Obsługiwane przez usługę Blogger.
RSS

Kolejna nudna notka informacyjna

 Moi kochani czytelnicy,
 Jest mi niezmiernie miło, że każdego dnia wchodząc na jakże zacną stronę bloggera, widzę, że liczba wejść zwiększa się o te kilka ;)
 Jednakże, bardzo mnie smuci fakt, iż prawie nikt nie komentuje. Nie ma to wpływu ma moje pisanie, bo to kocham i robić będę nadal, ale autorzy też ludzie i wsparcia potrzebują. Przeczytacie? Napiszcie swoją opinię, bo to bardzo pomaga... sama nie jestem w stanie wychwycić błędów, więc bardzo was o to proszę ;)
 Dam wam jeszcze efekt mojej wczorajszej nudy - Rin Okumura z "Ao no exorcist" ;P


  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Widzieć twoimi oczami [cz. 2]

 Druga część wyszła mi taka... smutna? Nawet nie wiem, jak ją określić. Najlepiej przeczytajcie :) zapraszam!
__________________________

 Lena stała się częścią jego życia. Każdego dnia zjawiała się w ośrodku i spędzała wolne chwile w towarzystwie Aleka. Nie tylko chłopak ją polubił, ale również każdy pracownik, podopieczny czy nawet sam główny kierownik. Cenili jej chęć niesienia pomocy, cokolwiek by nie robiła, gdy tylko ktoś jej potrzebował, potrafiła rzucić swoje dotychczasowe zajęcie i coś przynieść, zrobić, popilnować.

 W oczach Aleka była aniołem. Zawsze radośnie nastawiona do złowrogiego świata, zarażała optymizmem nawet największych gburów. Często zastanawiał się dlaczego taka osoba, jak Lena, zamiast bawić się na dyskotekach, spędza swój czas wśród niewidomych. Uwielbiał wszelkiego rodzaju opowiadania dziewczyny, czy to zwykłe opisy miejsc, w których przebywali, czy piękne, tworzone wyobraźnią historie. Potrafiła swoim głosem rozbudzać nadzieję, siać grozę, a przede wszystkim wywoływać uśmiech.

 Któregoś dnia zapytała blondyna, czy chciałby móc widzieć i ją zobaczyć. Bardzo się zdziwiła, gdyż odpowiedź była przecząca. Chłopak wytłumaczył się wtedy faktem, że w jego głowie powstał już jej obraz, że oczami wyobraźni widzi swoją własną interpretację jej twarzy. Bał się, że gdy tylko odzyska wzrok i w jego świecie na powrót zagoszczą kolory, rzeczywistość nie będzie tak idealna, jak sobie myślał.

 Nie wiadomo kiedy zaczęło się lato, a z latem wakacje. Lena przychodziła do ośrodka wcześnie rano, a wychodziła późnym wieczorem, czasem nawet wcale. Nie miała trudności z przenocowaniem w pokoju Aleka, kierownik zgodził się niemal od razu, podkreślając, że powinni być cicho, na co dziewczyna zaczerwieniła się, przybierając odcień dojrzałego pomidora. Właśnie podczas takich nocy leżeli obok siebie, trzymając się za ręce i rozmawiając.

 Zaczął się nowy, bardzo słoneczny dzień. Ciepłe promienie delikatnie pobudzały skórę do życia, ptaki przekrzykiwały się w śpiewnej bitwie, a kwiaty pachniały z intensywnością niespotykaną w mieście.

 Alek cicho pomrukiwał z przyjemności, siedząc na drewnianym tarasie i słuchając pięknych dla ucha dźwięków. Świat był całkiem inny niż ten, który znał z dzieciństwa. Zapachy stały się lepiej wyczuwalne, muzyka dokładniej słyszalna, smaki łatwiejsze do rozróżniania, jedynie barwy zniknęły, ustępując miejsca ciemności.

 Doskonale słyszał, że ktoś do niego podchodzi. Bardzo dobrze znał ten sposób stawiania kroków. Były delikatnie i subtelne, ale za razem pewne i pełne gracji, zupełnie jak u kota. Zbliżały się dość szybko, powodując lekkie skrzypienie podłogi. Uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, co go czeka. Zawsze przychodziła zaraz po śniadaniu, znajdując go na tarasie. Ich zwyczajem stało się przytulanie na powitanie, więc nawet nie drgnął, kiedy jej drobne ręce otoczyły go z dwóch stron, lekko pociągając do tyłu.

 - Lenka, byłaś kiedyś tancerką? - zapytał zamiast standardowych słów powitania.

 - Tobie też dzień dobry - odparła wesoło. - Zdarzało mi się tańczyć w balecie, a czemu pytasz?

 - Zastanawiałem się nad twoim sposobem chodzenia i tak jakoś pomyślałem o tańcu. Czemu już tego nie robisz?

 Nie odpowiedziała mu. W ciszy usiadła obok i westchnęła cicho. To był czas na tę rozmowę, która zawierać będzie powód, dzięki któremu się poznali. Chcąc dodać sobie odwagi, złapała za dłoń przyjaciela i delikatnie uścisnęła.

 - Rok temu miałam dość poważny wypadek - zaczęła swoją odpowiedź z widocznym trudem. Bolało ją to tak samo, jak jego wspomnienie o utracie wzroku. - Oblałam się wrzątkiem, poparzone miałam całe plecy, lewe ramię i całą rękę. Pozostała mi po tym brzydka blizna i nie chcę już pokazywać się na scenie - wyznała. - Nie bez powodu wybrałam pracę wolontariuszki właśnie w tym ośrodku. Ludzie się ze mnie śmiali, wytykali palcami... było mi przykro, a tutaj... tutaj na wszystko patrzy się sercem. Moim priorytetem stało się niesienie pomocy tym, którzy nie potrafią oceniać ze względu na wygląd...

 - Przepraszam - wyszeptał Alek, przysuwając dziewczynę do siebie.

 - Nie przepraszaj za niewiedzę - odpowiedziała mu swoim ciepłym głosem.

 Chłopak z ciekawością złapał ją za lewą dłoń i korzystając z chwilowego elementu zaskoczenia, przesunął palcami w stronę ramienia. Natrafił na drobną nierówność -  początek blizny, szpecącej delikatną skórę. Obrysował cały kształt dookoła ręki i wyczuł, że dziewczyna zadrżała.

 - Mój biedny aniołek - szepnął czule. - Masz rację, ja nie mogę podziwiać twojej twarzy, ale potrafię lubić cię za to jaka jesteś. Masz wielkie serce i to w tobie cenię, więc nie chowaj się w cieniu i wyjdź czasem do ludzi, pokaż, że mimo przeciwności potrafisz walczyć i zwyciężyć.

 Jej głowa z cichym westchnięciem opadła na jego ramię. Zapanowała cisza, przerywana jedynie zwariowaną pieśnią ogrodowych ptaków.

 Atmosfera była zbyt poważna w mniemaniu blondyna, więc postanowił zrobić jedną, bardzo lubianą przez siebie rzecz. Zaczął łaskotać, niczego niespodziewającą się Lenę. Dziewczyna pisnęła histerycznie, próbując uciec od tych przyjemnych tortur, w efekcie czego przeturlała się na bok, mając w oczach łzy śmiechu. Wszystko było by dobrze, gdyby w ślad za nią nie poszedł Alek. Niemal przygniótł dziewczynę swoim ciałem i zaczął się śmiać. Wiele im nie było trzeba. Takie chwile, kiedy nie wiedzieli czy śmiać się, czy płakać, były najcenniejszymi w ich dotychczasowym życiu.

 - Kiedyś, zatańczysz dla mnie.

 Resztę dnia spędzili na tym co zwykle. Zajadali się pysznymi truskawkowymi lodami, razem przygotowywali obiad, śmiejąc się przy tym cały czas. Wieczorem zrobili sobie spacer po dużym ogrodzie przy ośrodku. Lena snuła swoje opowieści o każdym mijanym kwiecie. Często zatrzymywali się i dziewczyna kierowała dłoń przyjaciela na delikatne części roślin, opisując bardzo dokładnie, czego dotyka, tak by w połączeniu ze zmysłem dotyku, mógł odtworzyć w myślach obraz.

 Gdy wrócili do pokoju Aleka, czekała ich bardzo przyjemna niespodzianka. W odwiedziny do chłopaka przyjechała starsza siostra.

 - No braciszku, ile można na ciebie czekać? - zapytała z pretensjami, widząc sylwetkę blondyna.

 Na początku chłopak osłupiał. Minęło sporo czasu od jej ostatniej wizyty, co spowodowane było koniecznością ciężkiej pracy, by w końcu mogła zabrać swojego brata do domu i zapewnić mu odpowiednie warunki do funkcjonowania. Nie miał jej za złe tak rzadkich odwiedzin, a nawet był bardzo wdzięczny za to, jak się stara. Zaczął powoli zapominać jaki ma głos, nic więc dziwnego, że na początku nie mógł go zidentyfikować.

 - Jenna? - zapytał, doznawszy nagłego olśnienia.

 - No, a kto inny? Chodź się przywitać z siostrą. Ale urosłeś.

 Nie czekając, podeszła do niego i przytuliła mocno do swojej piersi. Lena przyjrzała się jej bardzo dokładnie. Była kobietą nie najmniejszych rozmiarów, fryzura nie budziła żadnych zastrzeżeń. Blond włosy nieco ciemniejsze niż te Aleka upięte były w wysoki kok na czubku głowy. Jaskrawo zieloną bluzkę na ramiączkach tonowały czarne krótkie spodenki, co uwieńczały delikatne klapki z ciemnych rzemyków.

 - A to twoja dziewczyna? - zapytała, wskazując na Lenę, kiedy już wypuściła brata ze swoich objęć.

 - Jenna, to jest Lena, moja przyjaciółka i nie, nie jest moją dziewczyną - odparł jej, przedstawiając wolontariuszkę.

 - Miło mi - szepnęła nieśmiało dziewczyna, kłaniając się lekko. Alek był pewien, że się zarumieniła.

 Niespodziewanie kobieta podeszła do niej i mocno uścisnęła, niemal miażdżąc wszystkie jej żebra.

 - Przez sam fakt, że Alek cię lubi, jesteś dla mnie jak rodzina - zaśmiała się, wypuszczając drobną dziewczynę.

 - No tak, zapomniałem cię ostrzec, że moja siostra jest bardzo... otwartym człowiekiem - rzucił wesoło blondyn, z szerokim uśmiechem.

 - Zacznijmy od tego, że zapomniałeś wspomnieć, że masz siostrę.

 Cała trójka śmiała się głośno jeszcze przez jakiś czas. W końcu rozległ się dzwonek, oznajmiający porę kolacji i Alek z przyzwyczajenia złapał Lenę za rękę, a ona niemal machinalnie pociągnęła go w stronę kuchni. Jenna rzuciła dziewczynie znaczące spojrzenie, na co ta zarumieniła się jak wiśnia i bez słowa przeszła do pomieszczenia, w którym zdążyli się już zgromadzić inni wolontariusze ze swoimi podopiecznymi.

 - Moja kochana siostrzyczko, a co się stało, że przyjechałaś mnie odwiedzić? - zapytał w którymś momencie Alek.

 - No tak, zapomniałabym. Właściwie od dzisiaj możesz już ze mną mieszkać. Dom jest  wyremontowany, wszystko gotowe.

 Nie ucieszył się. Przez cały czas, kiedy przebywał w ośrodku, marzył o tym, żeby siostra go stąd zabrała. Chciał poczuć, że komuś na nim zależy, ma własny dom i kochającą rodzinę, więc dlaczego czuł, że serce mu pęka?

 - Jenna... nie spodziewałem się. Rozmawiałaś z kierownikiem? - zapytał przybitym głosem. Siostra nie zwróciła na to uwagi, ale Lena tak. Złapała jego rękę pod stołem i uścisnęła w pokrzepiającym geście.

 - Rozmawiałam, rozmawiałam i jutro wieczorem masz być już gotowy do drogi.

 Dwadzieścia cztery godziny. Mniej więcej tyle czasu dostał na spakowanie się, pożegnanie z tym miejscem i z... Leną. Zamyślił się. To przez nią nie chciał jechać. Przywiązał się do niej emocjonalnie, ale i fizycznie. Co on zrobi, kiedy jej zabraknie? Kto będzie potrafił tak pięknie opisać nowy dom, jak nie ona? I dlaczego siostra pojawiła się właśnie teraz?

 Zorientował się, że Jenna pożegnała się i zapowiedziała, że wróci następnego dnia, w momencie, kiedy już jej nie było. Bez słowa wstał i potykając się o wszystkie możliwe rzeczy, ruszył w stronę swojego pokoju. Było to do niego tak niepodobne, że zaniepokojona Lena pospieszyła za nim.

 Znaleźli się w końcu w dobrze znanym pomieszczeniu, po trudnej przeprawie przez korytarz. Alek ciężko opadł na łóżko. Wyglądał na strasznie przybitego.

 - Hej, nie smuć się, przecież nareszcie się stąd wyrwiesz? Nie marzyłeś czasem o tym? - próbowała go pocieszać przyjaciółka.

 - Lenka, nie w tym rzecz. Ja się bardzo cieszę, tylko, że to oznacza, że prawdopodobnie musimy się pożegnać. Mieszkanie mojej siostry jest za granicą.

 Momentalnie uśmiech dziewczyny zniknął. Nie spodziewała się, że to będzie aż takie poważne. Gdyby chodziło o inne miasto, problem owszem byłby, ale od czego są autobusy i pociągi? Jeżeli jednak mowa o przekraczaniu granicy, sprawa nieco się komplikuje.

 Usiadła koło niego i delikatnie przytuliła.

 - Czyli to już nasze ostatnie spotkanie? - zapytała. - W tym momencie nasza bajka się skończy?

 - Nie wiem, Lenka, nie wiem - odparł, delikatnie głaszcząc ją po plecach. - Myślę, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Na pewno tak będzie, a wtedy już na pewno cię nie zostawię.

 Zamilkł na chwilę. Bił się z myślami, powiedzieć, czy nie? Ostatecznie zdecydował, że nie ma sensu ukrywać czegoś, co już dawno powinno zostać wyjawione.

 Złapał jej twarz w swoje dłonie i chłodnymi palcami po raz kolejny zaczął badać jej kształt tak, jakby chciał wyryć go sobie w pamięci na zawsze. Kciukiem starł pojedynczą łzę, która zabłądziła na jej miękkim policzku. Palcem wskazującym obrysował usta, pogrążone w smutku. Uniósł jej twarz tak, żeby patrzyła prosto na niego, choć on sam nie mógł spojrzeć na nią. Pochylił się nieznacznie i musnął swoimi wargami jej usta. Wstrzymał oddech, przygotowując się... sam nie wiedział na co.

 Ale Lena nie zrobiła praktycznie nic, jedynie odwzajemniła delikatny pocałunek. W jej głowie, a może w sercu wybuchła wojna. Nie wiedziała, czy ma być szczęśliwa. Alek, jej najlepszy przyjaciel przestał nim być. Momentalnie stał się ukochaną osobą, a jej uczucia wreszcie znalazły swoją nazwę, coraz bardziej komplikując to trudne rozstanie.

 - Wybacz mi, Lenka. Bałem się, że zniszczę naszą przyjaźń - wyszeptał. - Proszę, zostań ze mną tych kilka godzin. Wiem, że będzie trudno, ale ja wrócę i cię znajdę.

 Złożył obietnicę, za którą gotów był zrobić wszystko. Uczucie jednak nie miało nawet szansy rozkwitnąć. Przez jakiś czas mogli być szczęśliwi. Niewiele, ale im wystarczyło, by do serc wkradła się nadzieja na pomyślne zakończenie. Ich bajka mogła nadal trwać, a piękna księżniczka na zawsze mogła stać się oczami swojego księcia.

 Tak jak poprosił, dziewczyna została z nim do momentu wyjazdu.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Widzieć twoimi oczami [cz.1]

Myślałam, że się popłaczę. Całą niedzielę spędziłam na pisaniu tego opowiadania, a wczoraj rano wstałam, a ono zniknęło. Na szczęście jakąś połowę udało mi się zachować :3 dedykuję mojej przyjaciółce za to, że po prostu jest :D Dziękuję Nudelku, a was zapraszam do czytania...
__________________________________________

Usłyszał ciche kroki na korytarzu, zanim ktoś otworzył skrzypiące drzwi. Zorientował się, że do pokoju weszły dwie osoby, jedna z nich była mu doskonale znana, pan Hacer, główny kierownik ośrodka stawiał wyjątkowo pewne i głośne kroki, natomiast tych cichych i delikatnych w swojej ostrożności nie poznawał, były mu całkiem obce.
- Alek, to jest Lena, wolontariuszka, która będzie się od dzisiaj tobą zajmować - rzekł mężczyzna o niesamowicie głębokiej barwie głosu. Nabrał w płuca ze świstem powietrza i przeczesał dłonią krótkie blond włosy. - Muszę zostawić was samych, poznajcie się.
Kolejny odgłos jego kroków rozległ się ze strony drzwi, powoli cichnąc z każdą sekundą. Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, wyrażając zdenerwowanie i niepewność. Odgarnęła niedbale grzywkę z oczu, ale on przecież nie mógł tego zobaczyć. Odwrócił się w końcu od okna i skierował swoją twarz o pustym spojrzeniu w stronę nieznajomej. Uśmiechnął się ciepło, a na jego policzkach pokazały się dwa słodkie dołeczki. Jego niezbyt długie jasne, niemal białe włosy opadały na czoło i zakrywały prawie całkowicie jedno z oczu.
- Lena? - szepnął cicho, z wyraźną nutą ciepła w głosie. - Jesteś tutaj?
- Jestem - odparła. Jej głos był delikatny, na myśl przywodził śpiew małego skowronka, sprawiał, że ludzie chcieli jej ufać.
- Mogłabyś do mnie podejść?
Nie odpowiadając, dziewczyna ruszyła z miejsca i stanęła na wprost swojego nowego podopiecznego. Chwyciła jego wymachujące na wszystkie strony ręce i cicho się zaśmiała. Niezrażony niczym Alek, przesunął dłońmi wzdłuż jej ciała i niespiesznie zaczął badać każdy element jej twarzy. Buzię miała okrągłą i niebywale miękką. Szczupłymi palcami wyczuł, że uśmiecha się przyjaźnie, a przy tym marszczy mały nosek. Wsunął rękę w jej włosy i przeczesał je do samego końca, tuż za ramionami. Westchnął cicho, odsuwając się nieznacznie i oparł się o zimną taflę szkła.
- Jakiego koloru masz włosy? - zapytał.
- Są ciemnobrązowe - odpowiedziała mu, nadal lekko wystraszonym głosem.
- Ile masz lat? - zadał kolejne pytanie, w ten sposób najłatwiej mógł ją poznać.
- Siedemnaście, a ty?
- Dziewiętnaście - zamyślił się i ponownie odwrócił się w stronę ogrodu za oknem. - Opowiedz mi, co tam jest, proszę - szepnął cicho.
Lena powiodła spojrzeniem na zielony skrawek przyrody. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów by opisać wygląd wszystkich wspaniałych kwiatów, wyrazić radość z jaką latają ptaki czy po prostu powiedzieć, jak pięknie woda z fontanny odbija światło, rzucając wokół świetlne refleksy.
- Jest tam ogród - zaczęła - cały zielony. Wszędzie rosną kwiaty o tak wielu barwach i kształtach, że trudno je wszystkie opisać. Po kamiennej ścieżce spacerują niewidomi ze swoimi opiekunami, a na środku tego wszystkiego stoi ogromna fontanna. Kąpią się w niej ptaki, rozchlapując wszędzie wodę.
Gdy skończyła mówić, czuła się jakby wyrwana z transu. Zamrugała kilka razy i spojrzała na Aleka. Aż podskoczyła ze strachu. Chłopak siedział z otwartą buzią, a jego puste i chłodne spojrzenie skierowane było wprost na nią.
Ludzie często nie zdawali sobie sprawy z jego niepełnosprawności i traktowali jak zarozumiałego, pozbawionego uczuć nastolatka. Było mu wtedy bardzo przykro i za każdym razem tracił cząstkę swojej wiary w dobroć. Ale bywały również momenty takie jak te, kiedy ktoś z własnej woli chciał mu pomóc, żeby choć na trochę zapomniał o swoich ograniczeniach. Tylko jak miał zapomnieć o tym, że w wieku piętnastu lat całe jego dotychczasowe życie legło w gruzach? Zawsze był optymistycznie nastawionym do życia chłopcem, zawsze starał się pomagać innym. Niespodziewanie, cały jego świat, pełen jasnych barw, rozmaitych kształtów i radości z życia, zatonął w przerażającym mroku, który nie chciał wypuścić go ze swoich obleśnych macek.
- Pięknie opowiadasz - wyszeptał i zamknął otwartą z podziwu buzię.
Zapanowała między nimi cisza tak nieznośna, że Lenie chciało się krzyczeć. Chciała wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, byle tylko przerwać złowrogie milczenie. W końcu to Alek się zaśmiał.
- Co cię bawi? - zapytała lekko się uśmiechając.
- Po prostu cieszę się, że będziesz mnie odwiedzała i wyobraziłem sobie, ile fajnych rzeczy można razem robić.
Lena zawtórowała mu śmiechem. Rzeczywiście już zdążyła polubić tego na pozór wesołego chłopaka. Jej wewnętrzne przeczucie podpowiadało, że tak naprawdę blondyn wcale nie jest taki szczęśliwy na jakiego wygląda. Mieli jednak dużo czasu, żeby poznać się lepiej.
- Wiesz, Alek, na dzisiaj to tyle, muszę wracać - westchnęła. - Przyjdę jutro, dobrze?
Wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił, posmutniał. Zeskoczył z gracją kota z parapetu, jakby przez całe życie nie robił nic innego, najzupełniej w świecie podszedł do nowej koleżanki i zdając się na intuicję przytulił zdezorientowaną wolontariuszkę.
- Obiecujesz, że wrócisz? - zapytał z taką ufnością w głosie, że nie miała odwagi, by odmówić.
- Obiecuję - szepnęła, odwzajemniając uścisk.
Delikatnie odsunęła chłopaka od siebie i rzucając mu przepraszający uśmiech, którego nie mógł zobaczyć, wyszła. Głuche trzaśnięcie drzwiami i nastała cisza. Przez chwilę wsłuchiwał się w powoli odchodzące kroki, a gdy w końcu przestał cokolwiek słyszeć, westchnął cicho i powrócił na swoje ulubione miejsce - parapet pod oknem.
Bardzo się ucieszył na wiadomość o nowej wolontariuszce, która miała się nim zająć. Teoretycznie, przez cztery lata nauczył się samodzielności, ale jedną z najgorszych rzeczy, jakie przeszkadzały mu w ośrodku, była ta przerażająca samotność. Był najmłodszy, a starsi ludzie, najczęściej ślepotę otrzymali z wiekiem. Nikogo nie obchodził jakiś młody chłopak, który zupełnie przez przypadek stracił jeden z najważniejszych środków odkrywania świata, na zawsze pogrążając się w ciemności.
Poczuł się niezwykle senny, zmęczony całym dniem. Należało się udać do łazienki. Dziesięć kroków, cicho westchnął. Stanął przed drzwiami i wyuczonym ruchem złapał za klamkę. Kolejny krok, pod stopami wyczuł chłodne kafelki. Zamknął się od środka i powoli zaczął rozbierać. Odkręcił wodę, w prawo ciepła, w lewo zimna. Układ pomieszczenia znał na pamięć, poruszał się w nim pewnie i bez zbędnej ostrożności. W końcu zanurzył ciało w strugach letniej wody i aż zamruczał z przyjemności. Nalał na dłoń jedyny żel, jaki stał na półce i rozkoszując się jego delikatnym waniliowym zapachem, wcierał go w ciało. Nawet się nie zorientował, kiedy zaczęło mu się robić zimno, zbyt długo przebywał w wodzie. Niechętnie wyszedł i zaczął się wycierać. Owinął miękki ręcznik wokół bioder i stanął przed lustrem.
Starał się przypomnieć sobie swoją twarz. Opuszkiem palca przesunął po wypukłości nosa, zbadał owal własnych ust, wykrzywionych w grymasie. W wyobraźni widział siebie takiego, jakim był cztery lata temu. Wiecznie uśmiechnięty słodki blondynek, który zawsze roztaczał wokół aurę ciepła i szczęścia, pomagał staruszkom nieść zakupy, karmił wróble chlebem, czy po prostu asystował młodszym kolegom w odrabianiu lekcji. Kiedyś uwielbiał czytać książki. Pochłaniał je, często przesiadując do późna pod kocem z latarką w ręku. Przestało mu to sprawiać przyjemność, gdy zamiast widzieć czarny tekst na białej kartce, musiał nauczyć się rozumieć kolejność wypukłych kropek. To nie było to samo uczucie.
Dlatego, całym jego światem stała się muzyka. Wybłagał u kierownika odtwarzacz i słuchawki. Z pomocą starszej siostry zgrał na niego wszystkie piosenki, jakie tylko znał i w wolnych chwilach - a miał ich bardzo dużo - siadał na swoim parapecie i po prostu słuchał.
Wysuszony i ubrany, zanurzył się w odmętach ciepłej, puchowej kołderki i ziewnął przeciągle. Sen delikatnie chwytał go w objęcia i spokojnie kołysał, szepcąc ciepłe słowa, mogące swoim brzmieniem przynieść najpiękniejsze marzenia. Poddał się temu błogiemu uczuciu, myśląc o nowo poznanej Lenie i zastanawiając się, dlaczego zdecydowała się na bezinteresowną pomoc ludziom takim, jak on sam.
Następny dzień od samego ran spędził w szkole. Zajęcia niesamowicie mu się dłużyły, nie mógł się doczekać ponownego spotkania z Leną. Przyjaciół jako takich w placówce dla niewidomych nie miał, każda z uczęszczających tam osób, albo była już w kręgu małej grupki innych, albo w ogóle nie chciała się zaprzyjaźniać.
Stał od kilku minut przy ogrodzeniu, czekając na kierownika ośrodka, który miał po niego przyjechać. Mimo, że nie miał trudności z poruszaniem się ze swoją białą laską, to jednak bał się sam jeździć autobusem.
Z każdą chwilą był coraz bardziej zirytowany. Ileż można czekać?
Nagle poczuł na ramieniu nieśmiały dotyk. Zdziwił się lekko, pan Hacer by go po prostu zawołał.
- Cześć Alek - szepnął, a właściwie szepnęła właścicielka dłoni.
- Lena? - zdziwił się. Była ostatnią osobą, której się tam spodziewał. - Co ty tu robisz?
- Dzisiaj to ja cię odbieram ze szkoły - odparła, śmiejąc się perliście. - Kierownik dzwonił i mówił, że coś mu wypadło i poprosił mnie, żebym cię przyprowadziła z powrotem do ośrodka.
Nie potrzebując większych wyjaśnień, chłopak chwycił ją za rękę po czym z uśmiechem rzucił:
- Prowadź, moja kochana wolontariuszko.
Zarumieniła się na jego słowa i po raz pierwszy cieszyła się, ze chłopak nie może tego zobaczyć. Chwilę później dała sobie mentalnego kopniaka za takie myślenie i starając się opanować, pociągnęła nowego podopiecznego w stronę budynku.
Alek z trudem ukrywał uśmieszek satysfakcji. Według niego Lena była bardzo nieśmiała i był niemal pewien, że czuje się zawstydzona sytuacją, w jakiej ją postawił. Szli przez miasto, trzymając się za ręce, jak zakochana para.
W pewnej chwili dziewczyna gwałtownie się zatrzymała, powodując, że blondyn na nią wpadł, omal nie przewracając obydwojga.
- Co się stało? - zapytał zdezorientowany.
W odpowiedzi Lena obeszła go i zakryła mu od tyłu oczy. Miała z tym mały problem, bo Alek był sporo wyższy, ale stanęła na palcach i udało jej się to.
- Nie wygłupiaj się, przecież i tak nic nie widzę - warknął zirytowany.
- Nie prawda. Udawaj, że widzisz, a ja ci to utrudniam - szepnęła wprost do jego ucha. - Wiesz gdzie jesteśmy? - zapytała, a on tylko pokręcił przecząco głową. - Przed nami stoi przepiękny pomnik. Jest to bardzo duży człowiek na ogromnym koniu. Ubrany jest w piękny mundur, na głowie ma czapkę z piórami. Jest naprawdę piękny, wygląda jak żywy, tylko z czasem z braku ruchu skamieniał i stał się marmurem...
W głowie chłopaka coś się zmieniło. Nigdy wcześniej nie patrzył na wszystko z tej perspektywy. Czucie ciepłych palców na powiekach, naprawdę sprawiło, że czuł się tak, jakby świat wokół był po prostu zasłonięty i bez większej trudności, mógłby ponownie wszystko zobaczyć. Ten drobny gest obudził w nim coś na kształt nadziei, wygasłej dawno temu.
Gdy w końcu Lena zabrała swoje dłonie i złapała go za rękę, szepnął tak ciche słowa podziękowania, że był pewien, iż go nie usłyszała. Cóż, dziewczyna jednak miała bardzo dobrze rozwinięty słuch.
- Nie ma za co - odparła, uścisnęła jego dłoń i pociągnęła w bliżej nieokreślonym kierunku, zapewne prowadzącym do ośrodka.
- Jesteśmy - oznajmiła Lena, kiedy dotarli pod bramę miejsca, w którym aktualnie przebywał Alek.
- Dziękuję - odparł i posłał jej ciepły uśmiech. - Wejdziesz?
- Jasne.

Przeszli do pokoju blondyna, a gdy tylko przekroczyli próg, rzucił swój plecak na podłogę nie zważając na późniejszą możliwość potknięcia się o niego. Lena tylko pokręciła z rozbawieniem głową i skierowała się za przyjacielem w stronę kuchni. Zauważyła, jak pewnie stawia kroki w porównaniu do wahań podczas ich spaceru. Obserwowała go, gdy całkiem wprawnie robił kanapkę, korzystając z pokrojonych już produktów, a kiedy usiadł przy stole i zaczął jeść, stanęła koło niego.

- Alek, jak.. - zawahała się - jak straciłeś wzrok?

Jego kanapka zatrzymała się w połowie drogi do buzi. Spojrzał na nią tym swoim nic niewidzącym wzrokiem, a po chwili spuścił głowę. To pytanie było bardzo bolesne, otworzyło całkiem niedawno zasklepioną ranę na jego duszy. Po raz kolejny, na samo wspomnienie, miał ochotę płakać jak małe dziecko.

- To było głupie - odparł. - Byłem naiwnym dzieckiem, zawsze robiłem tom co kazali mi inni. Była impreza, miałem tylko piętnaście lat. Koledzy coś pili, a ja nie chciałem być gorszy. Tylko, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ci moi niby-przyjaciele okażą się tacy... dali mi kieliszek z alkoholem. Wypiłem. Co prawda nie cały, bo tuż po zamoczeniu ust poczułem się dziwnie. To był czysty metanol. Lekarze z trudem mnie odratowali, a za swoją głupotę przepłaciłem wzrokiem.

Gdy tylko ujrzała w jego oczach łzy, niewiele myśląc, przytuliła chłopaka.

Nie chciał płakać. Starał się jak tylko mógł. Przez cztery długie lata nie wspominał przy nikim tego incydentu. Pomimo upływu czasu ból, jaki towarzyszył zdradzie pozornych przyjaciół, nie chciał zniknąć. Nie było już niczego, co potrafiłoby wywołać w nim takie emocje. Bezwiednie wtulił się w ramiona Leny. Szukał w nich pocieszenia, ale i zrozumienia.

- Lena - wyszeptał przez płacz. - Proszę pozwól mi... pozwól mi widzieć twoimi oczami.
Wybierz naklejkę lub emotikona

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

A ja będę twym aniołem.

Wiem, miałam pisać Dzieje Ras, ale... nie. Nie znajdę odpowiedniej wymówki. Po prostu napisałam kolejne opowiadanie, które dedykuję mojej kochanej Miyoko, która leży w szpitalu. Wracaj do nas!
 Zapraszam.
__________________________________________

 Znowu leżał w szpitalnej sali, pełnej rozmaitej aparatury medycznej, która nieustannym pikaniem, rejestrującym pracę serca, przyprawiała o ból głowy. Mieszanina tlenu powoli wypływała przez plastikową rurkę, kojąco działając na zniszczone płuca. Jedynym kontrastem dla wszechobecnej bieli był mały woreczek z płynem zabarwionym na różowo. Kroplówka sączyła się kropla po kropli wprost do widocznych pod cienką skórą żył, by choć trochę ulżyć w chorobie.

 Przez miesiąc żył nadzieją. Rak jednak powrócił w postaci licznych przerzutów.

 Nie całkiem świadomy swojego egzystowania leżał w samotności, po prostu czekając.  Sam nie był pewien, czego tak na prawdę się spodziewał. W wyobraźni majaczyła mu jedynie postać pięknej kobiety, całej ubranej na czarno. Nie widział twarzy, była przysłonięta przez kaptur. Doskonale za to widoczne były jej skrzydła. Majestatyczne pióra w kolorze hebanu przywodziły na myśl tylko wszechogarniający smutek i żałobę. Srebrna kosa połyskiwała złowrogo w jej białych jak kreda dłoniach. W swoim nieszczęściu i grozie wyglądała pięknie.

 Lecz rzeczywistość znacznie różniła się od umysłowych obrazów.

 Zamiast mrocznego anioła ujrzał małą dziewczynkę. Nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat. Jako pierwsze zauważył tak intensywnie niebieskie włosy, zaplecione w długi, sięgający ziemi warkocz, że zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno z jego oczami wszystko jest w porządku.

 Westchnął cicho, wywołując nagły atak kaszlu. Na chwilę pozbawiło go tchu. Opadł ciężko na poduszki, nadal lekko pokasłując i drżącą z osłabienia dłonią przeczesał gęste niegdyś, teraz osłabione chemioterapią włosy.

 - Kim jesteś? - zapytał cicho, niemal szeptem, zupełnie jakby bał się, że głośniejszy dźwięk rozerwie mu gardło.

Dziewczynka popatrzyła na niego wielkimi, przywodzącymi na myśl nocne niebo, oczami i uśmiechnęła się wesoło, podchodząc bliżej.

 - Jestem Mika - rozległ się jej głos, miękki i delikatny, jak tylko dziecięcy głos potrafi być.

 - Sebastian - odparł równie cicho, co poprzednio.

 Zmierzył ją wzrokiem, kiedy ta, nie patrząc na nic, usiadła na jego łóżku i ponownie ukazała dwa rzędy bielusieńkich ząbków.

 - Pewnie się zastanawiasz, co tu robię, prawda?

 Skinął jej głową na potwierdzenie. Im więcej mówił, tym gorzej się czuł. Uporczywe drapanie w gardle doprowadzało go do szału, natomiast olbrzymia dawka środków przeciwbólowych wprawiała go w stan otępienia umysłowego.

 - Przyszłam się pożegnać z tym miejscem - westchnęła chicho, a zabrzmiało to, jakby była staruszką, która kończy swój żywot z wieloletnim bagażem doświadczenia. - Jutro odłączą mnie od tych dziwnych pomp i będę mogła pójść do nieba. Widzisz mnie, prawda? - zapytała z nadzieją w głosie.

 Ponownie skinął głową, zastanawiając się, czy naprawdę nie zwariował.

 - Więc ty także niedługo opuścisz ten świat. Mogę na ciebie poczekać. Razem będzie raźniej, chociaż mój anioł stróż mówił, że nie ma się czego bać...

 - Ja nie pójdę do nieba - wysilił się na przerwanie jej monologu, tylko po to by zobaczyć zdziwienie i niepewność w tych dziecięcych oczach. - Widzisz, zrobiłem coś tak złego, że nawet mój własny anioł mnie opuścił. Na moich oczach zginęli moi rodzice, a ja nie zrobiłem nic, żeby im pomóc. Ktoś taki nie zasługuje na szczęście.

 Z chwilą wypowiedzenia tych słów coś się zmieniło. Przypadkowy obserwator nie byłby w stanie tego zauważyć, jednak chłopak poczuł to bardzo wyraźnie. Pieczenie w gardle ustało bez żadnej przyczyny. Lekko się uśmiechnął, przecząc całemu smutkowi, z jakim mówił.

 - Więc nie możesz jeszcze odejść - powiedziała z poważną miną, która wcale nie pasowała do jej dziecięcego oblicza.

 Zerwała się na równe nogi i wybiegła z sali, zostawiając zdezorientowanego chłopaka samego.

 Następnego dnia się nie pojawiła.

 Kilka kolejnych dni upłynęło mu jedynie w towarzystwie lekarzy i pielęgniarek, którzy z każdą wizytą byli coraz bardziej zdziwieni. Sebastian miał zerowe szanse na przeżycie. Dawali mu zaledwie kilka tygodni, ale niespodziewanie jego stan zaczął się poprawiać. Przeżuty zniknęły.

 Miał dużo czasu na myślenie. Każdej godziny wspominał dziwną dziewczynkę, której akt zgonu, jak się dowiedział, zanotowano dzień po ich spotkaniu. Za każdym razem, kiedy tylko jej twarz pojawiała mu się przed oczami, zastanawiał się czy rzeczywiście rozmawiali, czy była to tylko fikcja, wywołana przez zbyt dużą dawkę leków.

 Kiedy w końcu podjęto decyzję o wypisaniu go ze szpitala, czuł się, jakby zerwano z niego ciężkie łańcuchy, jakby po długim czasie odzyskał wolność. Chciał zrobić tak wiele, przede wszystkim pragnął w końcu docenić dar, jaki dostał od Boga - jedno życie.

 Momentalnie oprzytomniał, bo wychodząc z budynku szpitala, ją zobaczył.

 Siedziała na drewnianej ławeczce pod wielką sosną, wesoło machając nogami. Jak gdyby nigdy nic uśmiechnęła się do chłopaka i zeskoczyła na ziemię.

 - Przepraszam, że nie wzięłam cię ze sobą - powiedziała patrząc mu prosto w oczy. - Nie mogłeś jeszcze umrzeć. Dostałeś drugą szansę, a ja Go spotkałam.

 - Nie rozumiem, dlaczego, czym zasłużyłem na tak wiele - odparł, starając się zapanować nad drżącym głosem.

 - Wyznałeś swoją winę i co najważniejsze żałujesz tego. Masz doskonałą okazję by wszystko naprawić, nie zmarnuj tego.

 - A co ty tu jeszcze robisz?

 Zapanowała między nimi cisza. Niebiesko włosa wspięła się na palce i delikatnie zmierzwiła włosy sporo wyższego chłopaka. On zaś z niepokojem patrzył na jej roześmianą buzię i pełne szczęścia spojrzenie.

- Ja? - odezwała się w końcu. - Ja jestem twoim aniołem stróżem.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Taki krótki list ;)

 Moi kochani czytelnicy,

 Możecie przeżyć szok, ponieważ właśnie przed chwilą dodałam 12 rozdział "Dzieje Ras" i jestem na dobrej drodze, by napisać kolejny ^^
 Z niecierpliwością czekam na wasze komentarze i cóż... po prostu cieszę się, że ktokolwiek to czyta ;3
 Podziękowania wędrują do Teo i Aleksandra za betę ;P dzięki chłopaki ;*
 Miłego czytania!


  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

12. Strach, miłość i kołki.


- Nie mów o tym w ten sposób - wrzasnęła Remon, wstając.

 Atmosfera stała się nie do zniesienia. Obydwoje mierzyli się wzrokiem, ignorując Olenę, która ze stoickim spokojem popijała herbatę. Demren chrząknął znacząco, a jego oczy zdawały się hipnotyzować.

 - Usiądź. Wszystko ci opowiem - powiedział w końcu.

 Wykonywanie poleceń niezaufanych osób nie leżało w jej naturze, tym razem jednak posłuchała. Bielikowa nie omieszkała posłać karcącego spojrzenia przybyszowi.

 - Musimy - zaczął wyklęty łowca - cofnąć się w bardzo odległą przeszłość.

 Dziewczyna jęknęła cicho. Opowieść nie zapowiadała się zbyt interesująco.

 - Dawno, dawno temu, u zarania dziejów, kiedy to Bóg stworzył świat, pojawiły się istoty mroku i światła. Powstały wtedy dwa smoki: Zitron i Gorudo. Szmaragdowy smok miał za zadanie opiekować się łowcami, a złoty cieniami. Już wtedy obydwa zaklęte były w duszach pierwszych przywódców dwóch frakcji. Miał być pokój, a one miały go strzec. Niestety zrodziły się również istoty półmroku, czy jak kto woli półświatła. Pierwszym wampirem było dziecko z nieprawego łoża władcy cieni i najmłodszej córki pierwszych przywódców łowców. Musisz jeszcze wiedzieć, że obydwa smoki się przenoszą. Zitron w linii żeńskiej, Gorudo w męskiej. Jesteś więc pierworodną córką, pierworodnej córki, pierworodnej córki i tak aż do początku rasy.

 Przy stole zapanowała cisza, przerwana jedynie głośniejszym westchnięciem Remon. W końcu przemówiła Olena:

 - To niezła historia, owszem, ale moim zdaniem ma parę niedociągnięć.

 - Niedociągnięć?! - Starzec był oburzony. -  Niech ci będzie wiadome, Oleno, że spędziłem wiele lat w Przepastnej Bibliotece Strażników Czasu i ułożyłem swoją  opowieść na podstawie tysięcy źródeł, z których każde po wielokroć sprawdziłem.

 - Tak, a ja twierdzę, że są w niej pewne niekonsekwencje - upierała się kobieta. - Po pierwsze, twoja wersja nie współgra z przepowiednią.

 - Bo to wcale nie jest przepowiednia - przerwała jej Remon. - Ostatnio dosyć często rozmawiam z Zitronem i on twierdzi, że tą wersję, którą ty znasz, napisano po to, by straszyć dzieci. Smoki mają zaprowadzić pokój.

 - I co najlepsze, Agnar o tym wie - zaśmiał się Demren.

 - Tego właśnie nie rozumiem. Skoro on tak bardzo nienawidzi cieni i wampirów, to dlaczego chce przyjścia czy tam powrotu Zitrona?

 - Ach - westchnął starzec z miną człowieka, który zna odpowiedź. -Teraz pomyśl. Skoro już za trzy miesiące nadejdzie wyzwolenie, to dlaczego nic nie wiedziałaś ani o trzech frakcjach, ani o swoim dziedzictwie? Bez odpowiedniego przygotowania zginiesz, a razem z tobą Zitron, chyba, że masz córkę, w co raczej wątpię.

 - Aha - szepnęła Olena, która uważała, że Demren nie powinien być z siebie taki dumny.

 - Następna niekonsekwencja? - zapytał, patrząc wprost na kobietę.

 - A właśnie... - zaczęła, tym razem jednak zdecydowanie mniej pewnym głosem.

 - Chwila - ponownie przerwała jej brunetka z lekkim rozdrażnieniem. - Co z moją matką?

 - Widzisz, Remon, kiedy Agnar dowiedział się, o tym, że Zitron jest dziedziczony, miałaś dwa lata. Twoja matka i ojciec wiedzieli, że masz smoka, bo Agnes również była piastunką. Tylko, że w jej przypadku uwolnienie nie nastąpiło. Nie wiem dlaczego i prawdopodobnie nigdy już się nie dowiem - westchnął ciężko. - Jechaliście nad morze. Któryś z ludzi mojego brata przeciął linki hamulcowe w waszym samochodzie. Mieliście wypadek, który tylko ty przeżyłaś. Twoja matka była bardzo piękna, zupełnie jak ty...

 - Przestań!

 - Nie chcąc budzić podejrzeń, Agnar wychował cię na swojego pupila. Nie mógł przecież od tak ponownie spróbować cię zabić...

 Remon w trakcie jego wypowiedzi wstała i mechanicznie wyszła z pokoju. Miała łzy w oczach. Po raz kolejny uświadomiła sobie, że całe jej życie było kłamstwem. Nie chciała wiedzieć, że ten dobry, kochany człowiek, którego nazywała dziadkiem w rzeczywistości był łgarzem i nic nie wartym szaleńcem, zdolnym do zabicia własnej rodziny.

 Dopiero, gdy była pewna, że zniknęła z pola widzenia Oleny i Demrena, pędem pobiegła do swojego tymczasowego pokoju i położyła się na łóżku. Była potwornie zmęczona. Cały dzień trenowała, a na koniec jeszcze przeżyła spotkanie z dziwnym łowcą, który tak naprawdę nim nie był.

 Nawet nie zwróciła uwagi, kiedy po jej policzkach popłynęły słone łzy. Wszystko ją przerastało. Zakryła twarz poduszką, a jej ramionami wstrząsnął szloch. Łkała cicho, starając się nie myśleć. Jakkolwiek jej to nie wychodziło. Miała wyrzuty sumienia, obwiniała się za śmierć rodziców. Dlaczego właśnie ona przeżyła?

 I znów powróciła kwestia dziadka... tylko czy nadal mogła go nazywać dziadkiem? To bolało. Potworny ból, rozrywający serce nie chciał odejść. Ogarnęła ją pustka. Cała, do tej pory ledwo utrzymywana w normie, psychika, pękła, jak skorupka jajka zrzuconego na podłogę.

 Ze stanu odrętwienia wyrwał ją czyjś łagodny dotyk. Niepewnie podniosła głowę i niemal od razu poczuła jeszcze większą ochotę, żeby płakać. Troska, jaką ujrzała w złotych tęczówkach przyjaciela sprawiła, że zapragnęła się do niego przytulić.

 A Luke, jakby czytając jej w myślach, otoczył jej drobne ciało ramieniem i delikatnie starł łzy dziewczyny z policzków.

 - Już spokojnie - szepnął. - Będzie dobrze, zobaczysz.

 - Luke... Jak może być dobrze? Ja mogę zginąć bez odpowiedniego przygotowania. Boję się.

 - Nie pozwolę ci umrzeć - powiedział głosem tak pewnym, że widać było jak bardzo w to wierzy. - Będę zawsze przy tobie i zawsze cię ochronię. - Jakby na potwierdzenie tych słów mocniej przysunął ją do siebie. - Znamy się trochę więcej niż miesiąc, ale jesteś dla mnie kimś bardzo ważnym i nie wiem, co bym zrobił gdyby cię zabrakło.

 Później nastąpiła całkiem przewidywalna rzecz. Luke przyciągnął ją do siebie, ujął jej twarz w swoje chłodne dłonie i pocałował w usta. Zupełnie jak całują się zakochani w finale komedii romantycznych. Tylko, że lepiej.

 O wiele lepiej.

 Remon na zmianę było zimno i gorąco. Miała wrażenie, że nagle zaczęli się unosić nad łóżkiem, co w rzeczywistości daleko od prawdy nie odbiegało. Po prostu chłopak wykorzystał swoje zdolności i uniósł ją tak, że znalazła się przed, a nie obok niego. Pojęcia takie jak "niepewność" czy "strach" zdawały się w ogóle nie mieć znaczenia. Liczyła się tylko ta jedna chwila. Nie było przeszłości, różnic, ani niepewnej przyszłości.

 Wyłącznie tu i teraz.

 Całowali się coraz bardziej namiętnie. Jakiekolwiek słowa byłyby teraz splątane, niczym jej gęste loki, które delikatnie przeczesywał palcami, by stały się jednorodnym strumieniem zdolnym do zakrycia jego świata. Nawet nie pamiętał, kiedy spostrzegł, że dziewczyna stała się dla niego niezbędnym do życia słońcem, kiedy uświadomił sobie, że każdy kolejny dzień bez niej jest katorgą nie do zniesienia, kiedy zrozumiał, że ból w klatce piersiowej, jaki odczuwał w jej obecności, to tłukące się serce, kiedy pojął, że jej życie stało się sensem jego, kiedy rozeznał się w uczuciu, jakie miało wdzięczną nazwę "miłość".

 Dla niej zaś, było to coś zupełnie obcego. Pozwoliła zawładnąć nieznanym emocjom nad swoimi czynami i nie była w stanie żałować. Delikatne łaskotanie w brzuchu sprawiło, że poczuła się szczęśliwa, a dotyk jego miękkich warg, które tyle razy wypowiedziały jej imię, spowodował uczucie bezpieczeństwa. Świat niebezpiecznie zawirował, wszystko spowiła delikatna mgiełka.

 Jedne oczy na przeciw drugich. Szmaragd tuż przy złocie.

 Tylko czy wolno im było kochać?

* * *

 - Remon, czy ty mnie słuchasz? - zapytał z irytacją w głosie Demren.

 Dziewczyna spojrzała na niego z niechęcią. Nadal miała mu za złe brak szacunku wobec śmierci jej matki, ale i sam fakt, że pojawił się niespodziewanie po tylu latach i miał czelność prosić o schronienie. Jednak nie to zaprzątało jej myśli. Wspominała ten niezwykły pocałunek z poprzedniej nocy.

 - Przepraszam, zamyśliłam się - odparła chłodno, przybierając maskę bezuczuciowej twarzy.

 - Skup się, od tego, czy to zrozumiesz, niekiedy zależeć będzie twoje życie - starzec westchnął teatralnie i z miną nauczyciela ponownie zaczął swoją lekcję. - Kołki to mit. Jedyny sposób, żeby zabić cienie, to przebicie ich serca czystą nitką światła. Srebro jedynie pomaga skupić energię, a forma kołka ułatwia przebicie powłok skórnych i mięśni, by uzyskać dostęp do pompy. Rozumiesz?

 Brunetka pokiwała mu głową i bez większego wysiłku oplotła trzymany w rękach kołek nitką światła. Wysunęła go energicznie do przodu, udając, że przebija na wylot jakiegoś cienia, a z czubka, całkiem jak z pistoletu, wystrzelił promień białej energii.

 Demren uśmiechnął się z satysfakcją. Dziewczyna była bardzo, ale to bardzo pojętną uczennicą.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

11. Przeklęty Prorok i Śmiertelny Wiatr

 -Cienie są szybkie, musisz wyczuć je na podstawie balansu światła.
 Luke stał się nauczycielem. Jego przyjaciółka stała na środku ogromnej piwnicy, trzymając w dłoniach długi kij. Miała za zadanie złapać Aleksandra. Było to trudne, ponieważ chłopak znikał co chwilę i pojawiał się z różnych stron.
 Pusto, pusto, pusto…
 - Wyczuj cień w świetle – powtórzył Luke.
 Pusto, pusto, pusto…
 Remon starała się skupić. Ciągle jednak miała dziwne przeczucie, że poprzedniego dnia zasnęła w nieodpowiednim momencie i nie dawało jej to spokoju. Z cichym westchnieniem zamknęła oczy.
Pusto, pusto, pusto…
Znajoma fala ciepła rozlała się po jej umyśle. Wydawało jej się nawet, że usłyszała głos, oferujący pomoc.
Pusto, pusto, pusto…
Nagle pod zamkniętymi powiekami błysnęła jasność. Pulsowała nienaturalną bielą, raziła czuły wzrok. Zawierała czystą esencję obecnego na świecie światła.
Pusto, pusto… Jest!
Tuż przed nią pojawił się zbitek ciemności, powoli przybierający ludzki kształt. Zaatakowała. Momentalnie doskoczyła do miejsca, w którym, chwilę później, pojawił się Sasza. Zamachnęła kijem, otwierając oczy.
- Mam cię – wysyczała, obezwładniając przyjaciela.
- Bardzo dobrze – skomentował Luke, klaszcząc. – Ale…
Nagle podłoga znalazła się zdecydowanie zbyt blisko jej twarzy. Poczuła lekki ból pomiędzy łopatkami. Ktoś ją popchnął.
- Ale nie trać czujności, cienie nigdy nie są same – dokończyła za Luka Natasza.
To właśnie ona przewróciła Remon, pojawiając się z nikąd. Uśmiechnęła się szeroko, pomagając Remon wstać.
***
Olena stała obok Remon w starej szopie. Na ścianach wisiały skóry jeleni, dzików, niedźwiedzi i lisów. Liczne szafki skrywały w sobie rozmaitej wielkości i kształtu słoiki, wypełnione różnorakimi proszkami, płynami, maziami i innymi bliżej nie określonymi substancjami. Pod sufitem wisiały suszone zioła, liście i kwiaty, a na parapecie małego okna suszyły się cząstki owoców.
- Jesteś silna i sprytna, ale to nie wystarczy – westchnęła siwowłosa kobieta. – Musisz nauczyć się sztuki skrytobójstwa i ja ci w tym pomogę – rzekła uśmiechając się szeroko. Podała brunetce niebieski słoik. – Powąchaj
W pojemniku znajdował się biały proszek, który przypominał cukier, ale pachniał jak palisander. Olena wskazała dwa talerze z kawałkami upieczonego mięsa i kazała dziewczynie wybrać ten, który został posypany trucizną. Remon zaczęła wąchać jak pies tropiący zwierzynę.
- Ten… – Z lewej porcji wydobywał się delikatny zapach palisandru.
- Dobrze. Ta trucizna nazywa się tisgus i jej szczypta uśmierca w przeciągu godziny. Do jej sporządzenia potrzebujesz liści palisandru, soli, cukru i wody. Liście mogą być zarówno świerze jak i suszone. Musisz zagotowac je do białości w osolonej wodzie, odcedzić i zasypać cukrem i zetrzeć w moździerzu.
Reszta dnia upłynęła Remon na wąchaniu trucizn, analizowaniu ich składu, jak i sposobów przyrządzenia. Olena przerwała wykład dopiero wtedy, gdy brunetkę rozbolała głowa, a świat zawirował jej przed oczami.
***
Dziewczyna usiadła w swoim łóżku. Przed nią leżały trzy srebrne kołki, każdy na osobnej poduszce. Remon drżącymi dłońmi otworzyła starą księgę, przyniesioną przez Nataszę. Pożółkłe kartki wydawały się niezwykle kruche, gdzieniegdzie zdobiły je ciemne plamy, a ręcznie zapisane litery nieznacznie wyblakły. Była to księga, w której zostały opisane wszelkie sposoby manipulacji światłem. Na pierwszej stronie zapisany został Święta Przysięga Łowców.
 1. Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego, niewzruszonego        ducha.
 2. Będziemy dążyć do całkowitego poznania nauki światła, aby kiedyś nasze ciała i zmysły stały się doskonałe.
 3. Z głębokim zapałem będziemy kultywować ducha samo wyrzeczenia się.
 4. Będziemy spoglądać w światłość ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.
 5. Będziemy wierni naszym ideałom i nigdy nie zapomnimy o cnocie pokory.
  6. Zachowamy czystość krwi, nie pozwalając zbrukać jej mrokiem.
 7. Odpowiednio przygotujemy świat, ażeby stał się godnym miejscem na przyjście Świętego Szmaragdowego Smoka.
Remon w pierwszej chwili po przeczytaniu tego stwierdziła, że łowcy mają nierówno pod sufitem. Po ponownym przeanalizowaniu tekstu pomyślała dokładanie to samo, a za trzecim razem tylko utwierdziła się w tym przekonaniu. Nieustraszenie brnęła dalej poprzez kręte zawijasy pisma przewracającego się teraz w grobie pisarza. Kolejna kartka traktowała o źródłach światłości.
Z tego, co zrozumiała brunetka wynikało, że cały świat otulony jest przeplatającymi się wiązkami światła, jak wielkim płaszczem, z którego każdy łowca może wyciągać pojedyncze nitki. Należy to robić ostrożnie, by nie zrobić dziury, która pozbawiłaby źródła mocy każdego, kto znajdowałby się pod nią.
- Jak ci idzie? – zapytał Sasza, wślizgując się przez otwarte okno.
- Beznadziejnie. Nic z tego nie rozumiem… – rozpaczała dziewczyna.
Aleksander usiadł obok niej, przeciągając się ze znudzeniem.
- Wiesz jakie to uczucie formować światło? – zapytał. – Ciarki przechodzą. Zamknij oczy i wyobraź sobie tkaninę ze światła, ale taką, w której potrafisz rozróżnić pojedyncze nitki i wyciągnij jedną.
Remon zamknęła oczy i doznała takiego samego uczucia jak na treningu. Tym razem wysiliła wzrok i odszukała ciasny splot cieniutkich żyłek. Myślami przywołała jedną z nich i zamknęła w dłoni. Po chwili w zdumieniu spojrzała na rudzielca.
- To takie samo uczucie, jakie się ma, gdy ręka zdrętwieje, a potem wraca do życia. Tak jak powiedziałeś: ciarki przechodzą. Jakby się dostawało serię słabiutkich elektrowstrząsów. Trochę boli. ale skąd wiedziałeś?
- Na tej samej zasadzie wykorzystuję mrok. Przerzucaj je z jednej ręki do drugiej. Wtedy poczujesz surowe światło, czekające, aż nadasz mu kształt, jakiego zapragniesz.
Remon skinęła głową, głaszcząc energię, jakby trzymała w ręku pęk pokrzyw, pozwalając części przeciec przez palce. Pamiętała to uczucie: jakby coś skręcało się w żołądku albo kuło w wargi. Zwykle był to zwiastun jakiegoś dziwnego wydarzenia.
- A teraz powiedz, w jaki sposób wyhodowałaś to światło? Co takiego zrobiłaś?
Dziewczyna pokręciła lekko głową.
- Nie wiem… Po prostu zobaczyłam tkaninę w głowie i wyobraziłam sobie, że wyciągam jedną nitkę i zamykam ją w dłoni.
- Zobaczyłaś ją. To najprostsze – zaśmiał się. – Teraz musisz nauczyć się ją słyszeć, czuć, smakować. Dopiero wtedy ta nitka się urzeczywistni. Ale ostrożnie, żebyś nie zrobiła dziury. – Sasza mrugnął porozumiewawczo.
Remon skinęła głową.
- Ze światła możesz wytworzyć iluzję. Cały proces składa się z dwóch etapów: koncentracji i uwolnienia. Ciężko jest zrozumieć to ostatnie. – Aleksander zamilkł na moment. po czym ciągnął: – Musisz się najpierw skupić na tym, co zamierzasz zrobić, a następnie uwolnić światło i zaufać, że wykona zadanie. A teraz zamknij oczy i wyobraźsobie, że nitka z twojej dłoni otacza twój palec w postaci pierścienia. Dodaj szczegóły: materiał obrączki, oczko, jego kolor, stopień przejrzystości, światłocień… Otóż to. Dokładnie tak.
Brunetka gwałtownie otworzyła oczy czując chłód metalu.
Istotnie na jej palcu tkwił pierścień, dokładnie taki, jaki sobie wyobraziła: ze srebną obrączką uformowaną w kształt dziewczyny, ze lśniącym szmaragdem w otwartych ustach. Obejrzała go pod światło. Wydawał się absolutnie prawdziwy.
- A jak można to zniszczyć?
- Wyobraź sobie pajęczynę światła i rozerwij ją dłonią.
Remon pozwoliła światłu wirować wokół siebie. Miała wrażenie, że zajmuje się tym od dzieciństwa.
- Co z kołkami? – zapytała. Wzięła do ręki jeden i przyjrzała mu się dokładnie. – Jak się zaklina w nich światło?
- Tego niestety nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Próbuj, może ci się jakoś uda… A teraz wybacz, obiecałem mamie pomoc przy robieniu kolacji.
Zwyczaje cieni zaczynały ją denerwować. Pojawiały się szybko i znikały jeszcze szybciej. Żeby o tym nie myśleć spróbowała zaklinania kołków. Wzięła jeden do ręki i skupiła się.
Przez trzy następne godziny nie zrobiła żadnych postępów.
***
Po całym dniu ciężkiej pracy Remon była tak zmęczona, że nawet dwie kawy nie były w stanie przywrócić jej chęci do życia.
Gdy jednak wkroczyła do kuchni, ujrzała coś, co nawet w niej wzbudziło ciekawość. Mieli gościa.
- Remon, ten pan chce się z tobą widzieć – oznajmiła Olena.
Spojrzała na mężczyznę. Przeraził ją widok szarej peleryny, która automatycznie skojarzyła jej się z łowcami. Mimowolnie napięła mięśnie.
- Tak? – zapytała nieśmiało.
- Remon – odezwał się zdecydowany głos spod kaptura – wiedz, że przebyłem długą drogę i naraziłem się na wiele niebezpieczeństw, by dotrzeć dzisiaj do ciebie. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
- Kim pan jest?
- Mam wiele imion – odparła zakapturzona postać. – Nazywają mnie Przeklętym Prorokiem i Śmiertelnym Wiatrem, jestem mistrzem klanu wyklętych łowców.
Z tymi słowy nieznajomy zrzucił kaptur, ukazując łysą głowę i szczupłą twarz o wyrazistych rysach oraz rozwichrzoną siwą brodę. Uwagę jednak najbardziej przykuwały jego oczy. Jak na starca mężczyzna miał jaskrawe, czerwone oczy o wyjątkowo głębokim wejrzeniu.
- Nazywam się Demren Archibald i jestem, bratem twojego dziadka.
Nastąpiło długie milczenie, po czym mężczyzna zaczął mówić pełnym dramatyzmu głosem:
- Przyszedłem, by odpowiednio cię przygotować na wyzwolenie, które. nastąpi w przeciągu trzech księżyców.
- Nie znam pana, a tym bardziej panu nie ufam – odparła Remon z uporem.
- Mów mi na ty – rzekł, uśmiechając się ciepło. – Nie dziwię ci się. Sam bym sobie nie zaufał, ale nie masz wyjścia. Jeżeli nie będziesz odpowiednio przygotowana, w dniu twoich urodzin Zitron po prostu cię zniszczy… – dziewczyna chciała mu przerwać, ale nie pozwolił jej na to, kontynuując wypowiedź – ponadto potrafię zaklinać kołki.
Perspektywa była dość kusząca. Jednak w przypadku Remon nawet chęć nauczenia się zaklinania kołków nie okazała się silniejsza niż nieufność wobec Demrena.
- Nadal odmawiam współpracy – powiedziała brunetka.
Mężczyzna znowu westchnął. postanowił przyjąć in ą taktykę.
- Remon – powiedział. – Wiesz dlaczego twoja matka zginęła?

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS