Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutne. Pokaż wszystkie posty

Widzieć twoimi oczami [cz. 2]

 Druga część wyszła mi taka... smutna? Nawet nie wiem, jak ją określić. Najlepiej przeczytajcie :) zapraszam!
__________________________

 Lena stała się częścią jego życia. Każdego dnia zjawiała się w ośrodku i spędzała wolne chwile w towarzystwie Aleka. Nie tylko chłopak ją polubił, ale również każdy pracownik, podopieczny czy nawet sam główny kierownik. Cenili jej chęć niesienia pomocy, cokolwiek by nie robiła, gdy tylko ktoś jej potrzebował, potrafiła rzucić swoje dotychczasowe zajęcie i coś przynieść, zrobić, popilnować.

 W oczach Aleka była aniołem. Zawsze radośnie nastawiona do złowrogiego świata, zarażała optymizmem nawet największych gburów. Często zastanawiał się dlaczego taka osoba, jak Lena, zamiast bawić się na dyskotekach, spędza swój czas wśród niewidomych. Uwielbiał wszelkiego rodzaju opowiadania dziewczyny, czy to zwykłe opisy miejsc, w których przebywali, czy piękne, tworzone wyobraźnią historie. Potrafiła swoim głosem rozbudzać nadzieję, siać grozę, a przede wszystkim wywoływać uśmiech.

 Któregoś dnia zapytała blondyna, czy chciałby móc widzieć i ją zobaczyć. Bardzo się zdziwiła, gdyż odpowiedź była przecząca. Chłopak wytłumaczył się wtedy faktem, że w jego głowie powstał już jej obraz, że oczami wyobraźni widzi swoją własną interpretację jej twarzy. Bał się, że gdy tylko odzyska wzrok i w jego świecie na powrót zagoszczą kolory, rzeczywistość nie będzie tak idealna, jak sobie myślał.

 Nie wiadomo kiedy zaczęło się lato, a z latem wakacje. Lena przychodziła do ośrodka wcześnie rano, a wychodziła późnym wieczorem, czasem nawet wcale. Nie miała trudności z przenocowaniem w pokoju Aleka, kierownik zgodził się niemal od razu, podkreślając, że powinni być cicho, na co dziewczyna zaczerwieniła się, przybierając odcień dojrzałego pomidora. Właśnie podczas takich nocy leżeli obok siebie, trzymając się za ręce i rozmawiając.

 Zaczął się nowy, bardzo słoneczny dzień. Ciepłe promienie delikatnie pobudzały skórę do życia, ptaki przekrzykiwały się w śpiewnej bitwie, a kwiaty pachniały z intensywnością niespotykaną w mieście.

 Alek cicho pomrukiwał z przyjemności, siedząc na drewnianym tarasie i słuchając pięknych dla ucha dźwięków. Świat był całkiem inny niż ten, który znał z dzieciństwa. Zapachy stały się lepiej wyczuwalne, muzyka dokładniej słyszalna, smaki łatwiejsze do rozróżniania, jedynie barwy zniknęły, ustępując miejsca ciemności.

 Doskonale słyszał, że ktoś do niego podchodzi. Bardzo dobrze znał ten sposób stawiania kroków. Były delikatnie i subtelne, ale za razem pewne i pełne gracji, zupełnie jak u kota. Zbliżały się dość szybko, powodując lekkie skrzypienie podłogi. Uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, co go czeka. Zawsze przychodziła zaraz po śniadaniu, znajdując go na tarasie. Ich zwyczajem stało się przytulanie na powitanie, więc nawet nie drgnął, kiedy jej drobne ręce otoczyły go z dwóch stron, lekko pociągając do tyłu.

 - Lenka, byłaś kiedyś tancerką? - zapytał zamiast standardowych słów powitania.

 - Tobie też dzień dobry - odparła wesoło. - Zdarzało mi się tańczyć w balecie, a czemu pytasz?

 - Zastanawiałem się nad twoim sposobem chodzenia i tak jakoś pomyślałem o tańcu. Czemu już tego nie robisz?

 Nie odpowiedziała mu. W ciszy usiadła obok i westchnęła cicho. To był czas na tę rozmowę, która zawierać będzie powód, dzięki któremu się poznali. Chcąc dodać sobie odwagi, złapała za dłoń przyjaciela i delikatnie uścisnęła.

 - Rok temu miałam dość poważny wypadek - zaczęła swoją odpowiedź z widocznym trudem. Bolało ją to tak samo, jak jego wspomnienie o utracie wzroku. - Oblałam się wrzątkiem, poparzone miałam całe plecy, lewe ramię i całą rękę. Pozostała mi po tym brzydka blizna i nie chcę już pokazywać się na scenie - wyznała. - Nie bez powodu wybrałam pracę wolontariuszki właśnie w tym ośrodku. Ludzie się ze mnie śmiali, wytykali palcami... było mi przykro, a tutaj... tutaj na wszystko patrzy się sercem. Moim priorytetem stało się niesienie pomocy tym, którzy nie potrafią oceniać ze względu na wygląd...

 - Przepraszam - wyszeptał Alek, przysuwając dziewczynę do siebie.

 - Nie przepraszaj za niewiedzę - odpowiedziała mu swoim ciepłym głosem.

 Chłopak z ciekawością złapał ją za lewą dłoń i korzystając z chwilowego elementu zaskoczenia, przesunął palcami w stronę ramienia. Natrafił na drobną nierówność -  początek blizny, szpecącej delikatną skórę. Obrysował cały kształt dookoła ręki i wyczuł, że dziewczyna zadrżała.

 - Mój biedny aniołek - szepnął czule. - Masz rację, ja nie mogę podziwiać twojej twarzy, ale potrafię lubić cię za to jaka jesteś. Masz wielkie serce i to w tobie cenię, więc nie chowaj się w cieniu i wyjdź czasem do ludzi, pokaż, że mimo przeciwności potrafisz walczyć i zwyciężyć.

 Jej głowa z cichym westchnięciem opadła na jego ramię. Zapanowała cisza, przerywana jedynie zwariowaną pieśnią ogrodowych ptaków.

 Atmosfera była zbyt poważna w mniemaniu blondyna, więc postanowił zrobić jedną, bardzo lubianą przez siebie rzecz. Zaczął łaskotać, niczego niespodziewającą się Lenę. Dziewczyna pisnęła histerycznie, próbując uciec od tych przyjemnych tortur, w efekcie czego przeturlała się na bok, mając w oczach łzy śmiechu. Wszystko było by dobrze, gdyby w ślad za nią nie poszedł Alek. Niemal przygniótł dziewczynę swoim ciałem i zaczął się śmiać. Wiele im nie było trzeba. Takie chwile, kiedy nie wiedzieli czy śmiać się, czy płakać, były najcenniejszymi w ich dotychczasowym życiu.

 - Kiedyś, zatańczysz dla mnie.

 Resztę dnia spędzili na tym co zwykle. Zajadali się pysznymi truskawkowymi lodami, razem przygotowywali obiad, śmiejąc się przy tym cały czas. Wieczorem zrobili sobie spacer po dużym ogrodzie przy ośrodku. Lena snuła swoje opowieści o każdym mijanym kwiecie. Często zatrzymywali się i dziewczyna kierowała dłoń przyjaciela na delikatne części roślin, opisując bardzo dokładnie, czego dotyka, tak by w połączeniu ze zmysłem dotyku, mógł odtworzyć w myślach obraz.

 Gdy wrócili do pokoju Aleka, czekała ich bardzo przyjemna niespodzianka. W odwiedziny do chłopaka przyjechała starsza siostra.

 - No braciszku, ile można na ciebie czekać? - zapytała z pretensjami, widząc sylwetkę blondyna.

 Na początku chłopak osłupiał. Minęło sporo czasu od jej ostatniej wizyty, co spowodowane było koniecznością ciężkiej pracy, by w końcu mogła zabrać swojego brata do domu i zapewnić mu odpowiednie warunki do funkcjonowania. Nie miał jej za złe tak rzadkich odwiedzin, a nawet był bardzo wdzięczny za to, jak się stara. Zaczął powoli zapominać jaki ma głos, nic więc dziwnego, że na początku nie mógł go zidentyfikować.

 - Jenna? - zapytał, doznawszy nagłego olśnienia.

 - No, a kto inny? Chodź się przywitać z siostrą. Ale urosłeś.

 Nie czekając, podeszła do niego i przytuliła mocno do swojej piersi. Lena przyjrzała się jej bardzo dokładnie. Była kobietą nie najmniejszych rozmiarów, fryzura nie budziła żadnych zastrzeżeń. Blond włosy nieco ciemniejsze niż te Aleka upięte były w wysoki kok na czubku głowy. Jaskrawo zieloną bluzkę na ramiączkach tonowały czarne krótkie spodenki, co uwieńczały delikatne klapki z ciemnych rzemyków.

 - A to twoja dziewczyna? - zapytała, wskazując na Lenę, kiedy już wypuściła brata ze swoich objęć.

 - Jenna, to jest Lena, moja przyjaciółka i nie, nie jest moją dziewczyną - odparł jej, przedstawiając wolontariuszkę.

 - Miło mi - szepnęła nieśmiało dziewczyna, kłaniając się lekko. Alek był pewien, że się zarumieniła.

 Niespodziewanie kobieta podeszła do niej i mocno uścisnęła, niemal miażdżąc wszystkie jej żebra.

 - Przez sam fakt, że Alek cię lubi, jesteś dla mnie jak rodzina - zaśmiała się, wypuszczając drobną dziewczynę.

 - No tak, zapomniałem cię ostrzec, że moja siostra jest bardzo... otwartym człowiekiem - rzucił wesoło blondyn, z szerokim uśmiechem.

 - Zacznijmy od tego, że zapomniałeś wspomnieć, że masz siostrę.

 Cała trójka śmiała się głośno jeszcze przez jakiś czas. W końcu rozległ się dzwonek, oznajmiający porę kolacji i Alek z przyzwyczajenia złapał Lenę za rękę, a ona niemal machinalnie pociągnęła go w stronę kuchni. Jenna rzuciła dziewczynie znaczące spojrzenie, na co ta zarumieniła się jak wiśnia i bez słowa przeszła do pomieszczenia, w którym zdążyli się już zgromadzić inni wolontariusze ze swoimi podopiecznymi.

 - Moja kochana siostrzyczko, a co się stało, że przyjechałaś mnie odwiedzić? - zapytał w którymś momencie Alek.

 - No tak, zapomniałabym. Właściwie od dzisiaj możesz już ze mną mieszkać. Dom jest  wyremontowany, wszystko gotowe.

 Nie ucieszył się. Przez cały czas, kiedy przebywał w ośrodku, marzył o tym, żeby siostra go stąd zabrała. Chciał poczuć, że komuś na nim zależy, ma własny dom i kochającą rodzinę, więc dlaczego czuł, że serce mu pęka?

 - Jenna... nie spodziewałem się. Rozmawiałaś z kierownikiem? - zapytał przybitym głosem. Siostra nie zwróciła na to uwagi, ale Lena tak. Złapała jego rękę pod stołem i uścisnęła w pokrzepiającym geście.

 - Rozmawiałam, rozmawiałam i jutro wieczorem masz być już gotowy do drogi.

 Dwadzieścia cztery godziny. Mniej więcej tyle czasu dostał na spakowanie się, pożegnanie z tym miejscem i z... Leną. Zamyślił się. To przez nią nie chciał jechać. Przywiązał się do niej emocjonalnie, ale i fizycznie. Co on zrobi, kiedy jej zabraknie? Kto będzie potrafił tak pięknie opisać nowy dom, jak nie ona? I dlaczego siostra pojawiła się właśnie teraz?

 Zorientował się, że Jenna pożegnała się i zapowiedziała, że wróci następnego dnia, w momencie, kiedy już jej nie było. Bez słowa wstał i potykając się o wszystkie możliwe rzeczy, ruszył w stronę swojego pokoju. Było to do niego tak niepodobne, że zaniepokojona Lena pospieszyła za nim.

 Znaleźli się w końcu w dobrze znanym pomieszczeniu, po trudnej przeprawie przez korytarz. Alek ciężko opadł na łóżko. Wyglądał na strasznie przybitego.

 - Hej, nie smuć się, przecież nareszcie się stąd wyrwiesz? Nie marzyłeś czasem o tym? - próbowała go pocieszać przyjaciółka.

 - Lenka, nie w tym rzecz. Ja się bardzo cieszę, tylko, że to oznacza, że prawdopodobnie musimy się pożegnać. Mieszkanie mojej siostry jest za granicą.

 Momentalnie uśmiech dziewczyny zniknął. Nie spodziewała się, że to będzie aż takie poważne. Gdyby chodziło o inne miasto, problem owszem byłby, ale od czego są autobusy i pociągi? Jeżeli jednak mowa o przekraczaniu granicy, sprawa nieco się komplikuje.

 Usiadła koło niego i delikatnie przytuliła.

 - Czyli to już nasze ostatnie spotkanie? - zapytała. - W tym momencie nasza bajka się skończy?

 - Nie wiem, Lenka, nie wiem - odparł, delikatnie głaszcząc ją po plecach. - Myślę, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Na pewno tak będzie, a wtedy już na pewno cię nie zostawię.

 Zamilkł na chwilę. Bił się z myślami, powiedzieć, czy nie? Ostatecznie zdecydował, że nie ma sensu ukrywać czegoś, co już dawno powinno zostać wyjawione.

 Złapał jej twarz w swoje dłonie i chłodnymi palcami po raz kolejny zaczął badać jej kształt tak, jakby chciał wyryć go sobie w pamięci na zawsze. Kciukiem starł pojedynczą łzę, która zabłądziła na jej miękkim policzku. Palcem wskazującym obrysował usta, pogrążone w smutku. Uniósł jej twarz tak, żeby patrzyła prosto na niego, choć on sam nie mógł spojrzeć na nią. Pochylił się nieznacznie i musnął swoimi wargami jej usta. Wstrzymał oddech, przygotowując się... sam nie wiedział na co.

 Ale Lena nie zrobiła praktycznie nic, jedynie odwzajemniła delikatny pocałunek. W jej głowie, a może w sercu wybuchła wojna. Nie wiedziała, czy ma być szczęśliwa. Alek, jej najlepszy przyjaciel przestał nim być. Momentalnie stał się ukochaną osobą, a jej uczucia wreszcie znalazły swoją nazwę, coraz bardziej komplikując to trudne rozstanie.

 - Wybacz mi, Lenka. Bałem się, że zniszczę naszą przyjaźń - wyszeptał. - Proszę, zostań ze mną tych kilka godzin. Wiem, że będzie trudno, ale ja wrócę i cię znajdę.

 Złożył obietnicę, za którą gotów był zrobić wszystko. Uczucie jednak nie miało nawet szansy rozkwitnąć. Przez jakiś czas mogli być szczęśliwi. Niewiele, ale im wystarczyło, by do serc wkradła się nadzieja na pomyślne zakończenie. Ich bajka mogła nadal trwać, a piękna księżniczka na zawsze mogła stać się oczami swojego księcia.

 Tak jak poprosił, dziewczyna została z nim do momentu wyjazdu.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Poświęcenie [cz.2 ost.]

 Nadeszło w końcu święto Ateny, bogini mądrości. Wielu odetchnęło z ulgą. Większość niewolników wciąż pracowała ciężko przy karczowaniu lasu. Trudzili się nie tylko po to, by zrobić miejsce pod namioty, które trzeba będzie wznieść, lecz także by uzyskać otwartą przestrzeń dla gier i zawodów, jakie miały się odbyć. Podczas tego typu świąt zawsze urządzano konkursy w rozmaitych dziedzinach sportu i Ateny nie mogły być wyjątkiem.
 W całym mieście panowała wielka cisza. Wszyscy zajęli się sobą. Każdy chciał wystroić się najlepiej jak potrafił. Mężczyźni korzystali z łaźni. Wylewali wodę na mocno rozgrzane kamienie. Para działała orzeźwiająco i wzmacniająco. Oliwnymi gałązkami chłostali muskularne ciała, raz po raz wybuchając śmiechem.
 Po kąpieli z wrzaskiem biegli do ujścia rzeki i chłodzili się tam świeżą, zimną wodą. Wracając, wyśmiewali się nawzajem ze swoich pokurczonych z zimna członków, a złośliwe uwagi ponownie wywoływały salwy śmiechu. Kobiety i dzieci z piskiem uciekały na boki.
 Gospodynie napełniały drewniane misy wodą. Czesały sobie nawzajem włosy i wkładały najpiękniejsze ozdoby. Prześcigały się w upinaniu pięknych fryzur.
 Nie wszędzie jednak było tak wesoło.
 Zoe została oddana pod opiekę driad, które przygotowały ją do ceremonii składania ofiary. Dały jej do picia ambrozję, przyniosły wielką balię z gorącą wodą, a po kąpieli natarły jej ciało różanymi olejkami. Suknia, jaką dostarczyły, była cała złota. Na stopach zapięły jej sandałki z brązowymi rzemykami, a na koniec wpięły jej we włosy opaskę z dwoma sowimi piórami - symbolem mądrości.
 Do ręki dostała sztylet wykuty w kuźni Hefajstosa. Jego rękojeść wykonana była z kości słoniowej, oraz wysadzana drogocennymi kamieniami, a ostrze lśniło metalicznym blaskiem. Piękne narzędzie do zadania szybkiej śmierci.
 Ostatecznie została sama ze swoimi myślami, które krążyły wokół Krisa. Wspominała każdą wspólną chwilę, każdy jego uśmiech, każde słowo. Pozwoliła płynąć, długo powstrzymywanym łzom. Miały zabrać od niej pustkę i cierpienie samotności. Zdążyła pokochać chłopaka, jak swojego najlepszego przyjaciela, a nawet i bardziej. Nieświadomie przesunęła palcem po ustach, zatracając się we wspomnieniu pocałunku. Nie zdążyła mu nawet za wszystko podziękować...

***

 Wielka sala była przygotowana. Wszyscy bogowie i boginie zgromadzili się w niej, oczekując ofiary, upamiętniającej narodziny jednej z nich - Ateny. Na środku umieszczony został kamienny ołtarz, przyozdobiony gałązkami oliwek. Nadszedł czas, by kapłanka dowiedziała się o tożsamości ofiary.
 Zoe weszła powoli do pomieszczenia i uklęknęła przed bogami. Czekała w milczeniu.
 - Przyprowadzić - rozkazała krótko bogini mądrości.
 Przez ogromne drzwi wkroczył młody mężczyzna. Serce białowłosej na chwilę stanęło gdy rozpoznała w nim Krisa.
 On także ją poznał i uśmiechnął się blado. Trzy driady w białych tunikach podprowadziły go do ołtarza i przykuły do niego.
 - Przeprowadź rytuał, kapłanko - rzekła Atena.
 Zoe na drżących nogach wstała i kurczowo trzymając dłoń na rękojeści ostrza podeszła do chłopaka. Spojrzała w jego cudowne oczy i ku jego przerażeniu padła na kolana.
 - Dam wszystko za jego uwolnienie - szepnęła tak cicho, że Kris był pewien, iż usłyszeli ją tylko ci, którzy znajdowali się najbliżej. Patrzyła w dól. Trudno było powiedzieć czy na podłogę, czy na pantofel bogini.
 Szczery ton jej głosu przeraził Krisa. To nie było bezpieczne. Czyżby dziewczyna sądziła, że ma wobec niego jakiś dług? Czy też uważała, że musi to zrobić, ponieważ uratował jej życie?
 Atena wstała i dotknęła palcami białych włosów kapłanki. Mówiła równie cicho, ale jej oczy błyszczały niemal zwierzęcym podnieceniem. Spoglądała gdzieś w dal, jakby szukając natchnienia.
 - Czyż nie służysz mi już całą sobą? Czyżby pozostało w tobie coś, co nie należy jeszcze do mnie?
 Zoe podniosła wzrok i spojrzała prosto w błękitne oczy bogini. Kris chciał krzyczeć, ostrzec ją, ale nie dał rady wydobyć z siebie żadnego odgłosu.
 - Być może mogłabym ofiarować siebie zamiast niego.
 Atena uniosła lekko kąciki ust, ale nie sprawiała wrażenia rozbawionej.
 - Raczej nie - powiedziała. - Twoje życie już i tak jest moje.
 - Musi jednak istnieć coś, co mogę ci dać - upierała się Zoe.
 Bogini przytknęła wskazujący palec do swych karminowych ust i postukała lekko.
 - Nie.
 Jedno słowo zniszczyło całą nadzieję, kryjącą się w sercu dziewczyny. Wiedziałam, pomyślała i zagryzła wargę, by powstrzymać histeryczny szloch wzbierający w jej gardle. Nie dość, że Kris się nią zaopiekował, to jeszcze ona miałaby go zabić. Całe ciało wyrażało protest. Nie mogła tego zrobić i nie chciała okazać słabości.
 Wstała z klęczek i odsunęła się od ołtarza. Spojrzała w oczy chłopaka, szukając pocieszenia, czy chociażby wsparcia, a odnalazła jedynie zdziwienie. Prychnęła w duchu i zwróciła twarz ku bogom. Tylko Afrodyta wydawała się być przejęta nieszczęściem, które zabiło miłość, zanim na dobre się narodziła. Największym zdziwieniem okazała się obecność trzech sióstr. Mojry trzymały tkaninę życia Krisa. Najstarsza z nich miała nożyce.
 - Nie zrobię tego - wypowiedziała, najspokojniej, jak tylko potrafiła. - Nie skrzywdzę człowieka, któremu zawdzięczam życie.
 - Naiwna - zaśmiała się Atena. - Ty nie masz wyboru. Kapłanka musi być posłuszna bogom.
 W jednej chwili Zoe straciła władzę nad ciałem. Mogła tylko panicznie poruszać oczami, szukając wyjaśnień. Na przekór sobie zrobiła krok do przodu. Bez jej zgody, ręka podniosła się do góry. Palce mocniej zacisnęły się na rękojeści sztyletu.
  A ona mogła tylko płakać. Dusza została uwięziona w ciele. Słone łzy wylewały się ze zwierciadeł i spływały po policzkach. Wiedziała, co się stanie. Panicznie próbowała zrobić cokolwiek, by tylko odzyskać kontrolę. Prosiła w duchu... nie, ona błagała, żeby to wszystko, to był tylko zły sen. Chciała się obudzić w miejscu, które mogła nazwać domem. Chciała zobaczyć zmartwioną, pełną troski twarz Krisa, próbującego ją pocieszyć najprostszymi z możliwych słów.
 Rzeczywistość była jednak nieugięta. Chłopak leżał przed nią, skazany na śmierć, by zadowolić bogów. Jego twarz była smutna. Tak bardzo brakowało na niej codziennego uśmiechu, ale sam Kris był spokojny. Pogodził się ze swoim losem. Spojrzał w oczy swojej ukochanej.
 - Kocham cię - wyszeptał.
 A ręka Zoe z przerażającą prędkością opadła i wbiła sztylet prosto w tętniące życiem serce. Krew była wszędzie. Poplamiła złotą suknię, białą tunikę, srebrną podłogę i oliwne gałązki przy ołtarzu. Dziewczyna odzyskała nad sobą kontrolę.
 Ale jej duszy tam nie było.
 Upadła, głucho uderzając w posadzkę. Ciało stało się tylko pustą puszką, niezdolną do życia. Wewnątrz serca Zoe coś pękło. Paliło ją żywym ogniem. Ogromy fragment został wyrwany w momencie, kiedy serce Krisa przestało bić. Jej dusza pękła i rozkruszyła się na miliony małych fragmentów, zupełnie jak szkło pod naporem zbyt wysokiego ciśnienia. Życie przestało się dla niej liczyć. Chciała umrzeć. Stała przed majestatem bóstw wyżęta jak ścierka, była zwykłą, bezbronną i nieświadomą otaczającego świata młodą dziewczyną, którą potraktowano w najokrutniejszy z możliwych sposobów. Mogła tylko krzyczeć i płakać. Ostatkiem świadomości zobaczyła jak Mojra przecina delikatny materiał i świat pogrążył się w ciemności.

 ***

 Wiele rzeczy się zmieniło. Od tamtej chwili, która odcisnęła swój ślad na życiu Zoe, dziewczyna stała się zupełnie kimś innym. Zrozumiała, że kapłanki nie mogą mieć bliskich, że Ares specjalnie wdał się z nią w konflikt, żeby trafiła na Ziemię. Każdy kolejny rozkaz bogini wypełniała bez mrugnięcia okiem. Zabijała. Po dawnej Zoe nie pozostał ślad. Ale w głębi serca, w ukryciu przed wszystkimi, kryła niekończącą się żałobę. Zbyt późno zrozumiała, że także kochała Krisa. Była to jedyna pewna rzecz, bo miłość była tym czym była i na zawsze pozostaje niezmieniona.
 Ich była martwa.
  Wiele rzeczy mogłoby się potoczyć inaczej chociaż... życie każdego ma swój własny wzór, który trwa i trwać będzie dopóki trzy siostry przędą tkaninę istnienia.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Poświęcenie [cz.1]

W wasze łapki oddaję właśnie pierwszy rozdział mojego opowiadania ^^ mam nadzieję, że wam się spodoba, jak już przeczytacie to zostawcie ślad - miło by było :)
_______________________________

 Ból był nie do zniesienia. Z rozszarpanych ran powoli sączyła się ciemna posoka. Boskie błogosławieństwo nie mogło działać. Umierała.
 Każda część jej ciała krzyczała wrzaskiem cierpienia. Piękną niegdyś skórę zbeszcześciły rozcięcia, a wszystko pokryła krew.
 Ostatnie światła gwiazd rozbłysły jej przed oczami, tylko po to, by za chwilę zniknąć, zasłonione omdlałymi powiekami. Nastała ciemność.
 Chwila stała się wiecznością. Przesuwające się w nieskończoność obrazy rodzinnego miasta nie pozwalały na spokojny odpoczynek. Na nowo przeżywała swoje krótkie życie. Wciąż powtarzał się każdy moment jej istnienia; od narodzin aż do chwili obecnej.
 Nastała tylko namiastka ciszy i na powrót pojawiły się obrazy. Tym razem bardzo dokładnie widziała ludzkie twarze. Jej matka stała razem z ojcem i dwoma młodszymi siostrami. Patrzyli na nią zawiedzeni, jakby chcieli ją skarcić za to, że umierała. Zachowała się tak haniebnie. Sam ten wzrok zadawał większy ból niż rany na ciele.
 Zbyt szybko się to skończyło. Zbyt mało czasu dostała na pozorną reprymendę od bliskich. Przecież i tak ich opuściła dla wyższego dobra.
 Przyszła kolej na bogów. Stali wszyscy jak jeden mąż i patrzyli bez wyrazu. Milczeli.
 Na przód wysunęły się trzy siostry - Mojry. Z rozbawieniem szarpały delikatną tkaninę, która przedstawiała jej życie. Najstarsza odrzuciła nożyce i z uśmiechem pokręciła głową. Na koniec Zeus chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo cały obraz zaczął się rozmywać, a ona się obudziła.

***

 Białowłosa dziewczyna leżała na wąskim łóżku pod ścianą. Całe jej ciało pokrywały bandaże. Wyglądała jak lalka z porcelany. Poruszyła się niespokojnie i powoli rozwarła sklejone powieki. Poczuła łaskotanie na twarzy. Czyjeś włosy. Usiadła gwałtownie i uderzyła głową w coś twardego.
 - Au! Uderzyłaś mnie!
 Głos zdecydowanie należał do mężczyzny. Syknęła cicho z bólu, przemieszczając się bliżej ściany.
 - Kim jesteś? - zapytała, wystraszona jak dzikie zwierzę.
 Młodzieniec urodą dorównywał bogom. Szlachetną twarz o pociągłych rysach otaczała kaskada ciemnych, długich do ramion włosów. Największą uwagę zwracały oczy. Okolone gęstymi rzęsami, były intensywnie niebieskie, niemal fioletowe, ze srebrzystymi promykami, podobne do migoczących gwiazd. Cała jego sylwetka wskazywała na to, że był wysportowany. Lniana koszula bez rękawów ukazywała dobrze umięśnione przedramiona i bicepsy.
 Wyprostował się i posłał dziewczynie ciepłe spojrzenie.
 - Jestem Kris - przedstawił się. - Dwa dni temu znalazłem cię nieprzytomną na skraju łąki, więc cię tu przyniosłem i opatrzyłem twoje rany. Mogłabyś mnie w zamian uraczyć swoją historią? - zapytał, stale się uśmiechając.
 Dziewczyna wyraźnie się rozluźniła. Odgarnęła niesforne włosy za ucho i nadal niepewnie mu odpowiedziała:
 - Jestem Zoe. - W jej czarnych jak smoła oczach odbijało się pomarańczowe światło zachodzącego słońca. Rozejrzała się po pokoju i westchnęła cicho. - Od pierwszego dnia boedromionu* jestem kapłanką Ateny. Sprzeciwiłam się bogowi wojny i ja... - Jej oczy zaszkliły się, jakby zaraz miała się rozpłakać. - Ja zostałam wyrzucona z Olimpu do czasu mojej pierwszej ceremonii.
 Kilka łez utorowało sobie drogę przez jej policzki. Kris tylko się uśmiechnął i otarł je wierzchem dłoni.
 Spojrzała na niego zaskoczona. W tych oczach zauważyła coś, co sprawiło, że poczuła się dziwnie zdezorientowana, jakby zapadała się, zanurzała, zatracała w tym spojrzeniu.
 - Oh, Zoe - szepnął. - Serce by mi skamieniało, gdybym ci nie pomógł. Zostań tu proszę tak długo, jak tylko będziesz musiała.
 Zamrugała i pokręciła głową, żeby odzyskać jasność umysłu. Chłopak mówił pięknie, jego głos był łagodny, melodyjny, wprawiający w trans. Kiedy na nią patrzył, nie mogła się nie zgodzić z jego słowami. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa i troski. Czuła się przy nim dziwnie spokojna.
 Propozycja wydała się Zoe niezwykle miła, jednak było w niej także coś niepokojącego. Nie znała Krisa i mimo, że była kapłanką, bała się mieszkać z nim sama. Postanowiła jednak podjąć ryzyko.

***

 Czas powoli mijał. Rany na ciele Zoe się zabliźniły, a skóra nabrała koloru. Często przebywała w ogrodzie, gdzie pielęgnowała kwiaty. Zmienił się także jej pogląd na świat. Odkryła, że ludzie potrafią bezinteresownie pomagać, być mili i uprzejmi, a decyzje bogów, które kiedyś uważała za niekwestionowaną świętość, stały się egoistycznymi kaprysami. Nie mogła zrozumieć, dlaczego bogini Demeter, z winy Hadesa, zmusza cały świat do cierpienia, niekiedy niszcząc cały ludzki dobytek, dlaczego bogowie żądają ofiar z niewinnych ludzi, a bóg wojny sieje zamęt i nieporozumienie, doprowadzając do konfliktów zbrojnych. Pomimo tego wszystkiego, nadal pamiętała o obietnicy złożonej Atenie. Wiedziała, że już nigdy nie będzie mogła zmienić swojego przeznaczenia, że już zawsze będzie musiała jej służyć, bez względu na to, co rozkaże.

***

Słońce zachodziło powoli, zsuwając się coraz niżej na nieboskłonie, aż zniknęło, pochłonięte przez morze. Niebo zapłonęło czerwienią i pomarańczą, jego błękit wyparła barwa krwi.
 Ogród powoli się zmieniał. Słychać było coraz to głośniejsze brzęczenie owadów i cichnące śpiewy ptaków. Część kwiatów zamykała swoje kielichy, szykując się do snu, a inne dopiero się budziły, by swoim pięknem adorować noc.
 Pośród tego wszystkiego siedziała samotnie Zoe. Plotła wianek z pnączy winogron, wtykając pomiędzy nie pojedyncze kwiaty stokrotek.
 Cały spokój przerwały natarczywe szmery, jakby naraz zerwały się do lotu tysiące trzmieli, a jednocześnie w powietrze wzbiło się kilka małych ptaków.
 Tak obwieścił swoje przybycie boski posłaniec - Hermes.
 - Kapłanko, nadszedł czas Panatenaji**, najwyższa pora, abyś powróciła na górę bogów - rzekł głosem bez wyrazu.
 Skinęła mu głową, uśmiechając się smutno. To był koniec. Koniec pracy w ogrodzie. Koniec wspólnych posiłków. Koniec życia wśród ludzi. Koniec przyjaźni z Krisem.
 - Czy mogę... - zaczęła nieśmiało, wiedząc, że nie powinna pytać. - Czy mogę się z nim pożegnać?
 Pozwolił jej.
 Pobiegła jak najszybciej mogła do domu. Znalazła przyjaciela siedzącego przy oknie. Wszystko widział i wiedział po co przyszła. Odwrócił się do niej przodem. Patrzyli na siebie i milczeli. Słowa były zbędne, sama obecność drugiej osoby była wystarczająca.
 A potem Zoe wzięła się w garść i go przytuliła.
 Uwieszona u jego szyi, zaczęła cicho szlochać. Kris delikatnie głaskał ją po głowie i plecach, cicho nucąc spokojną melodię.
 - Nie płacz, Zoe. Musisz być silna. Daj mi powód do dumy.
 Na dźwięk jego słów jeszcze głośniej zapłakała.
 - Kris, ja... ja nie chcę...
 Zanim zdążyła dokończyć, przywarł ustami do jej ust. Musnął je delikatnie, jakby to był dotyk skrzydeł motyla. Krótki pocałunek wyrażał w sobie wszystkie uczucia. Obawę. Strach. Smutek.
 Gwałtowne szarpnięcie wyrwało ją z chwilowego szczęścia. Przeniosła się na Olimp, niesiona przez skrzydła wiatru.

Koniec części pierwszej. C. D. N.
_______________________
Boedromion* - jeden z miesięcy w starożytnej Grecji, odpowiadający obecnemu marcowi.
Panatenaje**-święto upamiętniające narodziny bogini Ateny, obchodzone w starożytnych Atenach w miesiącu hekatombaion.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS