Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poświęcenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poświęcenie. Pokaż wszystkie posty

Widzieć twoimi oczami [cz.1]

Myślałam, że się popłaczę. Całą niedzielę spędziłam na pisaniu tego opowiadania, a wczoraj rano wstałam, a ono zniknęło. Na szczęście jakąś połowę udało mi się zachować :3 dedykuję mojej przyjaciółce za to, że po prostu jest :D Dziękuję Nudelku, a was zapraszam do czytania...
__________________________________________

Usłyszał ciche kroki na korytarzu, zanim ktoś otworzył skrzypiące drzwi. Zorientował się, że do pokoju weszły dwie osoby, jedna z nich była mu doskonale znana, pan Hacer, główny kierownik ośrodka stawiał wyjątkowo pewne i głośne kroki, natomiast tych cichych i delikatnych w swojej ostrożności nie poznawał, były mu całkiem obce.
- Alek, to jest Lena, wolontariuszka, która będzie się od dzisiaj tobą zajmować - rzekł mężczyzna o niesamowicie głębokiej barwie głosu. Nabrał w płuca ze świstem powietrza i przeczesał dłonią krótkie blond włosy. - Muszę zostawić was samych, poznajcie się.
Kolejny odgłos jego kroków rozległ się ze strony drzwi, powoli cichnąc z każdą sekundą. Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, wyrażając zdenerwowanie i niepewność. Odgarnęła niedbale grzywkę z oczu, ale on przecież nie mógł tego zobaczyć. Odwrócił się w końcu od okna i skierował swoją twarz o pustym spojrzeniu w stronę nieznajomej. Uśmiechnął się ciepło, a na jego policzkach pokazały się dwa słodkie dołeczki. Jego niezbyt długie jasne, niemal białe włosy opadały na czoło i zakrywały prawie całkowicie jedno z oczu.
- Lena? - szepnął cicho, z wyraźną nutą ciepła w głosie. - Jesteś tutaj?
- Jestem - odparła. Jej głos był delikatny, na myśl przywodził śpiew małego skowronka, sprawiał, że ludzie chcieli jej ufać.
- Mogłabyś do mnie podejść?
Nie odpowiadając, dziewczyna ruszyła z miejsca i stanęła na wprost swojego nowego podopiecznego. Chwyciła jego wymachujące na wszystkie strony ręce i cicho się zaśmiała. Niezrażony niczym Alek, przesunął dłońmi wzdłuż jej ciała i niespiesznie zaczął badać każdy element jej twarzy. Buzię miała okrągłą i niebywale miękką. Szczupłymi palcami wyczuł, że uśmiecha się przyjaźnie, a przy tym marszczy mały nosek. Wsunął rękę w jej włosy i przeczesał je do samego końca, tuż za ramionami. Westchnął cicho, odsuwając się nieznacznie i oparł się o zimną taflę szkła.
- Jakiego koloru masz włosy? - zapytał.
- Są ciemnobrązowe - odpowiedziała mu, nadal lekko wystraszonym głosem.
- Ile masz lat? - zadał kolejne pytanie, w ten sposób najłatwiej mógł ją poznać.
- Siedemnaście, a ty?
- Dziewiętnaście - zamyślił się i ponownie odwrócił się w stronę ogrodu za oknem. - Opowiedz mi, co tam jest, proszę - szepnął cicho.
Lena powiodła spojrzeniem na zielony skrawek przyrody. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów by opisać wygląd wszystkich wspaniałych kwiatów, wyrazić radość z jaką latają ptaki czy po prostu powiedzieć, jak pięknie woda z fontanny odbija światło, rzucając wokół świetlne refleksy.
- Jest tam ogród - zaczęła - cały zielony. Wszędzie rosną kwiaty o tak wielu barwach i kształtach, że trudno je wszystkie opisać. Po kamiennej ścieżce spacerują niewidomi ze swoimi opiekunami, a na środku tego wszystkiego stoi ogromna fontanna. Kąpią się w niej ptaki, rozchlapując wszędzie wodę.
Gdy skończyła mówić, czuła się jakby wyrwana z transu. Zamrugała kilka razy i spojrzała na Aleka. Aż podskoczyła ze strachu. Chłopak siedział z otwartą buzią, a jego puste i chłodne spojrzenie skierowane było wprost na nią.
Ludzie często nie zdawali sobie sprawy z jego niepełnosprawności i traktowali jak zarozumiałego, pozbawionego uczuć nastolatka. Było mu wtedy bardzo przykro i za każdym razem tracił cząstkę swojej wiary w dobroć. Ale bywały również momenty takie jak te, kiedy ktoś z własnej woli chciał mu pomóc, żeby choć na trochę zapomniał o swoich ograniczeniach. Tylko jak miał zapomnieć o tym, że w wieku piętnastu lat całe jego dotychczasowe życie legło w gruzach? Zawsze był optymistycznie nastawionym do życia chłopcem, zawsze starał się pomagać innym. Niespodziewanie, cały jego świat, pełen jasnych barw, rozmaitych kształtów i radości z życia, zatonął w przerażającym mroku, który nie chciał wypuścić go ze swoich obleśnych macek.
- Pięknie opowiadasz - wyszeptał i zamknął otwartą z podziwu buzię.
Zapanowała między nimi cisza tak nieznośna, że Lenie chciało się krzyczeć. Chciała wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, byle tylko przerwać złowrogie milczenie. W końcu to Alek się zaśmiał.
- Co cię bawi? - zapytała lekko się uśmiechając.
- Po prostu cieszę się, że będziesz mnie odwiedzała i wyobraziłem sobie, ile fajnych rzeczy można razem robić.
Lena zawtórowała mu śmiechem. Rzeczywiście już zdążyła polubić tego na pozór wesołego chłopaka. Jej wewnętrzne przeczucie podpowiadało, że tak naprawdę blondyn wcale nie jest taki szczęśliwy na jakiego wygląda. Mieli jednak dużo czasu, żeby poznać się lepiej.
- Wiesz, Alek, na dzisiaj to tyle, muszę wracać - westchnęła. - Przyjdę jutro, dobrze?
Wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił, posmutniał. Zeskoczył z gracją kota z parapetu, jakby przez całe życie nie robił nic innego, najzupełniej w świecie podszedł do nowej koleżanki i zdając się na intuicję przytulił zdezorientowaną wolontariuszkę.
- Obiecujesz, że wrócisz? - zapytał z taką ufnością w głosie, że nie miała odwagi, by odmówić.
- Obiecuję - szepnęła, odwzajemniając uścisk.
Delikatnie odsunęła chłopaka od siebie i rzucając mu przepraszający uśmiech, którego nie mógł zobaczyć, wyszła. Głuche trzaśnięcie drzwiami i nastała cisza. Przez chwilę wsłuchiwał się w powoli odchodzące kroki, a gdy w końcu przestał cokolwiek słyszeć, westchnął cicho i powrócił na swoje ulubione miejsce - parapet pod oknem.
Bardzo się ucieszył na wiadomość o nowej wolontariuszce, która miała się nim zająć. Teoretycznie, przez cztery lata nauczył się samodzielności, ale jedną z najgorszych rzeczy, jakie przeszkadzały mu w ośrodku, była ta przerażająca samotność. Był najmłodszy, a starsi ludzie, najczęściej ślepotę otrzymali z wiekiem. Nikogo nie obchodził jakiś młody chłopak, który zupełnie przez przypadek stracił jeden z najważniejszych środków odkrywania świata, na zawsze pogrążając się w ciemności.
Poczuł się niezwykle senny, zmęczony całym dniem. Należało się udać do łazienki. Dziesięć kroków, cicho westchnął. Stanął przed drzwiami i wyuczonym ruchem złapał za klamkę. Kolejny krok, pod stopami wyczuł chłodne kafelki. Zamknął się od środka i powoli zaczął rozbierać. Odkręcił wodę, w prawo ciepła, w lewo zimna. Układ pomieszczenia znał na pamięć, poruszał się w nim pewnie i bez zbędnej ostrożności. W końcu zanurzył ciało w strugach letniej wody i aż zamruczał z przyjemności. Nalał na dłoń jedyny żel, jaki stał na półce i rozkoszując się jego delikatnym waniliowym zapachem, wcierał go w ciało. Nawet się nie zorientował, kiedy zaczęło mu się robić zimno, zbyt długo przebywał w wodzie. Niechętnie wyszedł i zaczął się wycierać. Owinął miękki ręcznik wokół bioder i stanął przed lustrem.
Starał się przypomnieć sobie swoją twarz. Opuszkiem palca przesunął po wypukłości nosa, zbadał owal własnych ust, wykrzywionych w grymasie. W wyobraźni widział siebie takiego, jakim był cztery lata temu. Wiecznie uśmiechnięty słodki blondynek, który zawsze roztaczał wokół aurę ciepła i szczęścia, pomagał staruszkom nieść zakupy, karmił wróble chlebem, czy po prostu asystował młodszym kolegom w odrabianiu lekcji. Kiedyś uwielbiał czytać książki. Pochłaniał je, często przesiadując do późna pod kocem z latarką w ręku. Przestało mu to sprawiać przyjemność, gdy zamiast widzieć czarny tekst na białej kartce, musiał nauczyć się rozumieć kolejność wypukłych kropek. To nie było to samo uczucie.
Dlatego, całym jego światem stała się muzyka. Wybłagał u kierownika odtwarzacz i słuchawki. Z pomocą starszej siostry zgrał na niego wszystkie piosenki, jakie tylko znał i w wolnych chwilach - a miał ich bardzo dużo - siadał na swoim parapecie i po prostu słuchał.
Wysuszony i ubrany, zanurzył się w odmętach ciepłej, puchowej kołderki i ziewnął przeciągle. Sen delikatnie chwytał go w objęcia i spokojnie kołysał, szepcąc ciepłe słowa, mogące swoim brzmieniem przynieść najpiękniejsze marzenia. Poddał się temu błogiemu uczuciu, myśląc o nowo poznanej Lenie i zastanawiając się, dlaczego zdecydowała się na bezinteresowną pomoc ludziom takim, jak on sam.
Następny dzień od samego ran spędził w szkole. Zajęcia niesamowicie mu się dłużyły, nie mógł się doczekać ponownego spotkania z Leną. Przyjaciół jako takich w placówce dla niewidomych nie miał, każda z uczęszczających tam osób, albo była już w kręgu małej grupki innych, albo w ogóle nie chciała się zaprzyjaźniać.
Stał od kilku minut przy ogrodzeniu, czekając na kierownika ośrodka, który miał po niego przyjechać. Mimo, że nie miał trudności z poruszaniem się ze swoją białą laską, to jednak bał się sam jeździć autobusem.
Z każdą chwilą był coraz bardziej zirytowany. Ileż można czekać?
Nagle poczuł na ramieniu nieśmiały dotyk. Zdziwił się lekko, pan Hacer by go po prostu zawołał.
- Cześć Alek - szepnął, a właściwie szepnęła właścicielka dłoni.
- Lena? - zdziwił się. Była ostatnią osobą, której się tam spodziewał. - Co ty tu robisz?
- Dzisiaj to ja cię odbieram ze szkoły - odparła, śmiejąc się perliście. - Kierownik dzwonił i mówił, że coś mu wypadło i poprosił mnie, żebym cię przyprowadziła z powrotem do ośrodka.
Nie potrzebując większych wyjaśnień, chłopak chwycił ją za rękę po czym z uśmiechem rzucił:
- Prowadź, moja kochana wolontariuszko.
Zarumieniła się na jego słowa i po raz pierwszy cieszyła się, ze chłopak nie może tego zobaczyć. Chwilę później dała sobie mentalnego kopniaka za takie myślenie i starając się opanować, pociągnęła nowego podopiecznego w stronę budynku.
Alek z trudem ukrywał uśmieszek satysfakcji. Według niego Lena była bardzo nieśmiała i był niemal pewien, że czuje się zawstydzona sytuacją, w jakiej ją postawił. Szli przez miasto, trzymając się za ręce, jak zakochana para.
W pewnej chwili dziewczyna gwałtownie się zatrzymała, powodując, że blondyn na nią wpadł, omal nie przewracając obydwojga.
- Co się stało? - zapytał zdezorientowany.
W odpowiedzi Lena obeszła go i zakryła mu od tyłu oczy. Miała z tym mały problem, bo Alek był sporo wyższy, ale stanęła na palcach i udało jej się to.
- Nie wygłupiaj się, przecież i tak nic nie widzę - warknął zirytowany.
- Nie prawda. Udawaj, że widzisz, a ja ci to utrudniam - szepnęła wprost do jego ucha. - Wiesz gdzie jesteśmy? - zapytała, a on tylko pokręcił przecząco głową. - Przed nami stoi przepiękny pomnik. Jest to bardzo duży człowiek na ogromnym koniu. Ubrany jest w piękny mundur, na głowie ma czapkę z piórami. Jest naprawdę piękny, wygląda jak żywy, tylko z czasem z braku ruchu skamieniał i stał się marmurem...
W głowie chłopaka coś się zmieniło. Nigdy wcześniej nie patrzył na wszystko z tej perspektywy. Czucie ciepłych palców na powiekach, naprawdę sprawiło, że czuł się tak, jakby świat wokół był po prostu zasłonięty i bez większej trudności, mógłby ponownie wszystko zobaczyć. Ten drobny gest obudził w nim coś na kształt nadziei, wygasłej dawno temu.
Gdy w końcu Lena zabrała swoje dłonie i złapała go za rękę, szepnął tak ciche słowa podziękowania, że był pewien, iż go nie usłyszała. Cóż, dziewczyna jednak miała bardzo dobrze rozwinięty słuch.
- Nie ma za co - odparła, uścisnęła jego dłoń i pociągnęła w bliżej nieokreślonym kierunku, zapewne prowadzącym do ośrodka.
- Jesteśmy - oznajmiła Lena, kiedy dotarli pod bramę miejsca, w którym aktualnie przebywał Alek.
- Dziękuję - odparł i posłał jej ciepły uśmiech. - Wejdziesz?
- Jasne.

Przeszli do pokoju blondyna, a gdy tylko przekroczyli próg, rzucił swój plecak na podłogę nie zważając na późniejszą możliwość potknięcia się o niego. Lena tylko pokręciła z rozbawieniem głową i skierowała się za przyjacielem w stronę kuchni. Zauważyła, jak pewnie stawia kroki w porównaniu do wahań podczas ich spaceru. Obserwowała go, gdy całkiem wprawnie robił kanapkę, korzystając z pokrojonych już produktów, a kiedy usiadł przy stole i zaczął jeść, stanęła koło niego.

- Alek, jak.. - zawahała się - jak straciłeś wzrok?

Jego kanapka zatrzymała się w połowie drogi do buzi. Spojrzał na nią tym swoim nic niewidzącym wzrokiem, a po chwili spuścił głowę. To pytanie było bardzo bolesne, otworzyło całkiem niedawno zasklepioną ranę na jego duszy. Po raz kolejny, na samo wspomnienie, miał ochotę płakać jak małe dziecko.

- To było głupie - odparł. - Byłem naiwnym dzieckiem, zawsze robiłem tom co kazali mi inni. Była impreza, miałem tylko piętnaście lat. Koledzy coś pili, a ja nie chciałem być gorszy. Tylko, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ci moi niby-przyjaciele okażą się tacy... dali mi kieliszek z alkoholem. Wypiłem. Co prawda nie cały, bo tuż po zamoczeniu ust poczułem się dziwnie. To był czysty metanol. Lekarze z trudem mnie odratowali, a za swoją głupotę przepłaciłem wzrokiem.

Gdy tylko ujrzała w jego oczach łzy, niewiele myśląc, przytuliła chłopaka.

Nie chciał płakać. Starał się jak tylko mógł. Przez cztery długie lata nie wspominał przy nikim tego incydentu. Pomimo upływu czasu ból, jaki towarzyszył zdradzie pozornych przyjaciół, nie chciał zniknąć. Nie było już niczego, co potrafiłoby wywołać w nim takie emocje. Bezwiednie wtulił się w ramiona Leny. Szukał w nich pocieszenia, ale i zrozumienia.

- Lena - wyszeptał przez płacz. - Proszę pozwól mi... pozwól mi widzieć twoimi oczami.
Wybierz naklejkę lub emotikona

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

11. Przeklęty Prorok i Śmiertelny Wiatr

 -Cienie są szybkie, musisz wyczuć je na podstawie balansu światła.
 Luke stał się nauczycielem. Jego przyjaciółka stała na środku ogromnej piwnicy, trzymając w dłoniach długi kij. Miała za zadanie złapać Aleksandra. Było to trudne, ponieważ chłopak znikał co chwilę i pojawiał się z różnych stron.
 Pusto, pusto, pusto…
 - Wyczuj cień w świetle – powtórzył Luke.
 Pusto, pusto, pusto…
 Remon starała się skupić. Ciągle jednak miała dziwne przeczucie, że poprzedniego dnia zasnęła w nieodpowiednim momencie i nie dawało jej to spokoju. Z cichym westchnieniem zamknęła oczy.
Pusto, pusto, pusto…
Znajoma fala ciepła rozlała się po jej umyśle. Wydawało jej się nawet, że usłyszała głos, oferujący pomoc.
Pusto, pusto, pusto…
Nagle pod zamkniętymi powiekami błysnęła jasność. Pulsowała nienaturalną bielą, raziła czuły wzrok. Zawierała czystą esencję obecnego na świecie światła.
Pusto, pusto… Jest!
Tuż przed nią pojawił się zbitek ciemności, powoli przybierający ludzki kształt. Zaatakowała. Momentalnie doskoczyła do miejsca, w którym, chwilę później, pojawił się Sasza. Zamachnęła kijem, otwierając oczy.
- Mam cię – wysyczała, obezwładniając przyjaciela.
- Bardzo dobrze – skomentował Luke, klaszcząc. – Ale…
Nagle podłoga znalazła się zdecydowanie zbyt blisko jej twarzy. Poczuła lekki ból pomiędzy łopatkami. Ktoś ją popchnął.
- Ale nie trać czujności, cienie nigdy nie są same – dokończyła za Luka Natasza.
To właśnie ona przewróciła Remon, pojawiając się z nikąd. Uśmiechnęła się szeroko, pomagając Remon wstać.
***
Olena stała obok Remon w starej szopie. Na ścianach wisiały skóry jeleni, dzików, niedźwiedzi i lisów. Liczne szafki skrywały w sobie rozmaitej wielkości i kształtu słoiki, wypełnione różnorakimi proszkami, płynami, maziami i innymi bliżej nie określonymi substancjami. Pod sufitem wisiały suszone zioła, liście i kwiaty, a na parapecie małego okna suszyły się cząstki owoców.
- Jesteś silna i sprytna, ale to nie wystarczy – westchnęła siwowłosa kobieta. – Musisz nauczyć się sztuki skrytobójstwa i ja ci w tym pomogę – rzekła uśmiechając się szeroko. Podała brunetce niebieski słoik. – Powąchaj
W pojemniku znajdował się biały proszek, który przypominał cukier, ale pachniał jak palisander. Olena wskazała dwa talerze z kawałkami upieczonego mięsa i kazała dziewczynie wybrać ten, który został posypany trucizną. Remon zaczęła wąchać jak pies tropiący zwierzynę.
- Ten… – Z lewej porcji wydobywał się delikatny zapach palisandru.
- Dobrze. Ta trucizna nazywa się tisgus i jej szczypta uśmierca w przeciągu godziny. Do jej sporządzenia potrzebujesz liści palisandru, soli, cukru i wody. Liście mogą być zarówno świerze jak i suszone. Musisz zagotowac je do białości w osolonej wodzie, odcedzić i zasypać cukrem i zetrzeć w moździerzu.
Reszta dnia upłynęła Remon na wąchaniu trucizn, analizowaniu ich składu, jak i sposobów przyrządzenia. Olena przerwała wykład dopiero wtedy, gdy brunetkę rozbolała głowa, a świat zawirował jej przed oczami.
***
Dziewczyna usiadła w swoim łóżku. Przed nią leżały trzy srebrne kołki, każdy na osobnej poduszce. Remon drżącymi dłońmi otworzyła starą księgę, przyniesioną przez Nataszę. Pożółkłe kartki wydawały się niezwykle kruche, gdzieniegdzie zdobiły je ciemne plamy, a ręcznie zapisane litery nieznacznie wyblakły. Była to księga, w której zostały opisane wszelkie sposoby manipulacji światłem. Na pierwszej stronie zapisany został Święta Przysięga Łowców.
 1. Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego, niewzruszonego        ducha.
 2. Będziemy dążyć do całkowitego poznania nauki światła, aby kiedyś nasze ciała i zmysły stały się doskonałe.
 3. Z głębokim zapałem będziemy kultywować ducha samo wyrzeczenia się.
 4. Będziemy spoglądać w światłość ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.
 5. Będziemy wierni naszym ideałom i nigdy nie zapomnimy o cnocie pokory.
  6. Zachowamy czystość krwi, nie pozwalając zbrukać jej mrokiem.
 7. Odpowiednio przygotujemy świat, ażeby stał się godnym miejscem na przyjście Świętego Szmaragdowego Smoka.
Remon w pierwszej chwili po przeczytaniu tego stwierdziła, że łowcy mają nierówno pod sufitem. Po ponownym przeanalizowaniu tekstu pomyślała dokładanie to samo, a za trzecim razem tylko utwierdziła się w tym przekonaniu. Nieustraszenie brnęła dalej poprzez kręte zawijasy pisma przewracającego się teraz w grobie pisarza. Kolejna kartka traktowała o źródłach światłości.
Z tego, co zrozumiała brunetka wynikało, że cały świat otulony jest przeplatającymi się wiązkami światła, jak wielkim płaszczem, z którego każdy łowca może wyciągać pojedyncze nitki. Należy to robić ostrożnie, by nie zrobić dziury, która pozbawiłaby źródła mocy każdego, kto znajdowałby się pod nią.
- Jak ci idzie? – zapytał Sasza, wślizgując się przez otwarte okno.
- Beznadziejnie. Nic z tego nie rozumiem… – rozpaczała dziewczyna.
Aleksander usiadł obok niej, przeciągając się ze znudzeniem.
- Wiesz jakie to uczucie formować światło? – zapytał. – Ciarki przechodzą. Zamknij oczy i wyobraź sobie tkaninę ze światła, ale taką, w której potrafisz rozróżnić pojedyncze nitki i wyciągnij jedną.
Remon zamknęła oczy i doznała takiego samego uczucia jak na treningu. Tym razem wysiliła wzrok i odszukała ciasny splot cieniutkich żyłek. Myślami przywołała jedną z nich i zamknęła w dłoni. Po chwili w zdumieniu spojrzała na rudzielca.
- To takie samo uczucie, jakie się ma, gdy ręka zdrętwieje, a potem wraca do życia. Tak jak powiedziałeś: ciarki przechodzą. Jakby się dostawało serię słabiutkich elektrowstrząsów. Trochę boli. ale skąd wiedziałeś?
- Na tej samej zasadzie wykorzystuję mrok. Przerzucaj je z jednej ręki do drugiej. Wtedy poczujesz surowe światło, czekające, aż nadasz mu kształt, jakiego zapragniesz.
Remon skinęła głową, głaszcząc energię, jakby trzymała w ręku pęk pokrzyw, pozwalając części przeciec przez palce. Pamiętała to uczucie: jakby coś skręcało się w żołądku albo kuło w wargi. Zwykle był to zwiastun jakiegoś dziwnego wydarzenia.
- A teraz powiedz, w jaki sposób wyhodowałaś to światło? Co takiego zrobiłaś?
Dziewczyna pokręciła lekko głową.
- Nie wiem… Po prostu zobaczyłam tkaninę w głowie i wyobraziłam sobie, że wyciągam jedną nitkę i zamykam ją w dłoni.
- Zobaczyłaś ją. To najprostsze – zaśmiał się. – Teraz musisz nauczyć się ją słyszeć, czuć, smakować. Dopiero wtedy ta nitka się urzeczywistni. Ale ostrożnie, żebyś nie zrobiła dziury. – Sasza mrugnął porozumiewawczo.
Remon skinęła głową.
- Ze światła możesz wytworzyć iluzję. Cały proces składa się z dwóch etapów: koncentracji i uwolnienia. Ciężko jest zrozumieć to ostatnie. – Aleksander zamilkł na moment. po czym ciągnął: – Musisz się najpierw skupić na tym, co zamierzasz zrobić, a następnie uwolnić światło i zaufać, że wykona zadanie. A teraz zamknij oczy i wyobraźsobie, że nitka z twojej dłoni otacza twój palec w postaci pierścienia. Dodaj szczegóły: materiał obrączki, oczko, jego kolor, stopień przejrzystości, światłocień… Otóż to. Dokładnie tak.
Brunetka gwałtownie otworzyła oczy czując chłód metalu.
Istotnie na jej palcu tkwił pierścień, dokładnie taki, jaki sobie wyobraziła: ze srebną obrączką uformowaną w kształt dziewczyny, ze lśniącym szmaragdem w otwartych ustach. Obejrzała go pod światło. Wydawał się absolutnie prawdziwy.
- A jak można to zniszczyć?
- Wyobraź sobie pajęczynę światła i rozerwij ją dłonią.
Remon pozwoliła światłu wirować wokół siebie. Miała wrażenie, że zajmuje się tym od dzieciństwa.
- Co z kołkami? – zapytała. Wzięła do ręki jeden i przyjrzała mu się dokładnie. – Jak się zaklina w nich światło?
- Tego niestety nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Próbuj, może ci się jakoś uda… A teraz wybacz, obiecałem mamie pomoc przy robieniu kolacji.
Zwyczaje cieni zaczynały ją denerwować. Pojawiały się szybko i znikały jeszcze szybciej. Żeby o tym nie myśleć spróbowała zaklinania kołków. Wzięła jeden do ręki i skupiła się.
Przez trzy następne godziny nie zrobiła żadnych postępów.
***
Po całym dniu ciężkiej pracy Remon była tak zmęczona, że nawet dwie kawy nie były w stanie przywrócić jej chęci do życia.
Gdy jednak wkroczyła do kuchni, ujrzała coś, co nawet w niej wzbudziło ciekawość. Mieli gościa.
- Remon, ten pan chce się z tobą widzieć – oznajmiła Olena.
Spojrzała na mężczyznę. Przeraził ją widok szarej peleryny, która automatycznie skojarzyła jej się z łowcami. Mimowolnie napięła mięśnie.
- Tak? – zapytała nieśmiało.
- Remon – odezwał się zdecydowany głos spod kaptura – wiedz, że przebyłem długą drogę i naraziłem się na wiele niebezpieczeństw, by dotrzeć dzisiaj do ciebie. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
- Kim pan jest?
- Mam wiele imion – odparła zakapturzona postać. – Nazywają mnie Przeklętym Prorokiem i Śmiertelnym Wiatrem, jestem mistrzem klanu wyklętych łowców.
Z tymi słowy nieznajomy zrzucił kaptur, ukazując łysą głowę i szczupłą twarz o wyrazistych rysach oraz rozwichrzoną siwą brodę. Uwagę jednak najbardziej przykuwały jego oczy. Jak na starca mężczyzna miał jaskrawe, czerwone oczy o wyjątkowo głębokim wejrzeniu.
- Nazywam się Demren Archibald i jestem, bratem twojego dziadka.
Nastąpiło długie milczenie, po czym mężczyzna zaczął mówić pełnym dramatyzmu głosem:
- Przyszedłem, by odpowiednio cię przygotować na wyzwolenie, które. nastąpi w przeciągu trzech księżyców.
- Nie znam pana, a tym bardziej panu nie ufam – odparła Remon z uporem.
- Mów mi na ty – rzekł, uśmiechając się ciepło. – Nie dziwię ci się. Sam bym sobie nie zaufał, ale nie masz wyjścia. Jeżeli nie będziesz odpowiednio przygotowana, w dniu twoich urodzin Zitron po prostu cię zniszczy… – dziewczyna chciała mu przerwać, ale nie pozwolił jej na to, kontynuując wypowiedź – ponadto potrafię zaklinać kołki.
Perspektywa była dość kusząca. Jednak w przypadku Remon nawet chęć nauczenia się zaklinania kołków nie okazała się silniejsza niż nieufność wobec Demrena.
- Nadal odmawiam współpracy – powiedziała brunetka.
Mężczyzna znowu westchnął. postanowił przyjąć in ą taktykę.
- Remon – powiedział. – Wiesz dlaczego twoja matka zginęła?

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

7. Czy ja oszalałam?

 Gdy tylko impreza integracyjna się skończyła, Luke wrócił do domu i pobiegł w stronę biblioteczki. Drżącymi dłońmi przerzucał kartki wielkiej, oprawionej w skórę książki. Jego złote oczy szybko przesuwały się po papierze, szukając czegoś. Był naprawdę roztrzęsiony.
 - To gdzieś musi być – syknął sam do siebie.
 Aleksander pojawił się znikąd, jak to zwykle robił i usiadł na brzegu łóżka. Przez dłuższą chwilę przypatrywał się Lukowi z rozbawieniem. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył, co Luke tak nerwowo kartkuje.
 - Do czego ci potrzebne „ Dzieje Ras”? – zapytał, podchodząc bliżej przyjaciela.
 - Kojarzysz tą przepowiednię? Wiesz, o Zitronie i Gorudo. – Zmrużył oczy, przyglądając się wyraźnie na wpół wyblakłym literom – Jest, patrz.
 (…) Pan zapowiedział w gniewie, że gdy narodzi się ostatnia istota światła, zaklęty zostanie w niej święty szmaragdowy smok, nazywany Zitronem i zniszczy wszystko, co powstało z mroku i światła. Gdy Lucyfer dowiedział się o Jego planach, sprawił, że kiedy nadejdzie ten czas, przeklęty złoty smok o imieniu Gorudo wstąpi na duszę bliską istocie światła. Odpowiedzialność złożona na barki ostatniej jest wielka, albowiem od tego, czy zdoła poświęcić duszę tak bliską jej własnej, zależeć będzie los wielu.
 - Nie myślisz chyba, że…
 - Tak, mam co do tego pewność, że ona jest ostatnią z łowców. Sprawdziłem jej dane w kartotece szkolnej. Jej prawnym opiekunem jest… – zawiesił się na chwilę, nieświadomie budując jeszcze większe napięcie. – Agnar Archibald.
 - Ten Archibald? Przywódca klanu łowców?!
 - Tak… Remon jest teraz w wielkim niebezpieczeństwie. Zgodnie z rytuałem, mamy 4 miesiące, żeby znaleźć wyjście z tej sytuacji… – zaklął cicho pod nosem. – Przecież oni nawet teraz może być poddawana ich „sposobom” na przygotowanie jej do dzierżenia potęgi tego smoka.
 Sasza spojrzał na Luka. Jego twarz pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu. Jego oczy były zimne i nieobecne. Widział zbyt wiele okrucieństwa w życiu, wiedział, że wszystko może się zdarzyć. Widział na własne oczy, jakich sztuczek używają łowcy, by osiągnąć zamierzony cel. Nie zawahają się przed niczym. Wiedział to, ale nawet nie zdawał sobie sprawy, jak blisko był prawdy.
 * * *
 - Dzień dobry, Remon – następnego dnia rano powitał dziewczynę podstarzały mężczyzna.
 - Dzień dobry, dziadku – odparła z wahaniem i spojrzała za plecy mistrza. – Co to za furgonetka?
 - Chodź ze mną i zerknij. – Zaczął wycofywać się do furtki, przywołując niecierpliwie wnuczkę. – No dalej. Nie stój tam, tylko chodź.
 Brunetka spojrzała na ścieżkę, a potem na swoje stopy. Miała na nich zielone skarpetki – jedna w różowe groszki, a druga w niebieskie. Ścieżka była dość kamienista.
 - Poczekaj, pobiegnę założyć buty – zawołała za dziadkiem.
 - Nie ma takiej potrzeby, to tylko na chwilę – zapewnił. – W furgonetce jest coś, co muszę ci pokazać.
 - Skoro tak… – odrzekła, z ociąganiem schodząc na ścieżkę.
 Czuła pod stopami szorstki i zimny żwir. Małymi kroczkami dreptała za dziadkiem, który gestami pokazywał jej, aby się pospieszyła. Krzywiąc się, zwiększyła tempo, aż stanęła przy szarej furgonetce zaparkowanej przed furtką. Mężczyzna otworzył tylne drzwi i wskazał ręką wnętrze pojazdu.
 - To jest z tyłu, wskakuj i obejrzyj sobie.
 - Z tyłu furgonetki?  – spytała z lekką obawą.
 - O co chodzi? Nie ufasz mi? – zawołał zirytowany starzec i przyglądał jej się z pytającym wzrokiem.
 Remon nie była pewna, co ma na to odpowiedzieć. Dziadek nigdy się tak nie zachowywał, zawsze był spokojny i opanowany, a z twarzy nie schodził mu chytry uśmieszek. Tym razem był naprawdę czymś podniecony. Emocje zawładnęły nim na tyle, że nie był w stanie tego ukryć. Co jak co, ale był również jedyną osobą, która się nią opiekowała.
 - Okej, już idę – zgodziła się ostatecznie i na czworaka wpełzła do wnętrza furgonetki. Było tam ciemno i śmierdziało stęchlizną.  – Czego tak właściwie mam szukać?
 -Musisz przesunąć się jeszcze kawałek do przodu – odparł Agnar.
 Remon posłuchała go i starała się dojrzeć cokolwiek. W końcu spostrzegła zwinięty w kącie sznur, jakieś stare buty, i butelkę, w której – jak przypuściła – był olej.
Drzwi nagle trzasnęły z hukiem i dziewczyna pogrążyła się w całkowitych ciemnościach. Instynktownie wróciła na czworaka tam, skąd przybyła. Po omacku szukała klamki, a gdy w końcu ją znalazła, drzwi okazały się zamknięte.
 - Dziadku, wypuść mnie! – krzyknęła.
 W ostatnim czasie stała się strachliwa, ale nie teraz. Niby nic takiego wcześniej się nie wydarzyło, ale mistrz często wystawiał ją na próbę. Opanowała swój strach przed ciemnością. Naprawdę podczas tej imprezy integracyjnej nabawiła się małej traumy. Uśmiechnęła się pod nosem, na wspomnienie Luka i Aleksandra.
 Zaburczał silnik, a znajome uczucie kołysania i łomot blachy podpowiedziały brunetce, że samochód ruszył. Usłyszała jeszcze ciche syczenie, a potem zapadła się w błogiej nieświadomości.
 * * *
 - W czym mogę pomóc? – Zapytał jeden ze strażników, stojących przy bramie. Przed nim stało dwóch nastolatków, uważnie mierzył ich wzrokiem. – Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale przychodzenie tutaj, jest jak samobójstwo. Macie szczęście, że mistrza nie ma, a ja mam zakaz dokonywania nieautoryzowanych zabójstw.
 - Spokojnie kolego – uśmiechnął się szeroko Sasza. – My tylko po Remon.
 - Panienki nie ma w tej chwili. – Tonem głosu oświadczył, że to koniec rozmowy.
 - A gdzie jest? – dopytywał się Luke. – To naprawdę ważne.
 - Pojechała gdzieś z mistrzem… – zamyślił się, jakby chcąc dodać coś jeszcze – A teraz znikajcie, to miejsce jest tak przesiąknięte światłem, że naprawdę nie polecam wam wchodzić. Przynajmniej nie tobie – zwrócił się bezpośrednio do Aleksandra.
  Luke zaklął pod nosem. Obydwaj odeszli stamtąd w milczeniu. Sprawy nabrały nieciekawy obrót. Niechętnie, ale musieli przyznać, że strażnik miał rację. Był łowcą, ale dziwnie miłym. Zachowywał się jakby wcale nie miał nic przeciwko istotom mroku, a jednak zbyt bał się czegoś, by otwarcie to przyznać. Co się z tym światem dzieje?
 * * *
 Gdy tylko Remon odzyskała przytomność, stwierdziła ze zrezygnowaniem, że nie może się ruszyć. Żadną ręką, nogą, głową, czy choćby jednym palcem. Nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Poza tym mdliło ją okropnie, a w głowie szumiało. Nie potrafiła sobie przypomnieć, co się stało. I wtedy coś znowu poruszyło się w jej głowie, jakby próbując się uwolnić. Ból eksplodował w jej głowie, ale nie mogła nawet otworzyć ust.
 Minęło kilka chwil, nim z wielkim trudem uniosła powieki. Od razu je zamknęła, nie miała siły, były za ciężkie… Jeszcze raz otworzyła oczy i jej nieco zamglony wzrok padł na prawą dłoń, leżącą tuż przy głowie. Tak, to przecież musi być jej ręka, ale dlaczego nie jest posłuszna? Poza tym czuła ją. To nie mógł być całkowity paraliż, który sprawia, że znikają wszystkie odczucia. Ona czuła swoje ciało. Czuła, że leży na czymś miękkim i to w niezbyt wygodnej pozycji, bo z głową dość ostro przechyloną na bok.
 Uderzyło ją uczucie déjà vu. Już kiedyś obudziła się w nieznanym miejscu, z częściowym paraliżem i okropnym bólem głowy. Nawet była w stanie to zaakceptować, gdyby nie fakt, że powoli, wraz z czuciem wracała jej pamięć. Przypomniała sobie, dlaczego tu jest, ale nie miała pojęcia, po co.
 Coś trzasnęło za jej plecami. Po odgłosie stwierdziła, że były to drzwi. No cóż, gość w dom, Bóg w dom.
 - Widzę, że się obudziłaś, Remon. - Ten głos należał do jej dziadka. – Naprawdę mi przykro, ale czas najwyższy, byś przyjęła swoje dziedzictwo. Jesteś jedną z nas, ostatnią istotą światła. Ofiarą dla Zitrona.
 Z jego ostatnimi słowami to coś w głowie niespokojnie się poruszyło, powodując nasilenie bólu. Zaskomlała cicho, niezdolna do wykonania jakiejkolwiek innej czynności. I wtedy po jej umyśle przeszła fala mocy, coś jakby tam pękło i rozlało się po wnętrzu dziewczyny. Ból osłabł, a w jej myślach pojawił się ktoś obcy. I ten ktoś przemówił dostojnym i poważnym głosem:
   Witaj

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Poświęcenie [cz.2 ost.]

 Nadeszło w końcu święto Ateny, bogini mądrości. Wielu odetchnęło z ulgą. Większość niewolników wciąż pracowała ciężko przy karczowaniu lasu. Trudzili się nie tylko po to, by zrobić miejsce pod namioty, które trzeba będzie wznieść, lecz także by uzyskać otwartą przestrzeń dla gier i zawodów, jakie miały się odbyć. Podczas tego typu świąt zawsze urządzano konkursy w rozmaitych dziedzinach sportu i Ateny nie mogły być wyjątkiem.
 W całym mieście panowała wielka cisza. Wszyscy zajęli się sobą. Każdy chciał wystroić się najlepiej jak potrafił. Mężczyźni korzystali z łaźni. Wylewali wodę na mocno rozgrzane kamienie. Para działała orzeźwiająco i wzmacniająco. Oliwnymi gałązkami chłostali muskularne ciała, raz po raz wybuchając śmiechem.
 Po kąpieli z wrzaskiem biegli do ujścia rzeki i chłodzili się tam świeżą, zimną wodą. Wracając, wyśmiewali się nawzajem ze swoich pokurczonych z zimna członków, a złośliwe uwagi ponownie wywoływały salwy śmiechu. Kobiety i dzieci z piskiem uciekały na boki.
 Gospodynie napełniały drewniane misy wodą. Czesały sobie nawzajem włosy i wkładały najpiękniejsze ozdoby. Prześcigały się w upinaniu pięknych fryzur.
 Nie wszędzie jednak było tak wesoło.
 Zoe została oddana pod opiekę driad, które przygotowały ją do ceremonii składania ofiary. Dały jej do picia ambrozję, przyniosły wielką balię z gorącą wodą, a po kąpieli natarły jej ciało różanymi olejkami. Suknia, jaką dostarczyły, była cała złota. Na stopach zapięły jej sandałki z brązowymi rzemykami, a na koniec wpięły jej we włosy opaskę z dwoma sowimi piórami - symbolem mądrości.
 Do ręki dostała sztylet wykuty w kuźni Hefajstosa. Jego rękojeść wykonana była z kości słoniowej, oraz wysadzana drogocennymi kamieniami, a ostrze lśniło metalicznym blaskiem. Piękne narzędzie do zadania szybkiej śmierci.
 Ostatecznie została sama ze swoimi myślami, które krążyły wokół Krisa. Wspominała każdą wspólną chwilę, każdy jego uśmiech, każde słowo. Pozwoliła płynąć, długo powstrzymywanym łzom. Miały zabrać od niej pustkę i cierpienie samotności. Zdążyła pokochać chłopaka, jak swojego najlepszego przyjaciela, a nawet i bardziej. Nieświadomie przesunęła palcem po ustach, zatracając się we wspomnieniu pocałunku. Nie zdążyła mu nawet za wszystko podziękować...

***

 Wielka sala była przygotowana. Wszyscy bogowie i boginie zgromadzili się w niej, oczekując ofiary, upamiętniającej narodziny jednej z nich - Ateny. Na środku umieszczony został kamienny ołtarz, przyozdobiony gałązkami oliwek. Nadszedł czas, by kapłanka dowiedziała się o tożsamości ofiary.
 Zoe weszła powoli do pomieszczenia i uklęknęła przed bogami. Czekała w milczeniu.
 - Przyprowadzić - rozkazała krótko bogini mądrości.
 Przez ogromne drzwi wkroczył młody mężczyzna. Serce białowłosej na chwilę stanęło gdy rozpoznała w nim Krisa.
 On także ją poznał i uśmiechnął się blado. Trzy driady w białych tunikach podprowadziły go do ołtarza i przykuły do niego.
 - Przeprowadź rytuał, kapłanko - rzekła Atena.
 Zoe na drżących nogach wstała i kurczowo trzymając dłoń na rękojeści ostrza podeszła do chłopaka. Spojrzała w jego cudowne oczy i ku jego przerażeniu padła na kolana.
 - Dam wszystko za jego uwolnienie - szepnęła tak cicho, że Kris był pewien, iż usłyszeli ją tylko ci, którzy znajdowali się najbliżej. Patrzyła w dól. Trudno było powiedzieć czy na podłogę, czy na pantofel bogini.
 Szczery ton jej głosu przeraził Krisa. To nie było bezpieczne. Czyżby dziewczyna sądziła, że ma wobec niego jakiś dług? Czy też uważała, że musi to zrobić, ponieważ uratował jej życie?
 Atena wstała i dotknęła palcami białych włosów kapłanki. Mówiła równie cicho, ale jej oczy błyszczały niemal zwierzęcym podnieceniem. Spoglądała gdzieś w dal, jakby szukając natchnienia.
 - Czyż nie służysz mi już całą sobą? Czyżby pozostało w tobie coś, co nie należy jeszcze do mnie?
 Zoe podniosła wzrok i spojrzała prosto w błękitne oczy bogini. Kris chciał krzyczeć, ostrzec ją, ale nie dał rady wydobyć z siebie żadnego odgłosu.
 - Być może mogłabym ofiarować siebie zamiast niego.
 Atena uniosła lekko kąciki ust, ale nie sprawiała wrażenia rozbawionej.
 - Raczej nie - powiedziała. - Twoje życie już i tak jest moje.
 - Musi jednak istnieć coś, co mogę ci dać - upierała się Zoe.
 Bogini przytknęła wskazujący palec do swych karminowych ust i postukała lekko.
 - Nie.
 Jedno słowo zniszczyło całą nadzieję, kryjącą się w sercu dziewczyny. Wiedziałam, pomyślała i zagryzła wargę, by powstrzymać histeryczny szloch wzbierający w jej gardle. Nie dość, że Kris się nią zaopiekował, to jeszcze ona miałaby go zabić. Całe ciało wyrażało protest. Nie mogła tego zrobić i nie chciała okazać słabości.
 Wstała z klęczek i odsunęła się od ołtarza. Spojrzała w oczy chłopaka, szukając pocieszenia, czy chociażby wsparcia, a odnalazła jedynie zdziwienie. Prychnęła w duchu i zwróciła twarz ku bogom. Tylko Afrodyta wydawała się być przejęta nieszczęściem, które zabiło miłość, zanim na dobre się narodziła. Największym zdziwieniem okazała się obecność trzech sióstr. Mojry trzymały tkaninę życia Krisa. Najstarsza z nich miała nożyce.
 - Nie zrobię tego - wypowiedziała, najspokojniej, jak tylko potrafiła. - Nie skrzywdzę człowieka, któremu zawdzięczam życie.
 - Naiwna - zaśmiała się Atena. - Ty nie masz wyboru. Kapłanka musi być posłuszna bogom.
 W jednej chwili Zoe straciła władzę nad ciałem. Mogła tylko panicznie poruszać oczami, szukając wyjaśnień. Na przekór sobie zrobiła krok do przodu. Bez jej zgody, ręka podniosła się do góry. Palce mocniej zacisnęły się na rękojeści sztyletu.
  A ona mogła tylko płakać. Dusza została uwięziona w ciele. Słone łzy wylewały się ze zwierciadeł i spływały po policzkach. Wiedziała, co się stanie. Panicznie próbowała zrobić cokolwiek, by tylko odzyskać kontrolę. Prosiła w duchu... nie, ona błagała, żeby to wszystko, to był tylko zły sen. Chciała się obudzić w miejscu, które mogła nazwać domem. Chciała zobaczyć zmartwioną, pełną troski twarz Krisa, próbującego ją pocieszyć najprostszymi z możliwych słów.
 Rzeczywistość była jednak nieugięta. Chłopak leżał przed nią, skazany na śmierć, by zadowolić bogów. Jego twarz była smutna. Tak bardzo brakowało na niej codziennego uśmiechu, ale sam Kris był spokojny. Pogodził się ze swoim losem. Spojrzał w oczy swojej ukochanej.
 - Kocham cię - wyszeptał.
 A ręka Zoe z przerażającą prędkością opadła i wbiła sztylet prosto w tętniące życiem serce. Krew była wszędzie. Poplamiła złotą suknię, białą tunikę, srebrną podłogę i oliwne gałązki przy ołtarzu. Dziewczyna odzyskała nad sobą kontrolę.
 Ale jej duszy tam nie było.
 Upadła, głucho uderzając w posadzkę. Ciało stało się tylko pustą puszką, niezdolną do życia. Wewnątrz serca Zoe coś pękło. Paliło ją żywym ogniem. Ogromy fragment został wyrwany w momencie, kiedy serce Krisa przestało bić. Jej dusza pękła i rozkruszyła się na miliony małych fragmentów, zupełnie jak szkło pod naporem zbyt wysokiego ciśnienia. Życie przestało się dla niej liczyć. Chciała umrzeć. Stała przed majestatem bóstw wyżęta jak ścierka, była zwykłą, bezbronną i nieświadomą otaczającego świata młodą dziewczyną, którą potraktowano w najokrutniejszy z możliwych sposobów. Mogła tylko krzyczeć i płakać. Ostatkiem świadomości zobaczyła jak Mojra przecina delikatny materiał i świat pogrążył się w ciemności.

 ***

 Wiele rzeczy się zmieniło. Od tamtej chwili, która odcisnęła swój ślad na życiu Zoe, dziewczyna stała się zupełnie kimś innym. Zrozumiała, że kapłanki nie mogą mieć bliskich, że Ares specjalnie wdał się z nią w konflikt, żeby trafiła na Ziemię. Każdy kolejny rozkaz bogini wypełniała bez mrugnięcia okiem. Zabijała. Po dawnej Zoe nie pozostał ślad. Ale w głębi serca, w ukryciu przed wszystkimi, kryła niekończącą się żałobę. Zbyt późno zrozumiała, że także kochała Krisa. Była to jedyna pewna rzecz, bo miłość była tym czym była i na zawsze pozostaje niezmieniona.
 Ich była martwa.
  Wiele rzeczy mogłoby się potoczyć inaczej chociaż... życie każdego ma swój własny wzór, który trwa i trwać będzie dopóki trzy siostry przędą tkaninę istnienia.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Poświęcenie [cz.1]

W wasze łapki oddaję właśnie pierwszy rozdział mojego opowiadania ^^ mam nadzieję, że wam się spodoba, jak już przeczytacie to zostawcie ślad - miło by było :)
_______________________________

 Ból był nie do zniesienia. Z rozszarpanych ran powoli sączyła się ciemna posoka. Boskie błogosławieństwo nie mogło działać. Umierała.
 Każda część jej ciała krzyczała wrzaskiem cierpienia. Piękną niegdyś skórę zbeszcześciły rozcięcia, a wszystko pokryła krew.
 Ostatnie światła gwiazd rozbłysły jej przed oczami, tylko po to, by za chwilę zniknąć, zasłonione omdlałymi powiekami. Nastała ciemność.
 Chwila stała się wiecznością. Przesuwające się w nieskończoność obrazy rodzinnego miasta nie pozwalały na spokojny odpoczynek. Na nowo przeżywała swoje krótkie życie. Wciąż powtarzał się każdy moment jej istnienia; od narodzin aż do chwili obecnej.
 Nastała tylko namiastka ciszy i na powrót pojawiły się obrazy. Tym razem bardzo dokładnie widziała ludzkie twarze. Jej matka stała razem z ojcem i dwoma młodszymi siostrami. Patrzyli na nią zawiedzeni, jakby chcieli ją skarcić za to, że umierała. Zachowała się tak haniebnie. Sam ten wzrok zadawał większy ból niż rany na ciele.
 Zbyt szybko się to skończyło. Zbyt mało czasu dostała na pozorną reprymendę od bliskich. Przecież i tak ich opuściła dla wyższego dobra.
 Przyszła kolej na bogów. Stali wszyscy jak jeden mąż i patrzyli bez wyrazu. Milczeli.
 Na przód wysunęły się trzy siostry - Mojry. Z rozbawieniem szarpały delikatną tkaninę, która przedstawiała jej życie. Najstarsza odrzuciła nożyce i z uśmiechem pokręciła głową. Na koniec Zeus chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo cały obraz zaczął się rozmywać, a ona się obudziła.

***

 Białowłosa dziewczyna leżała na wąskim łóżku pod ścianą. Całe jej ciało pokrywały bandaże. Wyglądała jak lalka z porcelany. Poruszyła się niespokojnie i powoli rozwarła sklejone powieki. Poczuła łaskotanie na twarzy. Czyjeś włosy. Usiadła gwałtownie i uderzyła głową w coś twardego.
 - Au! Uderzyłaś mnie!
 Głos zdecydowanie należał do mężczyzny. Syknęła cicho z bólu, przemieszczając się bliżej ściany.
 - Kim jesteś? - zapytała, wystraszona jak dzikie zwierzę.
 Młodzieniec urodą dorównywał bogom. Szlachetną twarz o pociągłych rysach otaczała kaskada ciemnych, długich do ramion włosów. Największą uwagę zwracały oczy. Okolone gęstymi rzęsami, były intensywnie niebieskie, niemal fioletowe, ze srebrzystymi promykami, podobne do migoczących gwiazd. Cała jego sylwetka wskazywała na to, że był wysportowany. Lniana koszula bez rękawów ukazywała dobrze umięśnione przedramiona i bicepsy.
 Wyprostował się i posłał dziewczynie ciepłe spojrzenie.
 - Jestem Kris - przedstawił się. - Dwa dni temu znalazłem cię nieprzytomną na skraju łąki, więc cię tu przyniosłem i opatrzyłem twoje rany. Mogłabyś mnie w zamian uraczyć swoją historią? - zapytał, stale się uśmiechając.
 Dziewczyna wyraźnie się rozluźniła. Odgarnęła niesforne włosy za ucho i nadal niepewnie mu odpowiedziała:
 - Jestem Zoe. - W jej czarnych jak smoła oczach odbijało się pomarańczowe światło zachodzącego słońca. Rozejrzała się po pokoju i westchnęła cicho. - Od pierwszego dnia boedromionu* jestem kapłanką Ateny. Sprzeciwiłam się bogowi wojny i ja... - Jej oczy zaszkliły się, jakby zaraz miała się rozpłakać. - Ja zostałam wyrzucona z Olimpu do czasu mojej pierwszej ceremonii.
 Kilka łez utorowało sobie drogę przez jej policzki. Kris tylko się uśmiechnął i otarł je wierzchem dłoni.
 Spojrzała na niego zaskoczona. W tych oczach zauważyła coś, co sprawiło, że poczuła się dziwnie zdezorientowana, jakby zapadała się, zanurzała, zatracała w tym spojrzeniu.
 - Oh, Zoe - szepnął. - Serce by mi skamieniało, gdybym ci nie pomógł. Zostań tu proszę tak długo, jak tylko będziesz musiała.
 Zamrugała i pokręciła głową, żeby odzyskać jasność umysłu. Chłopak mówił pięknie, jego głos był łagodny, melodyjny, wprawiający w trans. Kiedy na nią patrzył, nie mogła się nie zgodzić z jego słowami. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa i troski. Czuła się przy nim dziwnie spokojna.
 Propozycja wydała się Zoe niezwykle miła, jednak było w niej także coś niepokojącego. Nie znała Krisa i mimo, że była kapłanką, bała się mieszkać z nim sama. Postanowiła jednak podjąć ryzyko.

***

 Czas powoli mijał. Rany na ciele Zoe się zabliźniły, a skóra nabrała koloru. Często przebywała w ogrodzie, gdzie pielęgnowała kwiaty. Zmienił się także jej pogląd na świat. Odkryła, że ludzie potrafią bezinteresownie pomagać, być mili i uprzejmi, a decyzje bogów, które kiedyś uważała za niekwestionowaną świętość, stały się egoistycznymi kaprysami. Nie mogła zrozumieć, dlaczego bogini Demeter, z winy Hadesa, zmusza cały świat do cierpienia, niekiedy niszcząc cały ludzki dobytek, dlaczego bogowie żądają ofiar z niewinnych ludzi, a bóg wojny sieje zamęt i nieporozumienie, doprowadzając do konfliktów zbrojnych. Pomimo tego wszystkiego, nadal pamiętała o obietnicy złożonej Atenie. Wiedziała, że już nigdy nie będzie mogła zmienić swojego przeznaczenia, że już zawsze będzie musiała jej służyć, bez względu na to, co rozkaże.

***

Słońce zachodziło powoli, zsuwając się coraz niżej na nieboskłonie, aż zniknęło, pochłonięte przez morze. Niebo zapłonęło czerwienią i pomarańczą, jego błękit wyparła barwa krwi.
 Ogród powoli się zmieniał. Słychać było coraz to głośniejsze brzęczenie owadów i cichnące śpiewy ptaków. Część kwiatów zamykała swoje kielichy, szykując się do snu, a inne dopiero się budziły, by swoim pięknem adorować noc.
 Pośród tego wszystkiego siedziała samotnie Zoe. Plotła wianek z pnączy winogron, wtykając pomiędzy nie pojedyncze kwiaty stokrotek.
 Cały spokój przerwały natarczywe szmery, jakby naraz zerwały się do lotu tysiące trzmieli, a jednocześnie w powietrze wzbiło się kilka małych ptaków.
 Tak obwieścił swoje przybycie boski posłaniec - Hermes.
 - Kapłanko, nadszedł czas Panatenaji**, najwyższa pora, abyś powróciła na górę bogów - rzekł głosem bez wyrazu.
 Skinęła mu głową, uśmiechając się smutno. To był koniec. Koniec pracy w ogrodzie. Koniec wspólnych posiłków. Koniec życia wśród ludzi. Koniec przyjaźni z Krisem.
 - Czy mogę... - zaczęła nieśmiało, wiedząc, że nie powinna pytać. - Czy mogę się z nim pożegnać?
 Pozwolił jej.
 Pobiegła jak najszybciej mogła do domu. Znalazła przyjaciela siedzącego przy oknie. Wszystko widział i wiedział po co przyszła. Odwrócił się do niej przodem. Patrzyli na siebie i milczeli. Słowa były zbędne, sama obecność drugiej osoby była wystarczająca.
 A potem Zoe wzięła się w garść i go przytuliła.
 Uwieszona u jego szyi, zaczęła cicho szlochać. Kris delikatnie głaskał ją po głowie i plecach, cicho nucąc spokojną melodię.
 - Nie płacz, Zoe. Musisz być silna. Daj mi powód do dumy.
 Na dźwięk jego słów jeszcze głośniej zapłakała.
 - Kris, ja... ja nie chcę...
 Zanim zdążyła dokończyć, przywarł ustami do jej ust. Musnął je delikatnie, jakby to był dotyk skrzydeł motyla. Krótki pocałunek wyrażał w sobie wszystkie uczucia. Obawę. Strach. Smutek.
 Gwałtowne szarpnięcie wyrwało ją z chwilowego szczęścia. Przeniosła się na Olimp, niesiona przez skrzydła wiatru.

Koniec części pierwszej. C. D. N.
_______________________
Boedromion* - jeden z miesięcy w starożytnej Grecji, odpowiadający obecnemu marcowi.
Panatenaje**-święto upamiętniające narodziny bogini Ateny, obchodzone w starożytnych Atenach w miesiącu hekatombaion.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS