do najprzyjemniejszych. Przez cały czas Remon była pewna, że każdy samochód, jaki się za nimi zatrzymuje, jest wozem pełnym łowców, albo, że za chwilę pojawią się przed nimi znikąd i wszystko zakończy się zderzeniem.
 - Mała, odpręż się – polecił z chytrym uśmiechem Aleksander. – Jedziemy prościutko na Syberię, do mojego domu. Tam nie ma wstępu żaden łowca.
 - Nie chcę się czepiać, ale chyba ja też jestem łowcą – skomentowała cierpko.
 Dziewczyna oparła policzek o chłodną szybę. Uspokoiła oddech. Zaschło jej w gardle, a w głowie dudniło. Zastanawiała się, czy ma to jakiś związek z Zitronem. Metaliczna woń samochodu wywoływała u niej senność. Spojrzała na siedzącego obok Luka. Światło zachodzącego słońca rzucało ciepłe przebłyski na jego twarz. W innych okolicznościach uznałaby to za piękne, ale coś było nie tak. Brunet wyglądał na półprzytomnego. Miał zamknięte oczy, ciężko oddychał, a z rozchylonych ust wystawały końcówki wydłużonych kłów.
 - Luke? Dobrze się czujesz? – zapytała z troską, przysuwając się bliżej.
 - Nie radzę – powiedział Sasza. – Jest wyczerpany i potrzebuje krwi, więc nie radzę się zbliżać. Jak przypuszczam, mocno nadużył wpływ i telekinezę, żeby cię tu sprowadzić.
 - Luke – szepnęła zaskoczona.
 Chłopak z trudem otworzył oczy i uśmiechnął się blado, jeszcze bardziej ukazując zęby. Remon aż otworzyła buzię z zaskoczenia. Jego tęczówki straciły złoty blask. Stały się bordowe, niemal świeciły czerwienią.
 - Śpij – rozkazał władczym tonem.
 Powieki nagle zrobiły się jeszcze cięższe. Świat Remon pogrążył się w ciemnościach. W ciemnościach, wśród których połyskiwał szmaragdowy blask. Stanęła na wprost potężnego smoka.
  - Nie ładnie tak – zauważył kwaśno Sasza. – Używanie wpływu w twoim stanie? Masz szczęście, że ona była bardziej zmęczona niż wyglądała.
 - Nie komentuj. Muszę zapolować – skrzywił się mimowolnie. – Za pół godziny na tej stacji.
 Mijali właśnie znak informujący o możliwości zatankowania samochodu i zjedzenia czegoś. Aleksander tylko westchnął cicho i nim zdążył cokolwiek powiedzieć, jego przyjaciel wyskoczył przez okno.
 Luke tropił jakiegoś dilera. Dzisiaj nie miał tyle sił co zwykle. A choć trzymał się w cieniu, mężczyzna był czujny i niespokojny. Zdążył wyciągnąć pistolet. Rany po kulach nie mogły zabić wampira, ale skutecznie przeszkadzały w życiu.
 Brunet rzucił kamieniem o ścianę budynku przed sobą. Kiedy diler rozejrzał się niespokojnie na boki, żeby ustalić źródło hałasu, Luke rzucił się na niego. Powalił go na ziemię i wbił zęby w tętnicę, zanim przerażony facet zaczął krzyczeć.
 Krew, która wypełniła mu usta, miała paskudny posmak, była zanieczyszczona narkotykami i chorobą. Luke połykał ją łapczywie, przytrzymując wyrywającą się ofiarę. Wiedział, że może zabić tego człowieka, że może się nie pohamować, ale nic go to nie obchodziło. Liczyło się tylko zaspokojenie głodu. Jego ciało odzyskiwało siły. Pożywiał się szybko, pił do woli. Niemal pozbawił dilera krwi, ale nadal czuł głód. Wiedział jednak, że kolejne łowy tej nocy, to zbyt wielkie ryzyko, a i tak marnują cenny czas na postój. Lepiej było zaczekać, aż ta porcja krwi zadziała, niż dać się złapać w sidła łowców, przez własne łakomstwo.
 Nawet nie silił się na ukrycie ciała. Zostawił je pomiędzy obskurnymi budynkami i wrócił do samochodu, cały ubrudzony krwią.
 - Jedziemy? – zapytał Sasza, krzywiąc się nieznacznie na widok przyjaciela.
 - Im szybciej dojedziemy, tym lepiej – odparł Luke, usadawiając się wygodnie na tylnym siedzeniu obok śpiącej Remon.
* * *
 Brunetka obudziła się w nieznanym pokoju. Znowu. Zaczęła to traktować jako coś oczywistego, gdzie nie pójdzie spać, obudzi się w nowym miejscu. Tym razem nie było żadnego paraliżu – jedyny plus.
Za oknem panowała ciemność. Remon przeciągnęła się leniwie i poczuła ucisk w żołądku. Dziwnym trafem odszukała i zapaliła lampkę zalewając pokój ciemnożółtym światłem. Po jej przyjaciołach nie było nawet śladu. Nic nie wskazywało, dokąd poszli, ani nie sugerowało, że odeszli na dobre. Ale chwila, coś było. Mała karteczka położona na poduszce, zapisana zgrabnymi literami:
 Jak się obudzisz, zejdź na dół
Aleksander.
 W pośpiechu zerwała się z łóżka i wyszła z pokoju. Znalazła schody, powoli, stopień po stopniu schodziła nieufnie ku nieznanemu. Bała się, choć sama nie wiedziała czemu. Przypuszczała, że jest już w domu Saszy, ale niczego nie była pewna.
 Kiedy jednak zeszła po schodach, zobaczyła Luka, siedzącego na kanapie w towarzystwie dwóch identycznych dziewczyn. Obydwie, brązowowłose panny przytulały się do bruneta, łasząc się o uwagę. A chłopak tylko jadł biały chleb, pokrojony na maleńkie kawałki i maczany w gęstym miodzie, nadającym mu wygląd płynnego bursztynu.
 Remon stanęła jak wryta na schodach, wstrząśnięta absurdalnością tej zwyczajnej na pozór sytuacji.
 - Nie wiem, jak możesz to jeść – skrzywiła się kobieta, która właśnie weszła do pokoju razem z Aleksandrem. – Słodkie jak diabli.
 - Wyśmienite. – Luke uśmiechnął się od ucha do ucha i oblizał palce, co wywołało głośne, rozmarzone westchnięcia szatynek obok niego.
 W końcu Remon zebrała w sobie całą odwagę i zeszła kilka schodków niżej. Aleksander i, jak zgadywała, jego matka zwrócili się w jej kierunku. Luke także na nią spojrzał, ale jego złote oczy nic jej nie mówiły.
 - Cześć – powiedział głosem ciepłym i ciągnącym się jak miód, którym się raczył.
 - Wyglądasz jak pół dupy zza krzaka, mała – oceniła kobieta z siwymi włosami, niedbale spiętymi w kok.
 Za to Sasza zjawił się natychmiast przy niej, podając ramię.
 - Pozwól, że ci przedstawię moją rodzinę. – Podprowadził ją bliżej towarzystwa. – Moja najdroższa matula, Olena Bielikowa i moje trzy siostry: Mariszka, Nadia – odwrócił się i wskazał ręką na parapet – oraz Natasza.
 Przy oknie siedziała jedna z – jak się okazało- trojaczek.  Zupełnie ignorowała otoczenie, zajmując się czytaniem książki. Gdy jednak usłyszała swoje imię, wychyliła się nieznacznie w stronę zamieszania, kiwnęła Remon głową i powróciła do czytania opasłej księgi.
 Zapadłą cisza zakłócana jedynie odgłosami dochodzącymi z telewizora. Jak gdyby nigdy nic, Olena uciekła do innego pomieszczenia, ciągnąc ze sobą swojego syna. Remon spoglądała to na Luka, to na siostry. Zauważyła, że były identycznie ubrane w granatowe bluzki i czarne szorty. Natomiast Luke miał na sobie białą koszulkę i szare, dresowe spodnie.
 Westchnął ciężko, zepchną z kolan jedną dziewczynę i wstał.
 - No cóż Remon… Musimy porozmawiać.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS